Korzystając z dobrodziejstwa Internetu, możemy śledzić i dokumentować zmiany, jakie zachodzą w naszym otoczeniu. Pozwala to wracać wspomnieniami do przeszłości i porównywać obecną rzeczywistość z tym, co minęło. Porównując, zwracamy uwagę przede wszystkim na budynki, drogi, chodniki, mosty, ale czy ktoś zwraca uwagę na drzewa? Otóż tak. Jest takie miejsce w mediach społecznościowych.
Pomysł wydaje się prosty, bo schemat prezentowania zmian jakie zachodzą w otoczeniu poprzez zestawienie: jak kiedyś było, a jak jest obecnie – jest powszechnie używany. Sądeczanie zapewne niejednokrotnie widzieli zestawienie zdjęć starego i nowego mostu heleńskiego. Podobnie z kamienicami, których już dzisiaj nie ma, bo z różnych przyczyn zniknęły, jak choćby w przypadku budowy ronda na osiedlu Helena.
Czy ktoś jednak wspomina znikające drzewa? Tego nie słyszy się powszechnie w codziennych rozmowach i nie zdajemy sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Optyka zmienia się, kiedy widzimy zestawienie z ujęciem „hurtowym”. Tak jest w przypadku instagramowego profilu “Gdzie są TE drzewa?”.
Śledząc publikacje na tym blogu i chcąc poznać odpowiedzi na kilka pytań dotyczących tej działalności, skontaktowaliśmy się z inicjatorką przedsięwzięcia. Mamy również ciekawe spostrzeżenia fanów tego profilu, ale ich zestawienie opublikujemy w osobnym tekście.
Jak zrodził się pomysł i gdzie była inspiracja do powołania takiego profilu do życia?
– Bezpośrednia geneza profilu leży w sądeckim wątku na Forum Polskich Wieżowców, gdzie na początku zeszłej wiosny pewien użytkownik opisał swój szok po powrocie do Nowego Sącza. Pamiętał zielone miasto, a zobaczył go gorszym niż te miejsca, z których wrócił. Chciałam poprzeć tamten post, potwierdzając go przykładami z kilku miejsc w Sączu, ale lista tylko tych pamiętanych osobiście była tak długa, że w końcu zdecydowałam się z tego zrobić cały blog. Ze startem poczekałam do Dnia Ziemi. Niedawno były pierwsze urodziny profilu.
Przyświeca temu jakaś misja, czy może to ekologiczna lub edukacyjna prowokacja?
– Jedynym elementem prowokacyjnym jest nazwa, wykorzystująca memiczną popularność hasła akcji bilbordowej Fundacji Kornice. Nazywanie tego misją edukacyjną czy ekologiczną byłoby zbędnym patosem, nie mam zresztą do tego kompetencji i niechętna też jestem określaniu się jako aktywistka. Myślę o tym raczej jako o dokumentacji.
W jaki sposób powstają te treści? Wygląda na to, że jest to bardzo pracochłonne.
– Skala zjawiska znikania drzew zdecydowała o sposobie jego przedstawienia – proste, ale częste posty. To też jest ważne dla żywotności bloga i odpowiada specyfice Instagrama jako medium. Świadomym wyborem jest, że ja milczę, a mówić za siebie mają zdjęcia. Dlatego choć chętnie odpowiadam komentującym, to same posty są minimalistyczne – daty, identyfikacja miejsca i hashtagi. Ważna jest więc jasność przekazu i spójność: wzór postu musi być powtarzalny oraz rozpoznawalny. Szczęśliwym efektem ubocznym tego jest łatwość produkcji.
