Rozmowa z Wojciechem Knapikiem dyrektorem Centrum Kultury „Sokół” w Starym Sączu.
Marzę o tym, by mieszkańcy Sądecczyzny po prostu przyszli, usiedli i dali się uwieść tej muzyce – mówi Wojciech Knapik o Sącz Jazz Festival, dzięki któremu serce Sądecczyzny coraz śmielej bije w rytmie jazzu.
– Zanim zaczniemy rozmawiać o jazzie na Sądecczyźnie, muszę się Panu do czegoś przyznać. Jestem jazzowym laikiem. Jak wytłumaczyłby Pan mnie i tym, którzy w tej muzyce jeszcze się nie zakochali: dlaczego właśnie jazz? Co takiego jazz ma w sobie, czego nie ma inny gatunek muzyczny? I dlaczego warto dać się tej muzyce porwać, zwłaszcza słuchając jej na żywo?
– Jazz to muzyka, która nie lubi zamknięcia w sztywnych ramach. Wydarza się tu i teraz, a improwizacja stoi w niej na pierwszym miejscu. Właśnie dlatego każdy koncert jest czymś wyjątkowym. Nawet jeśli ten sam zespół zagra nazajutrz ten sam repertuar, nie będzie to już to samo — zmieni się energia, emocje, relacja między muzykami, a nawet wpływ publiczności. Myślę też, że jazz jest muzyką dla ludzi otwartych. Dla tych, którzy lubią szukać, odkrywać, dawać się zaskakiwać. Spodoba się słuchaczom, którzy nie oczekują, że wszystko od początku do końca będzie oczywiste i przewidywalne. Jazz wymaga czasem większej uważności, ale właśnie za tę uważność potrafi się pięknie odwdzięczyć.
– Jaka jest historia Pana relacji z muzyką jazzową – to miłość od pierwszego usłyszenia czy raczej status: „to skomplikowane”?
– Zdecydowanie „to skomplikowane”. Kiedy byłem nastolatkiem i mieszkałem w Tarnowie, słuchałem zupełnie innej muzyki. To były lata 80., a więc czas eksplozji rocka. Moja wyobraźnia krążyła wtedy wokół koncertów Perfectu, Maanamu, Budki Suflera, Lady Pank i – przede wszystkim – Republiki. Ale zdaję sobie sprawę, że wtedy, w czasach licealnych spędzonych w Tarnowie, ominąłem moment, w którym mogłem zetknąć się z jazzem znacznie wcześniej, bo przecież działał tam całkiem prężny ośrodek jazzowy wokół Tarnowskiej Piwnicy. Drugim takim momentem, kiedy człowiek często zaraża się jazzem, są studia. Ale mnie i wtedy to nie dosięgło. Fascynowała mnie raczej muzyka autorska i poezja śpiewana. Chodziłem na koncerty do Piwnicy pod Baranami – Ewy Demarczyk, Marka Grechuty, słuchałem też Kaczmarskiego i Gintrowskiego. Ważnym doświadczeniem był też Festiwal Piosenki Studenckiej. Jazz nadal był sobie gdzieś obok. Co więcej, kiedy trafiałem na jazz w radiu, raczej odruchowo przełączałem stację. Na dobrą sprawę w pierwszym koncercie jazzowym uczestniczyłem dopiero jako 35-letni mężczyzna — i niestety nie było to doświadczenie szczególnie udane. Koncert odbywał się w lokalu, powiedzmy szczerze: w knajpie, w warunkach, które tej muzyce po prostu nie służyły. Słabe nagłośnienie, słabe światło, uwaga publiczności podzielona między muzykę, rozmowy i konsumpcję. Miałem poczucie, że to nie jest miejsce, gdzie muzycy mogą pokazać pełnię swoich możliwości. Na szczęście kolejna próba była już pomyślna. Jazz odnalazł mnie w końcu w Budapeszcie, gdzie bywam regularnie kilka razy w roku. Odkryłem, że bez względu na dzień tygodnia warto wybrać się wieczorem do Budapest Jazz Clubu albo Opusu. Jest duża szansa, że trafi się na naprawdę dobry koncert — czy to któregoś z węgierskich zespołów, czy zagranicznych gwiazd. I właśnie wtedy coś się we mnie przestawiło. Tyle że byłem już grubo po czterdziestce. Dziś wiem, że odkryłem jazz co najmniej kilkanaście lat za późno i naprawdę tego żałuję. Mam poczucie, że bezpowrotnie straciłem dla tej muzyki dużą część swojego życia.
Rozmawiała Sonia Groń

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS
















































































































































































































