Na położonej na drugim końcu świata, smaganej porywistym wiatrem lodowej pustyni, gdzie odczuwalna temperatura dochodzi do minus 60 stopni Celsjusza, leży Mount Sidley, najwyższy wulkan Antarktydy. Oddalony o tysiąc kilometrów od najbliższej założonej przez człowieka bazy, jest ostatnim z siedmiu szczytów w realizowanym przez Ewę Wachowicz projekcie Wulkaniczna Korona Ziemi. Takiego wyczynu nie dokonała przed nią żadna kobieta. O trudach i niebezpieczeństwach nie tylko wulkanicznych wypraw z pochodzącą z Klęczan koło Gorlic Miss Polonią, producentką i prezenterką telewizyjną, autorką programu „Ewa gotuje”, rozmawia Krzysztof Kawa.
Zanim zaczniemy rozmawiać o Koronie Wulkanów Ziemi, chciałbym zapytać o kolejny projekt, który – jak słyszę – zamierza pani zrealizować wraz z wieloletnią partnerką górskich wypraw Klaudią Cierniak-Kożuch…
Ewa Wachowicz: Teraz kończymy realizację autorskiego pomysłu Klaudii, którym jest wejście na szczyty siedmiu wulkanów, natomiast moim najnowszym pomysłem jest podróż na siedem najpiękniejszych plaż położonych na wszystkich kontynentach.
A które plaże to te najpiękniejsze?
Jeszcze nie mogę ich wymienić, bo dopiero zamierzam zrobić odpowiednią dokumentację (śmiech). Mogę za to podać nazwy sześciu wulkanów, które zdobyłyśmy i ostatniego, który jest właśnie przed nami do zdobycia.
Przed kilku lat mówiło się, że wejdą panie na Mount Sidley, czyli najwyższy szczyt Antarktydy, jako pierwsze osoby z Polski, tymczasem na początku 2024 roku dokonali tego Ryszard Pawłowski i Tomasz Bryl. A ponieważ dziesięć miesięcy później, 29 listopada, wspięli się na siódmy szczyt, Ojos del Salado w Chile, zdążyli zdobyć Wulkaniczną Koronę Ziemi jako pierwsi Polacy. Czy to w jakikolwiek sposób wpływa na wasze plany lub samopoczucie?
W żadnym wypadku, wręcz przeciwnie. Dzwoniłam do Ryszarda Pawłowskiego, by mu pogratulować wyczynu, bardzo się cieszę, że dokonali tego, jako pierwsi Polacy. Ryszard Pawłowski jest jednym z najbardziej utytułowanych himalaistów w naszym kraju, więc jeżeli my z Klaudią jako dziewczyny, amatorki, robimy tę Koronę i jesteśmy tylko o krok za chłopakami, to możemy czuć się dumne. Zwłaszcza że przecież w sporcie prowadzi się osobne klasyfikacje dla kobiet i mężczyzn. W związku z tym, skoro Koronę zdobyli mężczyźni, to teraz pora na kobiety. Mamy nadzieję, że wkrótce zostaniemy pierwszymi Polkami, które tego dokonają.
Wspomniani himalaiści rozpoczęli swój projekt w 2021 roku, natomiast panie wpadły na ten pomysł znacznie wcześniej. To wy przecierałyście wulkaniczne ścieżki dla Polaków.
Pomysł Klaudii narodził się w 2012 roku podczas naszej wyprawy na Kilimandżaro. Warto wiedzieć, że pierwsze osoby na świecie, które w ogóle zrealizowały Wulkaniczną Koronę, dokonały tego zaledwie rok wcześniej. Od tamtej pory wszystkie nasze górskie wyprawy były podporządkowane właśnie temu projektowi. Zresztą, mamy już na koncie ładny wyczyn, bo jako pierwsze osoby z Polski, co potwierdził swoim autorytetem Krzysztof Wielicki, weszłyśmy na Giluwe, najwyższy szczyt Papui Nowej Gwinei. A trzeba wiedzieć, że ta góra leży na ekstremalnie trudnym, mało dostępnym terenie.
Pawłowski i Bryl stwierdzili, że właśnie Giluwe oraz Mount Sidley są tymi szczytami, które decydują o tym, iż Wulkaniczna Korona Ziemi jest bardzo poważnym projektem. Paradoksalnie, one wcale nie są najwyższe, bo położone tylko nieco ponad cztery tysiące metrów nad poziomem morza, ale o stopniu ich trudności decyduje wspomniana przez panią niedostępność.