Dużo pracy? Tak i nie. To nie jest mój pierwszy ani piąty blog, a do tego zawodowo zajmuję się organizowaniem informacji. W takim przedsięwzięciu większość pracy, głównie koncepcyjnej ale też nad przygotowaniem zapasu treści, jest na początku, jeszcze przed startem online. Większość grafik powstaje na miesiące przed publikacją, która jest kwestią szybkiego wyboru z zapasów. W ten sposób mam bezpieczne „buforowanie” na wypadek, gdy coś innego w życiu zajmie mój czas. Dodatkowym buforem jest Tumblr, który jest w stanie iść na autopilocie, wystarczy co jakiś czas doładować treścią. Instagram – szczególnie darmowy i na desktopie – wymaga już ręcznej obsługi przy każdym poście. Zatem: średnio co miesiąc poświęcam godzinę-dwie na doładowanie Tumblra i to tam decyduję o kolejności, po czym w miarę „schodzenia” kontentu Tumblra to samo puszczam na Instagramie, gdzie publikacja to parę minut, a lwią część czasu zajmuje podtrzymanie relacji z obserwującymi.
Samo przygotowanie materiału także jest rozplanowane tak, by oszczędzić czas na wszystkich powtarzalnych czynnościach. Przy tym to co „Jasio widzi” online, to jest mały procent kontentu oczekującego, ważne jest więc ogarnięcie tego organizacyjnie, niezbędne przy zbiorze rzędu – aktualnie – ponad pół tysiąca elementów i wciąż rosnącym. Muszę być w stanie szybko sprawdzić np. co już mam z danej ulicy i co publikowałam. Mam dobrą pamięć do takich rzeczy, ale z zasady nie należy tylko na niej polegać.
Otwieram więc jednocześnie StreetView, edytor grafiki i archiwum. Sprawdzam metodycznie ulicę po ulicy; jeśli na coś trafiam, ustalam najlepsze ujęcie. Ono musi być porównywalne w uczciwy sposób – widoczne elementy świadczące, że to to samo miejsce i oba zdjęcia w ciepłych miesiącach z liśćmi, chyba że nie zostało już nic, na czym mogłyby być liście. Nie zawsze najnowsze ujęcie jest najlepsze, więc jeśli później nie widać znaczących zmian, np. młodych drzewek. Wybieram ujęcia najlepiej dopasowane. Zrzucam screeny, przycinam (StreetView co kilka miesięcy zmienia layout, muszę wtedy ustalać nowe wymiary przycięcia) i wrzucam do przygotowanego pliku-szablonu, gdzie ustawiam rozmieszczenie zdjęć i oznaczenie dat, po czym zrzucam gotową grafikę do archiwum i wracam do szukania.
Cały proces od „o, tutaj coś jest” do „co dalej?” zajmuje zwykle poniżej dziesięciu minut. W godzinę można zrobić do kilku krótkich ulic (miasto Nowy Sącz ma ich ponad 470!). Całość to jest zajęcie na wolny czas, czyli czasem codziennie, czasem co parę miesięcy. Jestem teraz w połowie sprawdzania ostatniej, czyli zeszłorocznej, aktualizacji StreetView.
Istnieje jakiś plan rozwoju, są może założone zasięgi do osiągnięcia?
– Plan jest prosty: pokazać jak najwięcej i zwrócić uwagę Sądeczan, na to, co się dzieje z miejscem, w którym żyjemy. Nie ma żadnego „za rok ma być x obserwujących”, to nie jest korporacyjny startup z kwartalną prezentacją i ewaluacją, choć oczywiście patrzę na efekty. Część 800+ aktualnych obserwujących to boty i martwe dusze lub liczący na „follow for follow”; inna trudna do zmierzenia część jest zainteresowana ale obserwuje milcząco; pozostałych, żywo reagujących, jest około setki.
Ogółem przekłada się to na odzew rzędu dwudziestu-trzydziestu reakcji na post, co nie jest złym wynikiem dla profilu istniejącego rok w bardzo wąskiej niszy tematycznej i budującego following „organicznie”, tj. nie korzystającego z płatnych metod sztucznego pompowania zasięgu. Tendencja przy tym jest nadal powolnie wzrostowa, tzn. tych autentycznie zainteresowanych przybywa i spory procent to Sądeczanie, choć nie zliczam tego dokładnie.
