Drugi człowiek jest darem już przez to, że istnieje

Rozmowa z jezuitą o. Stanisławem Majchrem, rekolekcjonistą Domu Rekolekcyjnego Górka w Zakopanem, duszpasterzem osób pozbawionych wolności w Zakładzie Karnym w Nowym Sączu

- Dziś mamy problem ze zdefiniowaniem miłości, używamy tego pojęcia zamiennie z zakochaniem. Czym jest miłość?

ks

- Zacytuję pewną wypowiedź – proszę wybaczyć, nie pamiętam czyją: Miłować to znaczy trwale pragnąć dobra drugiego człowieka. Dodając do tego starotestamentowe określenia, miłość wyraża się w szacunku do drugiego człowieka, gotowości do poświęcenia, bezinteresowności. Kluczowe dla mnie jest tu jednak pojęcie „trwale”, czyli wiernie. To postawa, która się nie zmienia pod wpływem nastrojów. Jest postawą wypracowaną.

- Miłość nie jest więc uczuciem?

- W rozumieniu religijnym, człowiek powinien najpierw otworzyć się na działanie źródła miłości, czyli na działanie Boga. Doświadczając je w sobie, w swej najgłębszej głębi, jego postawa będzie odpowiedzią. To postawa odpowiedzi na miłość doznaną. Miłość jest bowiem świadomością, że jestem dla kogoś ważny. Ktoś mnie akceptuje takiego, jakim jestem, obdarza zaufaniem, bezinteresownością. Mówimy więc o postawie wypracowanej, bo jej trzeba zwyczajnie doświadczyć. Jeżeli człowiek nie doświadczył w rodzinie szacunku, ciepła, serdeczności, nie wie, na czym polega miłość. Dlatego często, kiedy mówię do więźnia o miłości – w tym greckim pojęciu „agape”, czyli miłości, którą ukazał nam Chrystus – to on mi odpowiada, że jemu bliższe jest słowo kochać, niż miłować. Słowo miłować wiąże się z ofiarą, poświęceniem.

- A kochać?

- Kochać – to również będzie postawa serdeczności, ale oparta bardziej na emocjach, wrażeniach i uczuciach, a te bywają zmienne. Jezus mówi nam natomiast o miłowaniu ludzi, również wrogów. Tu nie chodzi więc o pozytywne uczucia. Ich zwyczajnie w takim wypadku nawet nie ma. Chodzi o postawę szacunku. Kochać natomiast to jest to, co w życiu praktykujemy – to znaczy mamy prawo z grona ludzi wybrać sobie takich, z którymi bardziej się rozumiemy, jesteśmy do nich bardziej otwarci, ufamy im. W stosunku do pozostałych nie będziemy mieć pewnie wzniosłych uczuć, ale - jak już wspomniałem - postawę szacunku.

- Ojciec uczy trudnej miłości, wychodząc do więźniów. Trudno jednak kochać osoby, które skrzywdziły innych.

- Do moich uczniów mówiłem zwykle, że nie mają obowiązku mnie lubić. Zdaję sobie sprawę, że mogę nie być w typie danej osoby, że nie odpowiada komuś moja osobowość. Jednak, jako ludzie Ewangelii, powinni mnie szanować. Ja natomiast, jako kapłan, tym bardziej mam obowiązek to czynić. Wracając do tematu więźniów – Chrystus uczy mnie widzieć w nich nie tylko osoby, które odsiadują dożywocie. Chrystus uczy mnie widzieć człowieka. Nie grzechy, nie zło, tylko osoby. Chrystus bowiem nie szukał grzechów, szukał człowieka.

- Ciężko jednak wyeliminować z myśli zło, które ktoś uczynił.

- Bez relacji osobowej z Chrystusem rzeczywiście nie jest łatwo kochać kogoś, kto jest obarczony życiowym egoizmem, dramatem zła, przestępstwem. Kiedy wychodziłem ze spotkania w Zakładzie Karnym w Nowym Sączu, dostrzegłem smutnego mężczyznę. To było zaraz na początku mojej posługi w więzieniach. Pytam więc go, jak ma na imię i dlaczego jest smutny. Odpowiada: „Rafał. A gdyby ksiądz miał dwadzieścia pięć, to nie byłby smutny?”. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, co to jest „dwadzieścia pięć”. Kiedy jednak się dowiedziałem, zrodziła się we mnie emocjonalna blokada – myśl, że spotykam się z mordercą. Jezus na szczęście uczy mnie, że czyjeś bałaganiarskie życie nie może przyćmić mi człowieka. Dzięki temu widzę, jak pod wpływem kontaktu ze mną, ta osoba się zmienia. Dostrzega bowiem, że komuś na nim zależy. Na ogół jest przecież traktowany jak przestępca. Dlatego ja nie mówię o nim więzień, tylko osadzony. W ten sposób też chcę okazać szacunek. Postawa, że mnie na kimś zależy, powoduje wzbudzenie dobra, które przez różne życiowe negatywne doświadczenia zostało gdzieś przydeptane. To dobro w końcu zaczyna kiełkować jako rozmowa, szczerość, zaufanie.

