W Nowym Sączu nie milkną echa niedawnego programu w Kanale Zero, w którym prezes Fakro Ryszard Florek rozmawiał z Krzysztofem Stanowskim. Do studia mogli zadzwonić widzowie. Jednym z nich był Sylwester Adamczyk, współautor książki „Tajemnice sądeckiej bezpieki”. Zapytał w programie Ryszarda Florka: – Ja bym chciał zapytać, czy pan Florek byłby uprzejmy powiedzieć coś na temat swoich związków ze Służbą Bezpieczeństwa w latach 80.
W studiu Regionalnej Telewizji Kablowej w Nowym Sączu tę sytuację i wartość wspomnianej książki ocenił dr Jakub Bulzak, sądecki historyk, nauczyciel w I LO, felietonista DTS. Oto fragmenty jego wypowiedzi:
„(…) To odgrzewanie przez Sylwestra Adamczyka sensacji sprzed sześciu lat, która sensacją żadną nie jest. Ja już się na temat tej książki wypowiedziałem na łamach pewnego sądeckiego periodyku. Zresztą spadły wtedy na mnie gromy, nazwano mnie ładnie – adherentem starego systemu. Obiecywano mi nawet, że starzy esbecy będą mnie po plecach poklepywać na Jagiellońskiej. Sześć lat mija i ciągle nikt mnie nie poklepał po plecach, nawet stary esbek. Wspomniana książka jest po prostu tanią sensacją.
Nie mam poczucia, że prezes Ryszard Florek zdenerwował się tym telefonem do programu w Kanale Zero. On nawet streścił to, co tam jest o nim napisane. Książka zawiera jeden podstawowy błąd. Miesza wszystkie porządki historyczne. Ale trudno się czegoś innego spodziewać po autorach, którzy zawodowymi historykami nie są. I te braki warsztatowe są widoczne. Prezes Florek nigdy nie ukrywał, że miał kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa. Dość otwarcie o tym mówi, a w tym co mówi, nie odbiega od dokumentów. A dokumenty – które też czytałem w IPN analizując różne sądeckie wątki – i materiały dotyczące Ryszarda Florka znam. Przede wszystkim jednak ta książka polega na tym, że autorzy streszczają to, co dostali w IPN-ie. Literalnie: dokument pierwszy, a w tym dokumencie jest to i to. Czasem jest fotokopia, czasem jest cytat, czasem omówienie, plus trochę uczuciowych komentarzy od siebie. Prosta narracja, bez analizy, bez kontekstu… Klucz był prosty. Zestawiono tam nazwiska bodaj dziesięciu osób, którzy mniej czy bardziej, ale jakoś są publicznie rozpoznawalni, jak chociażby Ryszard Florek czy Jerzy Wideł. Ale są też osoby dużo mniej znane, ale żyjące, które można spotkać na ulicy. Oni są wszyscy wrzuceni do jednego worka: współpracownicy zbrodniczej SB. Są tam osoby, którym zrobiono krzywdę stawiając ich w takim świetle. Pierwszy z brzegu przypadek pani Anny Zwolińskiej, która była zatrzymana przez milicję w czasie Wydarzeń Marcowych 68 roku. Ona była protestującą, powielała jakieś ulotki, ale wszystkich protestujących zamknęli na 48 godzin. Taki był schemat działania: wszystkich zamykano, wszystkim podsuwano zobowiązania do współpracy, zastraszając i grożąc. Czasami hurtowo podpisywano takie zobowiązania, za czym nie idzie żadna współpraca. To znaczy są dwa-trzy telefony wykonywane przez esbeka, potencjalny współpracownik kompletnie nie rokuje, więc kontakt zostaje zerwany. Podpisane zobowiązanie zostaje.
Przykład prezesa Florka polega na tym, że on jako regularnie w tamtych latach wyjeżdżający za granicę, jak wszyscy tego typu ludzie, byli w stałej obserwacji Służby Bezpieczeństwa. Każdy, kto wyjeżdżał w PRL-u pamięta spotkanie po paszport i przy oddawaniu paszportu, najczęściej z funkcjonariuszem milicji, ale na etacie SB. I to były dla nich okazje do wyciągnięcia jakichś informacji. I w tych dokumentach są informacje pisane własnoręcznie przez Ryszarda Florka, nawet przed tą formalną rejestracją, która faktycznie nastąpiła. Proszono go o przedstawienie relacji z tego, co w Niemczech widział i obserwował. I to są takie obyczajowo-środowiskowe wspominki u kogo mieszkał, co robił, albo że w Niemczech są lepsze samochody niż u nas. Nie ma tam żadnych doniesień na kogoś konkretnego, nie było żadnych wynagrodzeń za to. To bardzo ważne, bo ustawa lustracyjna wyraźnie mówiła o świadomej i dobrowolnej współpracy. A Ryszard Florek nie podpisał zobowiązania do współpracy. Podpisał odręcznie sporządzony dopisek – podobnie zresztą jak w przypadku Jerzego Widła – „Zachowam w tajemnicy przebieg rozmowy z funkcjonariuszem SB”. To była rutyna podpisywana przez wszystkich. Tych, których później rejestrowano – z ich wiedzą, albo bez tej wiedzy. W książce są pomieszane przykłady rzeczywistej współpracy i jej całkowitego braku (…) Inną osobą skrzywdzoną w tej książce jest Benedykt Kafel. Fantastyczny człowiek, sympatyczna postać, niezwykle zasłużony dla rozwoju kultury ludowej w Małopolsce. Ale tam jest napisane w tonie sensacji, że Benedykt Kafel wywiązał się z tego co obiecał. Mianowice dostarczył funkcjonariuszowi niezwykle cenny materiał, czyli listę zespołów ludowych działających na Sądecczyźnie! Albo jest tam taki podrozdział: esbek znał wcześniej niż publiczność werdykt jury festiwalu folklorystycznego w Zakopanem! Bo Benedykt Kafel przyszedł na spotkanie z funkcjonariuszem i powiedział mu, że są już po naradzie jury. Ależ wiedza operacyjna!”
Czytaj też: ,,Czas zatrzymać to szaleństwo”. Ulicami miasta przeszedł marsz ,,Razem dla Polski i Polaków”


























































































































































































































