Klaudia Zwolińska została srebrną medalistką Igrzysk Olimpijskich w kajakarstwie górskim (K1). A my przypominamy rozmowę z kajakarką.
-Trenuję codziennie od kilkunastu lat, od sześciu myśląc niemal codziennie o starcie w igrzyskach. Kiedy przychodzą, to mam tylko 90 sekund, by pokazać to co wypracowałam. Nieważne w jakiej jestem dyspozycji, jak się akurat czuję – mówi Klaudia Zwolińska przed startem w Paryżu.
– Czyje oczekiwania przed igrzyskami są trudniejsze: kibiców czy swoje własne?
– Oczywiście, że moje własne wobec siebie. Mam bardzo dużą motywację wewnętrzną, narzucam sobie ambitne cele i to powoduje wewnętrzną presję. Radzenie sobie z nią to spora część mojej pracy, dość ciężkie zadanie.
– Jak pani sobie radzi?
– Wypracowywałam przez lata najlepszą metodę, dużo nauczyłam się od swoich trenerów, od rodziny i myślę, że to co mnie ratuje, to na pewno pozytywne podejście do sportu. Nawet jeśli zawody czy start kończą się niepowodzeniem, a nawet płaczem, bo poszło coś nie tak, to chwilę później analizuję całość i nie zostaję przy negatywnych emocjach. Patrzę zawsze na to, co dobre i idę do przodu. Nie jest to oczywiście łatwe. Miałam takie sezony, choćby po igrzyskach w Tokio, gdzie analiza i dochodzenie do siebie trwały niemal rok. Patrząc wstecz, myślę, że miałam wtedy mleko pod nosem i nie umiałam się zdystansować. Dziś jestem, mam nadzieję, bardziej dojrzała sportowo, a taka dojrzałość emocjonalna w sporcie jest na wagę złota.
– Dojrzałość polega też na tym, by umieć przegrywać.
– Na pewno. I tego się cały czas uczę. Nie mogę powiedzieć, że przychodzi mi to łatwo, ale jest coraz lepiej. W sporcie chodzi o rozwój, ale w tym rozwoju praca nad emocjami i stylem radzenia sobie z nimi jest tak samo ważna jak fizyczna praca nad wynikiem, czasem i techniką.
– Sport bywa na tyle okrutny, że docenia się w nim zwykle zwycięzców, przegrani mierzą się z odrzuceniem, co bywa trudne. Korzysta pani ze wsparcia psychologa czy wystarczają sposoby wypracowane przez panią?
– Korzystam z pomocy psychologa, dużo jednak pracuję sama ze sobą. Dobrze jest mieć plan B, tak, by sport nie był jedyną rzeczą w życiu, która daje ci sens. Mieć coś innego, mieć odskocznie, bliskie ci osoby, przyjaciół, z którymi się można spotykać. Gdybym miała wyłącznie sport, pewnie bym oszalała. I myślę, że to jest kluczowym sposobem radzenia sobie z byciem sportowcem, w życiu którego są momenty wzlotów, jak i upadków. Uważam, że trzeba starać się być szczęśliwym, a sport, mimo swojej dynamiki czy pewnego nawet okrucieństwa, jest dla mnie przyjemnością. Bardzo lubię w nim uczucie rozwoju, dlatego każdy kolejny start traktuję jak proces. Jeśli na zawodach nie idzie mi tak, jakbym chciała, czy jak sobie wymarzyłam, ale widzę, że zrobiłam postęp w stosunku do poprzedniego startu, czyli na przykład lepiej jeżdżę techniczne elementy, przy których się kiedyś gubiłam, to jest właśnie ten pozytywny czynnik, na którym się mogę skupić. Staram się nie katować, ale czerpać radość z tego co robię.
– Mieć przyjemność mimo wyników i oczekiwań?
– Tak, mało kto sobie zdaje sprawę, że w sporcie olimpijskim, liczą się przede wszystkim igrzyska olimpijskie, które są raz na cztery lata. Trenuję codziennie od kilkunastu lat, od sześciu myśląc niemal codziennie o starcie w igrzyskach. Kiedy przychodzą, to mam tylko 90 sekund, by pokazać to co wypracowałam. Nieważne w jakiej jestem dyspozycji, jak się akurat czuję, niezależnie od tego co dzieje się w moim domu czy wśród najbliższych. I muszę być na 300 procent, dać z siebie wszystko. To nie jest łatwe, różne rzeczy mogą się dziać, mam przecież swoje marzenia i ambicje, które też mi w jakiś sposób ważą. Wierzę jednak, że będzie dobrze, myślę pozytywnie, bo lubię to, co robię.