Dość wcześnie zainteresowali się też eko-celebryci, jak Jan Mencwel i Stanisław Łubieński, czym jestem zachwycona, bo ich prywatnie cenię jako autorów. Cichcem przewijają się też szyszki polityczne (zmilczę kto, bo nie chcę, żeby to wyglądało na moje poparcie; ten profil jest z zasady apolityczny, nie w sensie, że drzewa nie są polityczne – niestety są – ale apolityczny w sensie unikania „za tym a przeciw temu”), więc już dobre pół roku przed wyborami podejrzewałam, że w tym sezonie część sądeckiej kiełbasy wyborczej będzie zielona i faktycznie była. Nie przypisuję sobie wywołania tego efektu, ale z satysfakcją dokładam do niego swój udział.
Ile osób pomaga przy tworzeniu profilu i jak wygląda jego zaplecze?
– Biuro redakcyjne składa się z kanapy i laptopa, okazjonalnie też telefonu, gdy używam własnych zdjęć, a tu ważniejsza jest możliwość bezpiecznego wejścia w dokładny ślad GoogleCara niż jakość sprzętu. Przedsięwzięcie jest i było od początku jednoosobowe. Dlatego potrzebny jest mi ten „bufor” opisany wcześniej – jeśli ja nie mogę dzisiaj wejść online, to publikacji po prostu nie będzie. Pozytywem tej sytuacji jest, że świetnie się ze sobą dogaduję organizacyjnie.
Profil to naprawdę tylko hobby, czy może początek akcji społecznej lub zarobkowej?
– Nie nie nie nie. Nie, a także nie oraz nie. Czy wspomniałam już, że nie? Jeśli chciałam lub chciałabym w przyszłości monetyzować jakąś moją działalność, @tedrzewa są z tego wyłączone. Moment, w którym ten profil zacznie sprzedawać koszulki i żebrać o donejty, będzie jego efektywną śmiercią. To nie jest popularne podejście, szczególnie na Mecie, ale w moim doświadczeniu profesjonalnym i prywatnym niektóre rzeczy działają lepiej, jeśli są tak bliskie darmowym jak to możliwe dla odbiorcy, a niekiedy nawet dla twórcy.
Oczywiście twórca musi jeść, stąd konieczność opisanej wyżej optymalizacji czasu i wysiłku w przełożeniu na efekty. Ponadto są przyczyny bardziej bezpośrednie: w 99% używam materiału StreetView i ostatnie czego mi trzeba, to podejrzenie wujka Google’a, że próbuję na ich copyrighcie zarabiać. No i wreszcie, niekomercyjność i nie-marketingowość jest najsilniejszą legitymacją rzetelności, jaką ten profil dysponuje.
Dlatego też na niektórych moich innych kontach ogłaszam @tedrzewa, ale nie ma połączenia w drugą stronę, by uniknąć wrażenia, że drzewami lansuję siebie. Albo że nimi lansuję cokolwiek innego – miejskie drzewa nie są tu środkiem do żadnego celu, to one są celem. Nie jest to więc część większej akcji, nie planuję żadnej i nie zamierzam dołączyć do cudzej. Liczę za to, że profil będzie inspiracją – niech ludzie zaczną w ten sam sposób przyglądać się swoim miejscom poza Nowym Sączem i tworzyć podobne zestawienia.
Dlaczego profil działa w takiej ciszy, właściwie bez reklamy i promocji?
– Optymalizacja inwestycji i utrzymanie „czystości” legitymacji. Przy profesjonalnym aktywizmie reklama i wielokanałowość są częścią normalnego arsenału środków, ale ten profil nie jest z tej bajki. To jest inicjatywa tak oddolna, że nie da się bardziej i działa w typowy dla tego gatunku partyzancki sposób. Żeby nie być gołosłowną i bezprzykładną: polecam Instaprofil @trawniki_warszawskie, napędzany takimż właśnie prywatnym, pardon my French, w****em dla sprawy, którą jest się dotkniętym osobiście, aż człowiek pewnego dnia mówi „Ooo, dość tego, it’s personal now” i idzie wyważyć z kopa drzwi społecznej uwagi metodami dostępnymi małemu drzewno-trawnemu żuczkowi żyjącemu z minimalnej, czyli choćby Instagramem.