Najwyższy w Koronie Wulkanów szczyt Ojos del Salado, położony na pustyni Atakama prawie siedem tysięcy metrów nad poziomem morza, jest trudny do zdobycia z uwagi na wysokość, ale jest o wiele bardziej dostępny niż Mount Giluwe. Zarówno pod względem finansowym, jak i każdym innym – owszem, w Chile trzeba mieć dobrą kondycję i przejść aklimatyzację do dużej wysokości, natomiast na Papui Nowej Gwinei jest kompletnie dziko, nie ma żadnego zaplecza do wspinaczki. Nam trochę pomogli polscy misjonarze, którzy poopowiadali nam o zwyczajach miejscowych plemion, i wcale nie chodzi o ich mityczny kanibalizm, notabene będący zupełnie czymś innym, niż się potocznie sądzi. Rzecz w tym, że jest tam totalnie dziko, w ogóle nie ma przetartych szlaków, więc czy się tego chce, czy nie, trzeba się zwrócić o wsparcie do mężczyzn z lokalnych plemion.
Czy to prawda, że samo dojście do podstawy góry jest wyzwaniem, wyrażającym się dwunastogodzinną przeprawą przez dżunglę, często w strugach ulewnego deszczu?
My, z tego co pamiętam, przedzierałyśmy się przez dżunglę dobre osiemnaście godzin. Nie ma szans, by przejść ten teren bez pomocy kogoś, kto zna to miejsce. Nawet jeśli wysoko w górach pojawi się jakaś ścieżka, to szybko na nowo zarasta, gdyż jest bardzo rzadko uczęszczana – turyści tam nie zaglądają, a tubylcy nie mają powodu, by tam wchodzić. Zatrudniłyśmy więc do pomocy dwóch chłopaków ze wsi, do której dojechaliśmy samochodem i z której wyruszałyśmy pieszo w górę. Szli przed nami i robili dla nas przecinkę maczetami. Podejście pod sam szczyt też jest ekstremalnie trudne, bo jest już bardzo stromo, a nie ma żadnych łańcuchów, możliwości zapięcia liny. Po prostu nie ma skał, na których można by założyć stanowiska do asekuracji, dokonać poręczowania. Wokół jest tylko wysoka, śliska trawa. Wspinaczka polegała na uchwyceniu się kępy, na tyle mocno, by zaprzeć się i wykonać kolejny krok.
Drugi ze wspomnianych najtrudniejszych szczytów to Mount Sidley, na który się właśnie wybieracie. Wspomniała pani o finansach – czy to była największa bariera przy planowaniu wyprawy?
Rzeczywiście, największym problemem było zebranie środków, bo to wyprawa nawet dużo bardziej kosztowna niż na Mount Everest. Druga kwestia to taka, że nie każdy, nawet jeśli ma pieniądze, może tak po prostu pojechać na Mount Sidley. Po pandemii Antarktyda była przez jakiś czas w ogóle zamknięta. A gdy się otworzyła, to zrobił się tłok, bo z bazy, do której mamy dolecieć, jest atak i na Mount Sidley z Wulkanicznej Korony Ziemi, i na Górę Vinsona, która wchodzi w skład popularnej Korony Ziemi, a ponadto stamtąd wyruszają też wyprawy na biegun południowy. Turystyka jest tam więc teraz bardzo limitowana, bo baza ma określoną liczbę miejsc. Aplikację wysyła się do amerykańskiej firmy, która zawiaduje tą bazą. Trzeba podać wszelkie możliwe dane, począwszy od medycznych, a na swojej historii wspinaczkowej skończywszy. I na tej podstawie, gdy wyśle się pierwszą wpłatę, albo się dostaje zgodę, albo nie.
W przypadku odmowy ta kwota przepada?
Nie mam pojęcia, bo my przeszłyśmy pozytywną weryfikację za pierwszym razem. I jesteśmy z tego powodu szczęśliwe, bo wiemy, że to weryfikacja bardzo ostra. Z pewnością znaczenie miała tu osoba naszego przewodnika, Tomka Kobielskiego, który dostał specjalną licencję przewodnicką na Antarktydę i on za nas gwarantował. Ja byłam z Tomkiem na Kilimandżaro, za drugim razem, bo byłam tam dwukrotnie.
To góra, na której w 2012 roku zaczęła się pani przygoda z Wulkaniczną Koroną Ziemi.
To był pierwszy szczyt w tym projekcie, przy czym rok wcześniej spełniłam swoje marzenie z czasów licealnych, kiedy jeździłam na rajdy górskie po Gorcach, Tatrach, Pieninach, Bieszczadach. Wymarzyłam sobie wtedy, by wejść na pięciotysięcznik. Nie wiem czemu, ale tak właśnie zawiesiłam sobie poprzeczkę – pięć tysięcy metrów nad poziom morza. Uprawiałam też wspinaczkę skałkową i różne takie górskie historie, więc gdy przyjaciele organizowali wejście na Mount Kenya w Afryce, to postanowiłam się z nimi wybrać. Potem była wyprawa na Kilimandżaro, na którą namówiłam poznaną nieco wcześniej Klaudię.