– Czyli dzień po dniu buduje się fundament pod igrzyska?
– Tak, nawet nie myśląc o tym specjalnie czy intencjonalnie, ale cokolwiek by się nie robiło to analizuje się starty pod kątem tego kluczowego przejazdu. Jest to obciążające, ale z drugiej strony pokazuje piękno sportu, w którym nigdy na sto procent nie można być niczego pewnym. Gdyby wiadomo było z góry kto wygra, nie byłoby tylu emocji, nieprzewidywalność jest wpisana w każdy start. Nie kłócę się z tym, skupiam się na swojej pracy, daję z siebie wszystko z założeniem, że to co się wydarzy podczas igrzysk, będzie dla mnie dobre.
– Ile lat pracowała pani na swoją pozycję, na to, by przeczytać w gazecie „historyczny sukces Klaudii Zwolińskiej”?
– Pracowałam niemal od dziecka, za co jestem wdzięczna rodzicom. To oni mi pokazywali piękno tego sportu i to, że można się nim także bawić. Później była kategoria junior, młodzieżowiec i wreszcie senior. Przeskoczenie do tej ostatniej kategorii było dość symboliczne, bo zamykało okres dziecięcej zabawy, a rozpoczęło dojrzałą i świadomą pracę.
– Jakie trzeba mieć predyspozycje, by zostać kajakarką?
– Nie jest to dyscyplina zbytnio popularna w Polsce, co, mam nadzieję, się zmieni. Na razie jest mocno popularna na południu. Jestem z Nowego Sącza, gdzie króluje slalom. Mamy jeden tor kajakowy w Polsce na wysokim poziomie w Krakowie, gdzie mogę trenować. Byłam sportowym dzieckiem, a kajaki spodobały mi się od samego początku. Lubię je, bo w tej dyscyplinie na dobry przejazd składa się wiele czynników. Przy okazji uprawia się inne sporty by być zwinnym i gibkim, w moim przypadku wspinałam się i biegałam na nartach. To co mnie właśnie w kajakarstwie ujęło to fakt, że nie jest to jednowymiarową dyscypliną, dzieje się w niej dużo rzeczy, nie można się nudzić. Do tego dochodzi współpraca z żywiołem, którym jest woda i trzeba się jej nauczyć. Na początku swojej kariery słyszałam, że jest to sport losowy, z czym absolutnie się nie zgadzam. Mimo wielu czynników, niezależnych od nas, mamy wpływ na swój start.
– Co jest zatem przewidywalne i wspierające?
– Czas reakcji i decyzje, jakie podejmujemy. Poznajemy trasę slalomową dzień przed startem, wtedy konstruktorzy stawiają bramki. Nie mamy więc możliwości wcześniejszego treningu na niej. Analizuję ją przez pryzmat tego, co już poznałam. Teraz jestem w Paryżu na torze olimpijskim i staram się jak najlepiej poznać wodę tak, by kiedy nadejdzie ten dzień i stanie trasa olimpijska, będę to mogła wykorzystać. Będzie to moim zasobem i atutem. Podejdę do tego taktycznie, wiedząc, jak łódka w danej sytuacji zachowała się na treningu i co mogę z tym zrobić. Jest to taki sport, że kiedy się już płynie, trzeba w ułamku sekundy podejmować decyzję i adaptować się do tego, jak woda się układa. Są to już umiejętności czysto techniczne, przygotowanie techniczne i mentalne, by utrzymać pełne skupienie do końca tego 90-sekundowego przejazdu.
– A predyspozycje indywidualne?
– Na pewno też. Nie lubię nudy, na dodatek od dziecka pracowałam nad techniką, która jest kluczowa w slalomie. Dużo jeździłam na różnych torach, pływałam na Słowacji z najlepszymi zawodnikami, oglądałam mistrzów, budowałam w ten sposób stabilny fundament, na którym dziś mocno bazuje. Jeśli ktoś opiera swoje umiejętności o technikę, może ścigać się i kontynuować karierę bardzo długo i z dobrymi wynikami. W Paryżu o medale będą walczyć zawodnicy czterdziestoletni. Technika to zaleta, to godziny spędzone na wodzie, na rzekach, torach, gdzie się tylko da.
– Ile godzin dziennie spędza pani na wodzie?
