Gabriela Danielewicz wspomina dzieciństwo w Nowym Sączu

Rozmowa z Gabrielą Danielewicz, gdańszczanką, która dzieciństwo spędziła w Nowym Sączu i temu miasto poświęciła wiele swoich publikacji. Po „Pamiętnikach Sądeczanki” na ukończeniu jest kolejna książka, która tym razem będzie odkrywać historię sądeczan drugiej połowy XIX wieku.

– Trwają wakacje. My chętnie uciekamy w tym czasie na wypoczynek nad morze, a Pani pewnie chciałaby w drugą stronę, do Nowego Sącza?

– Nawet Pani nie wie, jak bardzo. Niestety realnie to niemożliwe. Osiągnęłam już pewne lata (jako kobieta nie lubię o tym mówić) i sama już tak daleko nie podróżuję. Ostatni raz fizycznie byłam w moim ukochanym mieście, kiedy odbierałam Tarczę Herbową [2012 – przyp. red.]. Niemniej to mi wcale nie przeszkadza, bo wyobraźnią ja ciągle jestem w Nowym Sączu.

– Jak to możliwe, że pisze Pani już kolejną książkę o naszym mieście, z perspektywy nadmorskiej?

– W pewnym sensie to brzmi i wygląda trochę szaleńczo. Ale to szaleństwo jest dla mnie bardzo ważne i pewnie dlatego ja ciągle jestem w Nowym Sączu – ciągle błądzę po jego uliczkach, które znałam w dzieciństwa.

– Kraj lat dziecinnych? Jak pisał wieszcz: „On zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie”.

– Nawet gdybym chciała (a Broń Boże nie chcę), nie potrafię zapomnieć o Nowym Sączu. Codziennie w nim jestem w moich wspomnieniach i we wspomnieniach innych ludzi, które pielęgnuję i które są przedmiotem mojego pisania. Jak potrzebuję pewne rzeczy zweryfikować, dowiedzieć się, co stoi w danym miejscu teraz, dzwonię do moich zaprzyjaźnionych sądeczan. Bardzo pomaga mi w tym Maciej Zaremba, znany przewodnik.

– Zabrałaby mnie Pani teraz na spacer po Nowym Sączu jaki widziała mała Gabrysia?

– Do Nowego Sącza przyjechałam z moją mamą z Gdańska, zaraz jak wybuchła wojna. Miałam wówczas kilka miesięcy. W tym mieście spędziłam więc pierwsze lata swojego życia. Choć z historycznego punktu widzenia nie były one dobre, bo to ponury czas okupacji, to jednak moje wspomnienia z tego okresu są piękne i urocze. Nowy Sącz to rodzinne miasto mojej mamy. Mieszkaliśmy u babci Bronisławy przy ulicy Dunajewskiego, w pobliżu poczty. Od tego miejsca ten spacer możemy rozpocząć. Lubiłam uliczki wokół rynku, ale najbardziej jednak ulicę Lwowską, bo ona wiodła do mojej ukochanej dzielnicy, czyli Piekła. To tam stawiałam pierwsze kroki. Tam też, już po wojnie, zaczęłam chodzić do szkoły im. Urszuli Kochanowskiej, przy Kochanowskiego (dziś SP nr 3), choć bliżej miałam do Jadwigi (dziś SP nr 2) przy Jagiellońskiej. Z mamą często odwiedzałyśmy dom profesora Zygmunta Sejuda przy ul. Paderewskiego. Bawiłam się tam z dziewczynką o imieniu Basia. Była bardzo sympatyczna i miała zawsze głowę pełną pomysłów. Sądeczanie znają pewnie profesor Barbarę Halską [organizowała w Nowym Sączu Festiwal „Wakacje z muzyką” – przyp. red.], niestety zmarłą rok temu. To właśnie była moja Basia.

Lubiłam też bardzo kapliczki i często moje spacery po Nowym Sączu do nich prowadziły: kapliczka szwedzka przy Kościuszki, św. Jana Nepomucena przy moście lwowskim i – nie wiem, czy jeszcze stoi – kapliczka w stronę Gołąbkowic.

– Stoi nadal, naprzeciw Galerii Trzy Korony.

– To pięknie. Moim ulubionym miejscem był również dziedziniec kościoła św. Ducha. Jak pani tam będzie, to proszę westchnąć za mną. Tam dla mnie zawsze było nieziemsko – figura Matki Boskiej, pełno lilii i róż. Uroczy zakątek. W drugą stronę zabrałabym panią nad Dunajec, nad naszą Wenecję.

– Jestem ciekawa, jak Pani zapamiętała to miejsce. (…)

 

Share on twitter
Share on facebook
INNE POSTY

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.