A tam z kolei Klaudia Cierniak-Kożuch namówiła panią na zdobywanie kolejnych wulkanów.
Powiedziała wówczas do mnie: „Słuchaj, chodzimy po tych górach tak trochę bez sensu. To wspinamy się gdzieś w Alpach, to jeździmy do Afryki. A gdyby postawić sobie jakiś konkretny cel?” W ten sposób nadałyśmy tym wyprawom sens i po trzynastu latach przed nami wylot na ostatni wulkan Korony, na Antarktydę.
To gwoli uściślenia: jedna z wersji głosi, że pomysł pani Klaudii padł w trakcie wchodzenia na Kilimandżaro, a druga – że już po zejściu ze szczytu. Ciekaw jestem, która z tych wersji jest bliższa prawdy…
Ja nawet pamiętam miejsce, w którym te słowa padły! To na pewno było w drodze na szczyt, trzeci albo czwarty obóz. Akurat spałyśmy w odludnym miejscu, wokół nie było żywej duszy, tylko nasze namioty.
W takim razie trzymamy się tej wersji i ją upowszechniamy. Od tamtej pory każdą wyprawę organizujecie wspólnie?
Klaudia jest na co dzień ordynatorką oddziału laryngologicznego w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, ale to góry nas połączyły. Poznałyśmy się przez przewodnika Marcina Kacperka, u którego robiłam kurs wspinaczkowy. A ponieważ Marcin wspinał się też z Klaudią, to pewnego razu zabrał nas obie na jakąś wspólną wspinaczkę, później na narty, ski toury, jeżdżenie po świeżym puchu poza trasami narciarskimi… I tak z Klaudią, z którą nocowałam podczas tych wyjazdów w jednym pokoju, przypadłyśmy sobie do gustu. Potem ją namówiłam na Kilimandżaro, bo ważne jest mieć dobrego partnera wspinaczkowego, z którym się mieszka w namiocie. Uwielbiam Klaudię, to fantastyczna przyjaciółka.
Teraz przed wami wspólna wyprawa na Antarktydę, czyli na drugi koniec świata. Jak tam dotrzecie?
Lecimy z Krakowa przez Kopenhagę do Santiago de Chile, tam przesiadamy się na regionalne linie lotnicze i kierujemy do Punta Arenas, czyli na sam koniuszek Ameryki Południowej, gdzie odbierze nas samolot arktyczny, który wyląduje w bazie na lądolodzie.
Ten ostatni etap przelecicie już małym samolocikiem?
Czy małym? Sporo poszperałam w internecie, by sprawdzić, jak to wygląda, więc wiem, że to będzie solidny samolot. I nim wylądujemy na Antarktydzie, gdzie będziemy aklimatyzować się do temperatury, światła, wysokości, do wszystkich panujących tam warunków, bo to jest niezbędne, by móc ruszyć dalej. To potrwa dwa, trzy dni, a gdy pojawi się okno pogodowe, to dopiero wtedy mały samolocik zabierze nas z bazy i polecimy nim tysiąc kilometrów.
Tysiąc kilometrów?
No tak, Mount Sidley jest położona bardzo daleko od wszelkiej cywilizacji. Po wylądowaniu znajdujemy się na pustyni lodowej, gdzie nie ma nic. Dosłownie nic. Bierzemy ze sobą sanie, śpiwory, namioty, jedzenie. Tam zakładamy obóz, zwijamy go, idziemy, zakładamy drugi obóz, zwijamy, trzeci obóz, i dopiero stamtąd czeka nas atak szczytowy.
Ile czasu zajmie to od momentu wylądowania awionetką do powrotu w to samo miejsce?
Wszystko zależy od pogody, ale plan zakłada od czterech do sześciu dni. Powinniśmy się zmieścić w pięciu, ale na wszelki wypadek mamy dzień rezerwowy. Ryszard Pawłowski opowiadał, że po zejściu ze szczytu mieli jeszcze dwa dni oczekiwania w obozie, bo były tak złe warunki, że samolot nie mógł po nich przylecieć.
Opowiadał też, że od okna pogodowego zależy tak dużo, iż może się okazać, że – jeśli nie będzie się miało szczęścia – moment na wejście przepadnie i już nie będzie drugiej szansy.