– Normalne treningi trwają do dwóch godzin, ale to też zależy czy to jest sezon przygotowawczy czy nie. Zimą robimy wiele tak zwanego multisportu; jeździmy na nartach, budujemy formę. Przez cały rok chodzimy na treningi na siłownie, dużo pływamy. Przed igrzyskami skupiamy się już na kajaku i na treningach na wodzie. Czasami mamy po trzy jednostki treningowe w ciągu dnia.
– Obserwuję czasami kajakarzy na torze na Kolnej. Trzeba wielkiej siły do tego sportu!
– Tak, wytrenowanie siłowe jest ważne. Dużo opieram o technikę, ale fizyczne przygotowanie jest dla mnie ważne, musi być w tym równowaga. Trzeba się też nauczyć balansowania, bo jeśli się ma bardzo dobre przygotowywanie siłowe, to czucie wody troszkę maleje. Dlatego trzeba uważać, by się zbytnio nie usztywnić i reagować na wodę. U nas mówi się, że trzeba „umieć czytać wodę”.
– Przed igrzyskami się zwalnia czy przyspiesza?
– Teraz, czyli miesiąc przed, więcej czasu spędzamy na wodzie, dużo na siłowni, przed samymi igrzyskami treningi stają się krótsze, choć bardziej intensywne, a przed startem łapiemy świeżość, by móc skorzystać z tego, co już przez lata wypracowaliśmy. Startuję w trzech konkurencjach, wywalczyłam sobie miejsce imienne, co nie było takie łatwe. Muszę więc być logistycznie i strategicznie dobrze przygotowana, by nie marnować energii. Ważne jest planowanie odpoczynku, snu i oszczędzanie sobie niepotrzebnych emocji. Chcę być przygotowana w każdej z tych konkurencji, by jak najlepiej reprezentować Polskę. Moja koronna dyscyplina czyli K1 jest pierwszą konkurencją, którą rozpocznę starty w Paryżu. Później kanadyjka i cross, które trenuję krócej, ale dobrze się w nich rozwijam. Każda z nich ma inny charakter.
– Jest pani w Paryżu razem z Grzegorzem Hedwigiem, świetnym kajakarzem z Nowego Sącza i prywatnie partnerem. Nic nie pomyliłam?
– Jesteśmy zaręczeni, razem trenujemy w klubie, razem na co dzień w drużynie i drugi raz jesteśmy razem na igrzyskach. Przez lata wypracowaliśmy sobie system takiego współobcowania, wiemy co nam służy, a co nie. Przed swoimi ważnymi startami staram się nie oglądać ważnych startów Grześka, bo zbyt emocjonalnie do nich podchodzę i się wyczerpuję. Grzesiek ma ogromne doświadczenie, dużo mi pomaga w „kanadyjce”, dzięki niemu rozwijam się, widzę postęp w tej konkurencji. Służy nam to, cieszymy się, że jesteśmy w Paryżu razem podczas najważniejszych życiowych występów. Mamy tutaj idealny „dream team”, bo jest z nami także Mateusz Polaczyk, tak więc przygotowujemy się razem.
– Mężczyźni inaczej podchodzą do kajaka?
– Mają inne predyspozycje, więc bazują bardziej na sile, my często wykorzystujemy wodę. To często jest całkiem inny styl.
– Macie w kajakarstwie swoje ksywy?
– Mamy, ja jestem „Młoda” od zawsze, Grzesiek Hedwig jest „Gruby” Mateusz Polaczyk – „Filo”.
– Co pani robi dzień przed startem?
– Lubię sprzątać, bo to mnie uspokaja, i idę spać.
– Ma pani swój amulet?
– Staram się nie brać niczego do kajaka, bo jak zgubię to byłby problem. Ale zawsze wożę ze sobą porcelanowego słonika i różaniec, które dostałam od mamy.
– Złoto jest nadal pani ulubionym kolorem?
– Oczywiście, jakiż mieć inny?
– Czego się życzy kajakarzom?
– Połamania wiosła.
– Zatem połamania wiosła pani Klaudio!
Rozmawiała Iga Kuk
Rozmowę z zawodniczką przeczytasz w specjalnym wydaniu DTS – dostępnym za darmo pod linkiem:

Fot. Archiwum




































































































































































































