Maciej Złotorowicz: Dorośli podchodzą do mnie w dość ostrożny sposób

– Sztuka niech będzie w pewien sposób może i marną, ale osłoną przed tym strasznym światem, niech będzie oszustwem – ale oszustwem tak bardzo nam potrzebnym – mówi wychowany w Nowym Sączu młody poeta Maciej Złotorowicz. Niedawno ukazał się jego pierwszy tomik wierszy „Urania”.

– Zacznę może od tytułu. Dlaczego „Urania”?

Urania przede wszystkim jest muzą astronomii, ale w tym aspekcie raczej nie ma szczególnego powiązania z moją poezją, choć jeśli mamy na myśli muzę grecką, to w wierszach znajdują się liczne odniesienia do świata antyku. Urania jest również jednym z moich najulubieńszych motyli, którymi się pasjonuję od bardzo dawna. Sam kształt skrzydeł, kolor kojarzy się z doskonałością formy poezji, do której tak dążę – mam tu na myśli układ wersyfikacyjny, układ stroficzny, układ rymów.

– Skąd czerpiesz inspirację do pisania? Czy to, co piszesz, zawsze pokrywa się z tym, co czujesz?

– Tak, to, co czuję, zdecydowanie od razu wylewam na papier. Jak powiedział Czesław Miłosz: „Pisać wolno rzadko i niechętnie”, z czym się zgadzam, bo wiersze mojego autorstwa są bardzo emocjonalne, uzewnętrzniam się cały przed odbiorcą. Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby wszystko, co piszę, było szczere, osobiste bo to jest najważniejsze w świecie nastawionym na krytykę dziecięcej naiwności, pomysłowości czy odlotu w marzenie.

– Od jak dawna piszesz?

– Wiersze czytałem już dużo wcześniej, ale sam piszę od dwóch lat, od początku liceum. Mój początek drogi z poezją wiąże się z przeprowadzką do Warszawy, gdzie zostałem zalany przez falę ignorancji. Otaczali mnie ludzie wypruci z wewnętrznych pragnień, marzeń, celów. Czułem potrzebę skrytykowania społeczeństwa aż tak nieludzkiego.

– Czyli czułeś się w pewien sposób inny od reszty społeczeństwa?

– Można tak powiedzieć. Od tego w ogóle, myślę, że zaczyna się droga każdego młodego poety. Kultura współczesnej Warszawy nakierowana na konsumpcjonizm, skupiona na tematach banalnych pchnęła mnie do tworzenia mojej poezji, która jest już jak na sztukę samą w sobie anachroniczna. Powroty tego klimatu starego miasta Warszawy, poezji Jasieńskiego, Skamandrytów, Czesława Miłosza skłoniły mnie do jeszcze większego poszukiwania mojej własnej formy, stylu czy konceptów.

– Dużo mówisz o Warszawie, uczysz się z kolei we Wrocławiu, ale przecież wcześniej mieszkałeś w Nowym Sączu. Nie chciałbyś tu wrócić?

– Nie jestem pewien, czy Nowy Sącz jest miastem dla mnie. Niepewność pochodzi z mojego przyzwyczajenia do wielkomiejskości, która posiada swoje zalety. Nie znałbym tak wielu nurtów, kierunków współczesnej myśli, gdyby nie życie w centralnych punktach naszego kraju. Nie poznałbym tak wielu typów osobowości, które stały się inspiracją, polemiką dla mojej twórczości. Nowy Sącz jest spokojniejszy, mniejszy, a przez to dużo mniej zróżnicowany pod względem społeczności. Wobec tego nie wiem, czy to miasto jest odpowiednie dla młodych. Z opinii moich tutejszych znajomych wiem, że życie kulturalne Nowego Sącza raczej nie istnieje. Brakuje mi tutaj muzeów, teatrów, brakuje koncertów muzyki zarówno tej popularnej, jak i undergroundowej, klasycznej czy poezji śpiewanej. Brakuje przede wszystkim życia wieczornego, w którym to młodzi mogliby dyskutować, spotykać się w kawiarniach, co dla mnie jest formą rozwoju intelektualnego. Z relacji przyjaciół, jak i z własnego doświadczenia wiem, że to miasto umiera po godzinie 19.

– Jakie masz wspomnienia związane z tym miastem? Masz w ogóle sentyment do Nowego Sącza?