Może się tak zdarzyć. To największa obawa związana z tym szczytem. Ta góra nas puści, albo nie. Nie pomoże nawet super forma, którą zresztą szlifuję od trzech miesięcy. W chwili, gdy rozmawiamy, niosę w plecaku osiem kilogramów – odważnik pięciokilogramowy, dwukilogramowy oraz jeden kilogramowy – i wracam z dwugodzinnego treningu po Lesie Wolskim. Wydaje mi się, że jestem w życiowej formie, ale przecież jestem sportowcem amatorem, a nie zawodowym alpinistą, góry są w moim życiu dodatkiem. Jakże pięknym, ale w pełni zdaję sobie sprawę, że najwięcej zależy w nich nie ode mnie, lecz od pogody. I nikt z nas nie zaryzykuje wejścia na szczyt za wszelką cenę, za cenę odmrożeń, czy nawet życia. W ogóle nie o to chodzi w tym sporcie.
A propos odmrożeń. Zdaje się, że w tej chwili jest tam lato, a więc „zaledwie” około minus 30 stopni Celsjusza.
Zgadza się, jest około minus 30-37 stopni, natomiast temperatura odczuwalna przy często tam wiejącym mocnym, porywistym wietrze dochodzi do minus 50, a nawet minus 60 stopni.
Można się na taką temperaturę przygotować? Zdaje się, że w krakowskim Lasku Wolskim jest teraz nieco cieplej…
Choć zauważam – bo rozmawiając z panem zaczęłam iść nieco wolniej – że dziś chyba jest minusowa temperatura i już mnie trochę chłód dopadł (śmiech). Oczywiście mamy stosowny ubiór na wyprawę. Dla mnie pierwsza warstwa to wełna. Mamy fantastyczne kombinezony „Małachowskiego”, szyte na miarę, ze specjalnym, bardzo ciepłym „uchem”, do tego śpiwory z komfortem spania do temperatury minus 37 stopni, a w namiocie nie będziemy mieć aż tak niskiej; ponadto specjalne buty La Sportivy, stricte wyprawowe, na ośmiotysięczniki w Himalaje. Sprzętowo jesteśmy więc zabezpieczone. A forma, jak wspomniałam, też jest. Klaudia mocno trenuje, więc dodatkowo mnie mobilizuje. Teraz tylko wymodlić pogodę i powinno być dobrze.
Pod szczytem będziecie zdane na siebie, bo w okolicy nie ma żadnej bazy, w razie zagrożenia, gdy samolot odleci, nie będzie się do kogo zwrócić po pomoc.
Rzeczywiście, nie będzie. Dlatego ważne jest, by być bardzo odpowiedzialnym pod kątem kondycji własnego ciała, mówię tu o chorobach, kontuzjach. Pamiętam, co się działo, gdy miałam awarię dentystyczną podczas wyprawy na Pico de Orizaba w Meksyku. Dobrze wiem, co z człowiekiem może zrobić ząb, gdy pojawi się ostry stan zapalny. Dlatego pogoniłam przed tą wyprawą do dentysty. Dzwonię z tym do Klaudii, a ona: „Ja już jestem po wizycie”.
Wiadomo – pani doktor w kwestii dbania o zdrowie to prymuska.
O tak, Klaudusia to super prymuska. Trzeba bowiem jeszcze wiedzieć, że Klaudia ma też specjalizację podyplomową z zakresu medycyny ekstremalnej. O zabezpieczenie medyczne na wyprawie nie mam się więc co martwić, będę pod dobrą opieką!
A pani Klaudia może liczyć w rewanżu na specjały z pani kuchni?
Przyznam się, że tylko na jednej wyprawie gotowałam. To było pod Elbrusem, w bazie na wysokości 3800 metrów, gdy okazało się, że nasza wynajęta w Kaukazie kucharka nie dojechała. Wszyscy wtedy spojrzeli na mnie, pokiwali głowami i stwierdzili, że nie szkodzi, bo mają swoją. Gotowałam wtedy dla całej ekipy. Na dużej wysokości i w ekstremalnych warunkach temperaturowych to ogromny wysiłek. Gdybym tak przez całą wyprawę wydatkowała energię na przygotowywanie posiłków, sprzątanie, mycie naczyń, zabrakło by mi już sił na zdobywanie góry. Dlatego na wyprawach wysokogórskich zawsze jest ktoś, kto zajmuje się zaopatrzeniem kulinarnym i tym, co jemy. Aczkolwiek na wszelki wypadek zawsze mamy ze sobą backup liofilizowanej żywności, gorzką czekoladę, rodzynki, batony energetyczne, a ja dodatkowo śliwkę w czekoladzie, którą uwielbiam.
Na Antarktydę lecicie z Tomaszem Kobielskim tylko we trójkę?