Analogicznie, najbardziej liczę też na równie oddolny marketing szeptany. Zainteresowanie mediów profesjonalnych, polityki, celebrytów i innych dużych graczy jest cenne ale nietrwałe i przynosi wartości tyle, ile przełoży się na szczere zainteresowanie tych innych żuczków. I to nawet nie tyle dla samego profilu – pal go diabli, powtarzam często, że chcę doczekać czasów, kiedy będzie nieaktualny i niepotrzebny, a ja mam swoje życie i nie nudzi mi się w nim – co dla samych drzew. Niestety na razie droga do tego wiedzie przez jego aktualność i potrzebność.
Tylko drzewa. To bardzo wąski zakres tematyczny, czy będzie szersze spektrum?
– Do tego tylko sądeckie drzewa, to jeszcze węższa nisza. Myślałam początkowo o wyjściu poza granice Sącza, ale szybko okazało się, że materiału w obrębie granic jest więcej niż nadążam przerabiać. Drzewa są oczywiście tylko częścią problemu – całej już-nie-zieleni miejskiej, niszczenia starych żywopłotów, obsesji strzyżenia trawników do stanu żółtego ścierniska, kultu wyjących kosiarek i dmuchaw, rewitalizacji używanej jako słowo-wytrych przykrywające kosztowne dewitalizacje miejsc, które świetnie sobie radzą same i potrzebują tylko ławek a nie betonowej kostki i rasowych hitów katalogu ogrodniczego schnących tydzień po przecięciu wstęg przed kamerami.
A powyższe z kolei jest tylko częścią problemu samochodozy (obserwuję dwa najczęstsze powody wycięcia drzewa: 1. bo mogę, 2. bo tu postawimy auto), zwijanego transportu zbiorowego, chaotycznej suburbanizacji… Ciągnijmy to dalej, dojdziemy i do absurdów w urzędach – nie tylko komunikacyjnych i urbanistycznych, ale też… Urzędzie Pracy, poważnie – napędzających
samochodozę a za nią wydrzewianie i resztę. Miasto jest systemem naczyń połączonych, więc znikanie drzew nie wzięło się znikąd i samo nie pozostaje bez wpływu. Ale to nie jest profil o urbanistyce, ekologii ogólnej ani ontologii wszechświata. Zaczęłam od drzew i drzew się trzymam, żeby nie rozmyć siły przekazu. A w komentarzach, owszem, poruszane są szersze tematy. Trudno żeby nie, jeśli ludzie widzą u góry zagajnik a na dole parking, na fafnastym zestawieniu pod rząd.
Kim jest autorka omawianego bloga? Zgodnie z umową, jej personalia pozostaną naszą tajemnicą w DTS24, a w jaki sposób się określa? – Jestem sądeczanką całe życie i nie zamierzam wyjeżdżać. Dorasta pokolenie, dla którego bezdrzewny Nowy Sącz jest tym oczywistym. A ja pamiętam taki, w którym dało się przejść z Rynku do dworca w upalny dzień bez bólu głowy od oślepienia słońcem, a typowe drzewo miejskie to był dąb wyższy od kamienicy albo rozległy parasol płaczącej wierzby, a nie mikroklombik, który nie potrafi ocienić własnych korzeni.
Czytaj także: Minęło sto lat od śmierci człowieka, który zbudował nam Stare Miasto





















































































































































































































