- Pismo Święte mówi „po owocach ich poznacie”. Jakie owoce rodzi miłość, jaką ojciec daje więźniom?

- To dla mnie kłopotliwe pytanie, ale chyba nie tylko dla mnie. Z tymi owocami to bywa różnie, bowiem człowiek uwarunkowany negatywnymi doświadczeniami, życiowymi przestępstwami w pewnym sensie jest inaczej zakodowany. Ma inną mentalność. Przed celą w Nowym Sączu stoi dwóch recydywistów, którzy niebawem mają wyjść na wolność. Mówią między sobą, że tym razem po opuszczeniu więzienia zadbają o swoje konkubiny, dzieci. Jednocześnie dodają w jaki sposób. Będą kraść. Jeszcze na wolność nie wyszli, a już mają takie zamiary. To tylko pokazuje, że to zakodowanie negatywami nie jest łatwo rozkodować. Może więc powiem w ten sposób – nasza posługa wolontariatu (bo nie tylko ja spotykam się z więźniami) nakreślona jest postawą, że chcemy być użyteczni, chcemy okazać szacunek, jesteśmy otwarci jako bracia i siostry względem osadzonych, ale nie oczekujemy i nie spodziewamy się efektów. Chcielibyśmy oczywiście, żeby nie wrócili do uzależnień, przestępstw, złych decyzji. Niemniej wolność człowieka to szalona sprawa, ale zniewolenie, namiętności też są ogromną siłą. Pokazujemy, że można żyć inaczej, ale jeśli nie ma u osadzonego pragnienia wyjścia z uzależnień, to nasze widzenie przyszłości wcale nie wygląda kolorowo. Na dziesięciu wychodzących na wolność, sześciu wraca z powrotem. Więc jakieś owoce są.

- Co zrobić, by było ich jeszcze więcej?

- Jeżeli osadzony pragnie zmiany, największego wsparcia potrzebuje, gdy wyjdzie na wolność. Tu muszę powiedzieć o mojej współpracy ze Stowarzyszeniem Sursum w Nowym Sączu, które prowadzi taką pomoc. Nasz zamiar jest taki, żeby osadzony miał oparcie w grupie ludzi wierzących, żyjących Chrystusem. Po wyjściu na wolność przeżywa bowiem kryzysy, takie zwyczajne, emocjonalne, związane z samopoczuciem, ale też głębokie - życiowe. Bez wsparcia grupy one mogą być bardzo destrukcyjne.

- Przygotowuje ojciec więźnia na wyjście na wolność, ale społeczeństwo, mam poczucie, też potrzebuje przygotowania na jego przyjęcie?

- Na pewno jest potrzeba uwrażliwiania społeczeństwa. W Zakopanem mam swoich znajomych górali, którzy prowadzą handel pod Gubałówką. Sprzedają odzież i obuwie. Ja z tymi właścicielami stoisk często rozmawiam. I w czasie tych pogawędek wspominam o osadzonych. W ten sposób oswajam z tematem. Na ogół bowiem obiegowa opinia jest taka: „W więzieniu kryminaliści mają jedzenie, telewizor, komputer, nawet pracę jak chcą. To co im potrzeba?”. Tymczasem więzienie to klatka. Rozmawiając na straganie przybliżam prawdziwe warunki życia więźniów. Podrzucę moją książkę „Dlaczego za kratami” i „Jezus był ze mną za kratami”. Efekt? Ci ludzie mi pomagają. Wiem, że mogę zwrócić się do nich z prośbą o odzież i obuwie. Wiedzą, że to dla osadzonych. Również na Górce podczas mszy świętej kieruję prośbę do uczestników rekolekcji, aby w prywatnej rozmowie z Chrystusem westchnęli w intencji osadzonych. Niektórzy wyrażają chęć wzięcia udziału w spotkaniu grupy wolontariuszy w Zakładzie Karnym w Nowym Sączu czy Nowym Wiśniczu. Napisał do mnie jakiś czas temu pewien młody aktor, który spotkał się z osadzonymi. Był pod wrażeniem ich serdeczności. Stwierdził, że w swojej pracy aktorskiej nigdy takiej nie zaznał.

- Kto może zostać wolontariuszem?

- Każdy, pani też.

- Wejście do zakładu karnego, między osadzonych nie wymaga przygotowania?

- Wchodząc do zakładu karnego, podlegamy kontroli, musimy przestrzegać pewnych obowiązujących tam zasad. Możemy na początku uczestniczyć w spotkaniu z osadzonymi, tylko przyglądając się mu. Nie musimy zabierać głosu. Warto sprawdzić w ten sposób, czy taka forma wolontariatu nam odpowiada.

- Chętnych, by służyć w ten sposób więźniom nie brakuje?

- Obserwuję, że w Nowym Sączu, mimo licznych wspólnot przy parafiach, jest coraz mniej chętnych do udziału w takich spotkaniach. A szkoda, bo to pewnego rodzaju przygoda.

Czytaj "Dobry Tygodnik Sądecki"!

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie