Łużna. Młoda mama marzy, by widzieć, jak jej córeczka dorasta. Prosi o pomoc w walce z chorobą

,,Chcę widzieć, jak moja córeczka dorasta, towarzyszyć jej w tym, spędzić jeszcze wiele lat u boku mojego męża, z moją rodziną i przyjaciółmi" - pisze młoda mama Agnieszka Cieślak-Kosińska z Łużnej, która cierpi na nieoperacyjnego i niepoddającego się chemii raka. Na stronie fundacji ,,Zostań Aniołem" prosi o wsparcie finansowe na kosztowne leczenie. Jest nadzieja na powrót do zdrowia, jednak kosztuje ona 150 tysięcy złotych. 

wsb3

,,Mam kochanego męża i cudowną, prawie dwuletnią córeczkę Adę. Ciąża była niełatwym, ale pięknym czasem. Również pierwszy rok życia naszej córeczki dał nam wiele radości. Potem jednak nadszedł czas na mój powrót do pracy – we wrześniu zeszłego roku zaczęłam pracę w szkole podstawowej" - tak rozpoczyna swoją historię młoda mama.

Wkrótce u Agnieszki zaczęły pojawiać się różne dolegliwości, które tłumaczyła zmęczeniem wynikającym z podjęcia nowej pracy, a także nocnym wstawaniem do dziecka. Dopiero kiedy straciła kilka kilogramów, postanowiła się przebadać i sprawdzić, co się dzieje. Badania krwi niczego nie wykazały. W październiku USG przyniosło odpowiedź - 60-milimetrowy guz na wątrobie. Aby się upewnić, wykonano rezonans, który potwierdził pierwszą diagnozę.

,,Nadzieję dawał wynik z badania wykonanego tomografem komputerowym w grudniu 2019 roku – chłoniak łatwo podatny na chemię. Biopsja wątroby wykonana w grudniu w Katowicach, miała to potwierdzić, jednak wynik, na który czekałam trzy tygodnie, nic nie potwierdził - po prostu był błędny. W międzyczasie, po prywatnej wizycie u chirurga w Katowicach, dowiedzieliśmy się, że guza nie można usunąć. Jest nieoperacyjny, a wątroby nie można przeszczepić - zakomunikował wówczas lekarz i zlecił wykonanie biopsji, by można było dobrać odpowiednią chemię.

W lutym młoda mama poznała wynik drugiej biopsji, który był dla niej bardzo trudny do zaakceptowania. Nie było wątpliwości: w jej wątrobie utworzyły się ogniska nieoperacyjnego, niepoddającego się chemii raka gruczołowego odpowiadające pierwotnemu nowotworowi dróg żółciowych. Lekarze zalecili, by Agnieszka czekała, dopóki guz nie zacznie uciskać na przewody żółciowe - dopiero wtedy trzeba będzie się poddać zabiegowi ich poszerzenia. Mieszkanka Łużnej była coraz bardziej osłabiona. Nie mogła jeść, a każdy posiłek kończył się wymiotami. Bardzo schudła. Jej ,,przyjaciółmi" stały się leki przeciwbólowe, dzięki którym w miarę normalnie mogła funkcjonować.

,,Odbyłam kolejną konsultację w szpitalu klinicznym w Warszawie, z nadzieją, że tam poradzą sobie z moją chorobą – jednak przełom nie nastąpił. Po powrocie z Warszawy szukając skutecznego leczenia, skontaktowaliśmy się z Kliniką Radiologii i Medycyny Nuklearnej w Magdeburgu, chcąc ustalić szczegóły terapii metodą radioembolizacji. Dowiedzieliśmy się, że koszt takiej terapii, to przynajmniej 150 000 złotych, więc zawahaliśmy się, bo to ogromna kwota" - wspomina Agnieszka.

Chcę żyć!

Wkrótce pojawił się kolejny problem. Trzeba było udrożnić przewody żółciowe, które uciskał rosnący guz. Operacja w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Katowicach nie przyniosła oczekiwanych efektów. Mechaniczna żółtaczka mogła się niestety nadal rozwijać. Dodatkowo po powrocie ze szpitala Agnieszka poczuła się źle pojawił się ból, którego nie była w stanie znieść. Dzień później (w Wielką Sobotę) nie dała już rady i pojechała do gorlickiego szpitala. Liczyła, że zostanie przyjęta na oddział paliatywny.

,,Po dotarciu na miejsce, z uwagi na zalecenia dalszej konsultacji w Katowicach, lekarze zdecydowali skierować mnie na oddział chirurgii onkologicznej. Ucieszyłam się tym faktem – mam w końcu dla kogo żyć – chcę widzieć, jak moja córeczka dorasta, towarzyszyć jej w tym, spędzić jeszcze wiele lat u boku mojego męża, z moja rodziną i przyjaciółmi" - wyznaje Agnieszka.

Na oddziale była odżywiana pozajelitowo, co jednak nie powstrzymało wymiotów. Pojawiła się informacja - profesor Pech z Magdeburga chce pomóc w udrożnieniu przewodów żółciowych. Z gorlickiej placówki przewieziono młodą mamę do szpitala w Tarnowie, gdzie założono jej dren odprowadzający. To nie jest jednak całkowitym rozwiązaniem problemu, a doraźną pomocą. Obecnie mieszkanka Łużnej stoi przed wyborem: może się leczyć w Klinice Radiologii i Medycyny Nuklearnej w Magdeburgu w Niemczech, albo nowoczesną metodą nanoknife w jednym z dwóch ośrodków w Polsce.

- Wszystko zależy od możliwości zakwalifikowania mnie na dany rodzaj leczenia. Niestety wymienione wyżej metody są bardzo kosztowne i wynoszą wg. przesłanego kosztorysu z Niemiec ok. 150 000 złotych, natomiast w Polsce do 100 000 złotych. Mimo trudności nie poddaję się, chcę żyć dalej w zdrowiu, wiem, że wielu przyjaciół mnie wspiera i są gotowi na każdą pomoc. Każda wpłata przybliża mnie do celu – do życia i zdrowia!" - apeluje młoda mama Agnieszka Cieślak-Kosińska z Łużnej.

Pomóżmy jej wrócić do zdrowia i cieszyć się każdym dniem z ukochanym mężem i córeczką. Dołóżmy cegiełkę do jej walki! Aby pomóc przejdź ---> TUTAJ.

Źródło/Fot: Zostań Aniołem/
arch. Agnieszki Cieślak-Kosińskiej

FORDELEKT

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.