– Przede wszystkim to miasto mojego dzieciństwa, to tu przyjeżdżałem na wakacje, na wypoczynek. Często tu wracam i nie jest wcale tak, że niechętnie. Lubię poodwiedzać tutejsze antykwariaty, poprzechadzać się ulicą Jagiellońską bez celu, posiedzieć na rynku z lodami Argasińskich w ręku czy pić wiedeńską kawę w mojej ulubionej „Prowincjonalnej”, która klimatem jest zatopiona w obrazach mojego ulubionego Davida Lyncha. Nowy Sącz ma swój klimat, ten właśnie prowincjonalny, który jest miłą odskocznią od huku wielkomiejskiego szumu i zgiełku.

– Gdy Cię słucham, mam wrażenie, że rozmawiam z dojrzałym mężczyzną, który ma za sobą bagaż doświadczeń i bardzo głęboko patrzy na świat. A przecież Ty masz dopiero 18 lat! Nie masz poczucie, że odstajesz od swoich rówieśników czy w ogóle, żyjąc trochę „w swoim świecie”, że odstajesz od innych ludzi?

– Faktycznie archetyp poety buntownika romantycznego przebiegałby zgodnie z tą definicją, ale nie czuję się izolowany. Znajdują się ludzie, którzy faktycznie dostrzegają to, co mam do powiedzenia. A zresztą nie jestem megalomanem, żeby uważać, że tylko ja mam rację. Rozumiem innych ludzi, ich przebieg myślowy, to co czują – nie jest to może mój sposób patrzenia na świat, ale nie sprawia to we mnie wrażenia skrajnego narcyzmu.

– A jak zatem traktują Cię dorośli? Czy w rozmowach z nimi odczuwasz różnicę wieku, czujesz się swobodnie? Może właśnie bliżej ci do nich, niż do twoich rówieśników?

– Młody artysta, dopiero co debiutujący, w rodzinie czy wśród dorosłych może być uważany za niezwykle pysznego człowieka, bo to przecież tak jakby właśnie miał wziąć kredyt na bycie wielkim geniuszem. Stąd dorośli podchodzą do mnie w dość ostrożny sposób, a ja raczej czuję swobodę, oczywiście zachowując konwenans spowodowany zasadami dobrego wychowania. Ten savoir-vivre sprawia we mnie poczucie różnicy wieku. To bardzo dobrze, nie jestem prowokatorem, a raczej szanuję tradycje, kulturę. Na pewno do dorosłych nie jest mi bliżej niż do rówieśników. Relacja to przecież nie intelektualna szermierka, a raczej nastrój, zabawa, a co najważniejsze – bezpośredniość.

– Wróćmy do Twojej poezji i sztuki. Większość współczesnych tekstów posiada luźną, prostą formę, Twoja twórczość natomiast jest można powiedzieć „cięższa”, wymaga więcej wysiłku czytelnika jeśli chodzi o interpretację. Co myślisz o współczesnej sztuce?

– Współczesność – to temat, który bardzo porusza mnie względem tego, co piszę. Faktycznie współczesne wiersze są krótkie, proste znaczeniowo, nie tak bardzo symboliczne jak moje. Dla mnie symbol ma szczególne znaczenie. Powoduje, że trzeba szukać głębiej i odnajdywać wszystkie te mozaiki tworzonego przeze mnie świata, które mienią się znaczeniami i nie są wprost podane czytelnikowi. Mam wrażenie, że współczesna poezja jest bardzo powiązana ze współczesnymi czasami.

– Co masz na myśli?

– Czasy Internetu są nastawione na jak najszybszą odpowiedź, będącą jak najprostszym, często bezrefleksyjnym rozwiązaniem. W bezpośredni sposób wpływa to na zawężenie możliwości obserwacji świata przez autora, który nie znajduje w nim nieopisanych i zaskakujących wartości, wrażeń. Współczesny odbiorca natomiast nie dostrzega innowacyjności współczesnej sztuki, gdy zauważa że ona staję się ironią metatekstualną, najczęściej wielopoziomową jak „Imię Róży” Umberto Eco. Oczywiście nie skreślam wszystkich artystów „naszego” świata. Istnieją poeci współcześni, którzy wciąż są zachwyceni „podszewką świata” , jak np.: Zagajewski, Czesław Miłosz czy Barańczak. Niestety tego typu twórczość właśnie umiera przez bardzo zmechanizowane, skrótowe formy. Moje wiersze są „inne”, starają się wyróżnić sztukę sublimującą wrażenie, myśl, intelektualizm, wartość podaną przez symbol. Dlatego właśnie wciąż wracam do poezji klasycznej, “starszej”.

– Stąd taka krytyka postmodernizmu w Twoich wierszach?

