,,Muszę przyznać, że to miejsce naprawdę sprzyja tworzeniu”. Monika Pychyrek rozpoczyna nowy etap w życiu, ale nie żegna się z gliną

,,Muszę przyznać, że to miejsce naprawdę sprzyja tworzeniu”. Monika Pychyrek rozpoczyna nowy etap w życiu, ale nie żegna się z gliną

,,Niezwykłe rzeczy się tutaj działy, dlatego to miejsce i ten czas zostanie w moim sercu i pamięci na długo” – zaznacza Monika Pychyrek, właścicielka Pracowni Ceramicznej Artami w Starym Sączu. Przez ostatnie 10 lat witała przyjezdnych swoimi szczególnymi wyrobami z gliny. Teraz rozpoczyna nowy etap w swoim życiu, ale z ceramiki nie ma zamiaru rezygnować.

GW: Zacznijmy tę historię od początku – skąd u Pani zainteresowanie ceramiką? Czy to pasja, która była z Panią od zawsz czy dopiero obie musiałyście się odnaleźć?

 MP: Ja jestem po ,,szkole Kenara” (Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem – przyp. red.), ale w moich czasach nie było tam jeszcze ceramiki a, że nie jestem rzeźbiarzem i tego nie lubię to skończyłam meblarstwo artystyczne. Natomiast, moje olśnienie, jeśli chodzi o ceramikę nastąpiło w wieku 35 lat więc bardzo późno. Było to w momencie, gdy moja kuzynka otworzyła małą pracownię w Krakowie. Pracowałam wtedy w korporacji i szukałam czegoś, co pozwoli mi odpocząć. Zaczęłam spotykać się z moją kuzynką i w ten sposób zobaczyłam, że z tej gliny faktycznie można coś ulepić. Tak narodziła się we mnie pasja.

To jest bardzo ciekawe. Nie jesteś pani pierwszą osobą, z którą rozmawiam, i która mówi, że wcześniej pracowała w korporacji, a potem zaczęła szukać innego sposobu ekspresji.

Część kobiet lubi pracować w biurze, ale kobiety nie są stworzone do takiej pracy. To jest zupełnie inna energia. Jesteśmy przeznaczone do tworzenia, do rękodzieła, do zwolnienia. To są wręcz atawistyczne talenty, których ludzie bardzo rzadko się podejmują. Po ,,szkole Kenara” nie poszłam w kierunku artystycznym, bo każdy mi to odradzał. Artyści boją się jednego – że nie przeżyją ze sztuki. W momencie, gdy ja zaczynałam swoją przygodę z ceramiką byłam już tak zmęczona pracą na etat, w której nie robiłam tego co chcę, dlatego postawiłam wszystko na jedną kartę.

Więc porozmawiajmy o tych początkach, bo one nigdy nie są łatwe, nawet jeśli są związane z naszym zainteresowaniem. Jak wyglądały stawiane przez Panią pierwsze kroki, nie tylko w ceramice, ale też potem, w prowadzeniu swojej działalności?

Początkowo robiłam to dla siebie. Firmę założyłam po przejściu wszystkich możliwych kursów jakie wtedy były dostępne, aby nauczyć się techniki. Nie ukończyłam studiów ceramicznych, bo wtedy nie miałam na to przestrzeni i brakuje mi tego. Jednak, gdybym wcześniej nie pracowała w korporacji, na stanowisku zarządzającym, to nie utrzymałabym firmy. Natomiast, byłam szkoleniowcem, więc posiadam tę zdolność przenoszenia tego, co umiem, na ludzi i faktycznie to zawsze dla mnie grało. Dlatego, oprócz własnoręcznego tworzenia z gliny otworzyłam jeszcze warsztaty – najpierw dla dzieci, potem również dla dorosłych i oba te formaty przyjęły się bardzo dobrze.

Potrafi Pani wyczarować wiele pięknych rzeczy z gliny. Od czego Pani zaczynała i jak postępował ten proces zakładam uczenia się na własnych próbach oraz błędach?

W momencie, gdy byłam już zmęczona i poczułam potrzebę zrobienia czegoś dla siebie rzuciłam wszystko, a potem przeprowadziłam się w rodzinne strony. To miejsce bardzo sprzyja tworzeniu. Zakładając w Starym Sączu firmę ceramiczną nie miałam pojęcia, że to miejsce ma silne tradycje garncarskie, a to bardzo wspiera tego rodzaju działalność artystyczną. Duże zderzenie z rzeczywistością przeżyłam w momencie, gdy po wielu kursach, przez które przeszłam kupiłam piec ceramiczny i okazało się, że po wypale wszystko trzeba wyrzucić do kosza. Nikt nie nauczy nas tego doświadczenia – je trzeba zdobyć z czasem. Drażni mnie, gdy ktoś mówi, że mi się udało – to nie kwestia fartu, a ciężka praca, którą wykonywałam cały czas od poniedziałku do niedzieli. Na początku, wyrzucałam całe partie, potem pół i dopiero zaczęło wychodzić. Nie miałam przy sobie nikogo, kto dałby mi jakieś rady czy podzielił się uwagami więc działałam metodą prób i błędów. Istotny oczywiście jest również talent, ale on stanowi 50% tego wszystkiego – reszta to ciężka praca. W międzyczasie spotkałam tutaj osoby, które ceramiką zajmowały się jeszcze przede mną, ale potem zamknęły swoje pracownie – nie potrafiły z tego wyżyć. Ja mam teraz to szczęście, że nie rezygnuję z firmy dlatego, że mi nie idzie. Razem z mężem rozpoczynamy drugi bardzo ważny projekt i to tam jestem potrzebna, a ceramika będzie jego częścią.