Z Polski będą cztery osoby plus przewodnik, ponadto będziemy mieć miejscowego przewodnika. Ktoś z bazy będzie się nami opiekował, bo przecież my nie wiemy, który to jest szczyt i jak na niego wejść. Tam też na miejscu zaopatrzymy się w żywność oraz w sanie. Z Polski musimy zabrać śpiwory, kombinezony, uprząż, liny, karabinki, te wszystkie rzeczy konieczne do wspinaczki.
Zdradzi nam pani, jaki jest budżet wyprawy? Czy to ponad milion złotych?
Jest to bardzo duży budżet, ale marzenia są bezcenne. Jeżeli się je spełnia, to nie ma potrzeby przeliczać ich na pieniądze.
Aktualny jest plan, by relacjonować wyprawę w programie „Halo tu Polsat”?
Tak, ale zobaczymy, na ile pozwolą nam warunki. Wiem, że w bazie na Antarktydzie będzie internet, ale później będziemy się już tylko posługiwać telefonem satelitarnym.
Wyruszacie 6 stycznia, a na kiedy planowany jest powrót?
Wstępnie, jeżeli wszystko dobrze pójdzie, wrócimy 25 stycznia.
No dobrze, a co potem, jeśli oczywiście nie liczyć siedmiu najpiękniejszych plaż świata?
Może najpierw wyjaśnię, dlaczego Wulkaniczna Korona Ziemi jest taka fajna. Otóż dlatego, że tam nie ma takich tłumów, jak na tych szczytach, które są zaliczane do Korony Ziemi. One są nieprawdopodobnie popularne, tymczasem dla mnie i Klaudii największą zaletą pójścia w góry jest to, by pobyć w ciszy i z dala od cywilizacji, w pięknych okolicznościach przyrody. Żeby móc skontaktować się ze sobą, bo na co dzień ciągle gdzieś gonimy. Szukamy takich szczytów, które są położone w pięknych miejscach. I wchodzimy nie tylko na wulkany, bo na przykład w 2017 roku odwiedziłyśmy Etiopię. Później wybuchła tam wojna domowa, nie można było bezpiecznie wjechać, a nam udało się sporo pozwiedzać. Pretekstem do podróży był najwyższy szczyt Etiopii, bo my lubimy mało popularne góry, na których jesteśmy same. Na pewno więc kiedyś wrócimy na Atakamę, w okolice Ojos del Salado, bo tam jest zjawiskowo pięknie i nie ma ludzi.
W antraktach pomiędzy dalekimi wyprawami Beskid Niski nadal wchodzi w grę?
O tak, zwłaszcza, że mam ziemię w Beskidzie Niskim. Z całą pewnością bardzo wchodzi w grę.
Czym jest Korona Wulkanów Ziemi?
Wulkaniczna Korona Ziemi obejmuje siedem najwyższych wulkanów na każdym z siedmiu kontynentów – analogicznie do Korony Ziemi, w skład której wchodzą najwyższe szczyty każdego kontynentu. Dla Ewy Wachowicz Mount Sidley jest ostatnim do zdobycia w tym projekcie.
Położony na Antarktydzie na wysokości 4285 m n.p.m, mający ok. 5 km szerokości i 1200 m głębokości krater wulkanu został utworzony przez erupcję prawie 4,7 mln lat temu. Odkrył go 18 listopada 1934 roku amerykański lotnik Richard Byrd, a po raz pierwszy został zdobyty przez Nowozelandczyka Billa Atkinsona w 1990 roku.
Wulkaniczne szczyty Ewy Wachowicz
-
Kilimandżaro (5895 m) – Masyw Kilimandżaro, Tanzania, Afryka
-
Elbrus (5642 m) – Kaukaz, Rosja, Europa
-
Pico de Orizaba (5636 m) – Kordyliera Wulkaniczna, Meksyk, Ameryka Północna
-
Damavand (5610 m) – Góry Elburs, Iran, Azja
-
Ojos del Salado (6893 m) – Andy, Chile, Ameryka Południowa
-
Mount Giluwe (4368 m) – Góry Bismarcka, Papua Nowa Gwinea, Australia i Oceania
-
Mount Sidley (4285 m) – Executive Committee Range, Antarktyda





























































































































































































































