– Mamy za dużo możliwości, zewsząd pojawiają się kolejne informacje. Żyjemy w świecie fakenewsów, postprawdy, co tak naprawdę jeszcze bardziej utrudnia nam znalezienie tego jednego sensu. Właśnie za to krytykuję postmodernizm w swoich wierszach. Człowiek, który żyje w tak szybkim świecie, nie ma czasu, żeby podejmować refleksje intelektualne czy emocjonalne. W poprzednich epokach świat także był dla nas jednoznaczny ideowo, poukładany, a to dawało podstawę pod dalsze myśli, światopogląd. Na przykład romantyzm kojarzy nam się z jednoznacznymi wartościami – z indywidualizmem, buntem, z szaleństwem młodości, Werteryzmem. W tym momencie tego nie ma, świat nie jest jednoznaczny w swojej interpretacji, nie posiada tezy jak romantyzm czy antytezy jak pozytywizm. W XX wieku pojawiły się nowe drogi rozwiązań artystycznych, sztuka zaczęła się w niebywałym tempie rozwijać. Owo namnożenie się wszelkich “izmów” stworzyło podstawę dla postmodernizmu. Filozofia ta staje się polem wielości. Człowiek zwyczajnie nie może odnaleźć się w tym, gdzie jest, dlaczego tu jest. Przez co znajduje się w pewnej rozsypce, czuje lęk. Postmodernizm stworzył prawo do różnorodności zdań, ale jednocześnie ta wielość dyskursów stała się dla człowieka utrapieniem. Myślę, że trafnym będzie jeśli porównam współczesność do kwiatu – kwiat, gdy przekwita, staje się niesamowicie intensywny w dniu swojej śmierci.

– Ale ludzie jednak jakoś odnajdują się w tym świecie…

– Każdy człowiek jest na coś nakierowany, zaszufladkowany. I w tym momencie właśnie ujawnia się największa porażka postmodernizmu. Zdaje się, że ludzie jednak potrzebują tej ukierunkowanej drogi, potrzebują czuć, że gdzieś jest ich miejsce, potrzebują wyjaśnień na pytania, rozwiązań, w postaci ruchów to światopoglądowego konserwatyzmu, to nacjonalizmu, czy teorii Queer lub LGBT. Ludzie utożsamiają się z tymi wartościami, bo nie potrafią żyć w świecie postmodernistycznej zgody na wszystko. To, że ludzie wciąż znajdują swoje teorie, i tak radykalnie są wobec nich nastawieni, oznacza, że jednak postmodernizm w pewien sposób zawodzi. Widzimy, że ten świat rzeczywistości musi być zakryty jakimś płaszczykiem ideologii, zasad, wartości. Europejczyk, z nastawienia bardzo liberalny, wobec ogromu zdań, konceptów na temat prawdy staje się w gruncie rzeczy bardzo zaszufladkowany, co jest przecież zaprzeczeniem jego postępowości. Postmodernizm w gruncie rzeczy ujmuje świat chaosu, jednak relacja człowieka z owym światem jest właśnie sytuacją absurdalną, wręcz chorobliwą. O tym są moje wiersze „Dylemat” czy „Meursault”.

– Czym więc w odniesieniu do tego wszystkiego, co teraz się dzieje w świecie, jest sztuka?

– Sztuka jest naszą obroną, osłoną przed światem rzeczywistym. Jest tak piękna, że możemy ją kontemplować, myśleć nad każdym wersem. A tego nam nie daje nowoczesna sztuka. Tutaj chcę zwrócić się do wszystkich – sztuka niech będzie w pewien sposób może i marną, ale osłoną przez tym strasznym światem, niech będzie oszukaniem – ale oszukaniem tak bardzo nam potrzebnym…

– A czym wyłącznie dla Ciebie jest sztuka?

– Sztuka mnie przeszywa. Jest dla mnie estetyczno-intelektualnym przeżyciem, ale nie można zapominać, że sztuka jest również prozą dnia codziennego. Artysta musi wiedzieć do kogo trafić, a więc znać świat codzienny. Nigdy nie powinien być aż nadto “artystyczny”, bo to niesmaczne. Sztuka, mówiąc ogólniej, to też poczucie dobra, spełnienia, piękna, przeżywania danego uczucia jeszcze raz. Sztuka jest tym, co stwarza z nas człowieka. Jest zdolnością do czystego myślenia na temat natury. Pozwala nam czuć nastrój, myśleć o nastroju. Na koniec, sztuka jest utrwaleniem chwili, wspomnieniem. Ważne, aby w sztuce odnajdywać piękno, ale również i piękno brzydoty.

Rozmawiała Małgorzata Czerwińska

Fot. Małgorzata Czerwińska

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.