Zanim przejdziemy do tego, co dalej, to porozmawiajmy o tym skąd czerpie Pani inspirację do tworzenia.

Ze wszystkiego. Jeżeli ktoś robi to, co naprawdę lubi, to, gdy zobaczy kwiatka, obraz czy kompozycję, to już kombinuje, jak przełożyć to na glinę. Ja na warsztatach byłam trochę zaskoczona kreatywnością kobiet, które zaczęły na nie przychodzić. Przez to, że prowadzę warsztaty, to inspiruję się również tym, co ludzie do mnie przynoszą. Zawsze mówię, że na świecie są dwa typy ludzi – twórczy i odtwórczy. Jeśli jest się osobą twórczą to, to co się kocha pochłania cały czas – nie ma go na nic innego. Ja w tym temacie przeszłam swego rodzaju transformację.

Skąd przyszedł pomysł prowadzenia warsztatów? Czy to wzięło się z Pani wcześniejszego doświadczenia?

Z potrzeby przekazywania wiedzy, ale też z chęci, aby pracownia przetrwała. Jeżeli otwieramy coś takiego w małym miasteczku, które ma turystów od maja do końca września, to trzeba wymyślić jak utrzymać się przez resztę sezonu. Dlatego, trzeba dywersyfikować swoje dochody i podejść do tego biznesowo. 30% moich dochodów stanowiła sprzedaż, a reszta warsztaty. Dzięki temu byłam w stanie utrzymać pracownię i cały czas robić to co lubię.

Czyli, gdyby miała Pani powiedzieć, to jest to właśnie ta jedna z najtrudniejszych rzeczy w tej pracy? Myślenie nie tylko o tym jak przelać swoją artystyczną duszę na przedmiot, ale o tym, jak w ogóle utrzymać nie tylko swoją pracownię, ale też swoją pasję.

 Spotkałam w swoim życiu wiele osób, które zapalały się do czegoś, ale nie były w stanie przetrwać na tym nawet roku. U nas w kraju artystę traktuje się jak przedsiębiorcę. I to jest ogromna niedogodność, bo artysta ma tworzyć, a nie myśleć o pieniądzach, aby utrzymać firmę. To komplikuje sprawę i zmusza do myślenia, dlatego też przetrwanie pracowni nie byłoby możliwe, gdybym nie prowadziła warsztatów. Dają mi one ogromną satysfakcję. Zawsze tłumaczę ludziom, którzy na nie przychodzą, aby zapomnieli, że nie mają zdolności w jakimś kierunku. To jest mit. Nie ma czegoś takiego, że ktoś jest do czegoś niezdolny. Owszem, można nie mieć wykształconych umiejętności w danym zakresie, ale najlepszą receptą na to jest…wypracowanie ich.

To z kolei jest ta jedna z może nie najłatwiejszych, ale najprzyjemniejszych rzeczy w tej pracy?

Niekoniecznie. Dla mnie najlepszą rzeczą w glinie nie jest to, że ludzie przychodzą i kupują wyroby z niej, ale to, że mogą usiąść, wyciszyć się i przenieść na nią to co idzie z mojego wnętrza. Wtedy, wiem, że powstaną świetne rzeczy.

Czyli glina przyjmuje emocje, które z Pani wychodzą?

Dokładnie, ale jest to również moment, w którym człowiek naprawdę tworzy. Gdy robię coś na zamówienie, to już jest rzemiosło. Teraz, zamykając pracownię i przechodząc do nowego etapu w życiu, w końcu będę mogła tworzyć dla siebie, z potrzeby duszy.

Długo nosiła się Pani z decyzją o zamknięciu tego etapu na swojej ceramicznej drodze?

Tworzymy z mężem nowy, wspólny projekt i to tam jestem teraz potrzebna. Natomiast, nie zamierzam rezygnować z ceramiki. Te 10 lat tutaj, w Starym Sączu, to był niezwykły czas w moim życiu. Gdy wróciłam w rodzinne strony, to wszystko postawiłam na jedną kartę. Na początku nie było łatwo, ale miałam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali i we mnie wierzyli, pomagali jak mogli, w tym moją mamę. Muszę przyznać, że to miejsce naprawdę sprzyja tworzeniu. Tym bardziej, że okazało się, że lokal, który wynajęłam pod pracownię to miejsce, w którym mieszkała niegdyś znana starosądecka artystka – Krystyna Zielińska. W pierwszy dzień działania mojej pracowni odwiedziły mnie, prosto z ulicy, dzieci (teraz już dorośli ludzie) Pani Krystyny. To było wręcz nie do uwierzenia. Byli tak szczęśliwi, że ktoś tworzy w tym konkretnym miejscu. Na drugi dzień przynieśli mi jej obraz z dedykacją i powiedzieli ze mama będzie mnie tu zawsze wspierała. Niezwykłe rzeczy się tutaj działy, dlatego to miejsce i ten czas zostanie w moim sercu i pamięci na długo.

Czytaj też: O tym jak malarz profesjonalny inspirował się malarzem naiwnym, czyli duet Dwurnik – Drowniak

 

Fot. Pracownia Ceramiczna Artami

Filmoteka dts24

194 Videos