Nigdy wcześniej ani później nie widziałem człowieka tak w Sandecji zakochanego, jak mój redakcyjny druh Daniel Weimer. Nie będę się powtarzał, ale Danek nawet myśli miał tylko białe albo czarne. To było czyste szaleństwo, ale przecież od tego się nie da uwolnić. Danka nie ma już kilka lat, ale Sandecji nie brakuje ludzi, którzy by się za ten klub dali pokroić. Nie mam cienia wątpliwości, że zalicza się do nich Miłosz Jańczyk. Przed laty w całej Polsce zasłynął nadaniem córce imienia Sandecja. Ok, na drugie imię, ale wskażcie kogoś podobnego. Miłosz Jańczyk przeszedł z Sandecją najtrudniejsze chwile i największe upokorzenia jakie klub musiał znosić przed laty. Przeszedł dosłownie, bo był w grupie szalikowców, którzy na mecz do Świniarska (tak, Sandecja grała ligowe mecze w Świniarsku!!!) dotarł po rurze ciepłowniczej przerzuconej przez Dunajec. No dobrze, prehistoria.
Pamiętam Miłosza Jańczyka w pierwszych dniach prezesowania Sandecji, kiedy przyszedł do studia RTK z zeszytem pełnym spraw do pilnego załatwienia. Mam absolutne przekonanie, że podjął się wówczas tej roboty raczej z miłości do biało-czarnych barw, niż dla szmalu. I nawet jeśli imponowało mu, że on – przez lata szeregowy kibic – kieruje teraz swoim klubem, to kto nie marzył o takiej sytuacji?
Oczywiście Sandecja to w ostatnich latach pasmo niekończących się porażek i kłopotów, ale czy wszystkie są winą Jańczyka? W takim klubie jak Sadecja zarząd (czyli najpierw prezes, obecnie wiceprezes) raczej realizuje politykę właściciela niż własną strategię i pomysły. Można oczywiście Miłoszowi Jańczykowi zarzucić oportunizm – mógł rzucić papierami, kiedy zorientował się, że najważniejsze decyzje zapadają gdzie indziej. Jeśli jednak nimi nie rzucił, to pewnie dlatego, iż uważał, że bardziej może się ukochanej Sandecji przydać będąc w klubie, niż w nim nie będąc. Najłatwiej przecież odejść, kiedy tyle rzeczy się nie układa, niech się martwią inni. Najwyraźniej Jańczyk uważał, że ten klub to również jego zmartwienie.
Aż do tej soboty. Jeśli została w jakikolwiek sposób naruszona jego nietykalność cielesna w klubie, któremu jest wierny całe życie, to faktycznie może mieć poczucie, że swoje kibicowskie życie zmarnował. Takie rzeczy nie mają prawa wydarzyć się w rodzinie. A jeśli się przytrafiają, to mamy w Sandecji gruby kłopot. Może nawet dużo większy niż katastrofa z budową stadionu, epidemia ligowych degradacji, patologiczna bezdomność i kilka innych. Daję pod tym zdaniem własne nazwisko, ale jestem naiwnie przekonany, że Miłosz Jańczyk chciał dla Sandecji wyłącznie dobrze. Nie mam pojęcia co w klubie od niego faktycznie zależało jako wiceprezesa (wcześniej prezesa), ale wiele znaków na niebie i Ziemi wskazuje, że jedynie administrowanie w imieniu właściciela. Czyli w imieniu miasta Nowego Sącza. Bo Sandecja dokładnie to znaczy: Nowy Sącz. Po ludzku jest to dla Jańczyka sytuacja bardzo trudna do przełknięcia. Wielu na jego miejscu nie chciałoby już z taką instytucją mieć nic wspólnego. Dziwnie pojęty kibicowski kodeks honorowy każe wiceprezesowi powiedzieć „nie wiem kto, nie widziałem”. Ok, zgoda, tylko jutro rano należy sobie postawić zasadnicze pytanie: kto i czy jeszcze ktokolwiek rządzi, albo chociaż panuje nad sytuacją w Sandecji?
Jańczyk na takie potraktowanie zwyczajnie nie zasłużył. I to musi w Nowym Sączu mocno wybrzmieć.
Wojciech Molendowicz



































































































































































































