Znowu skandalem? W tamtym roku były już tego oznaki. O co szło? Otóż na poprzedniej Peryferiadzie zaproszono gości, którzy stali się – i to mocno – kontrowersyjni. Chodziło głównie o Arkadiusza Jakubika. Znamy tego aktora z licznych filmów, zwłaszcza u reżysera Smarzowskiego: Kler, Drogówka, Dom zły i te piosenki zespołu Misio. To produkcje, które naszej – sądeckiej, tradycjonalistycznej – publiczności wydały się wprost obrazoburcze. Dodatkowo pan Jakubik wyrażał się źle, eufemistycznie mówiąc, o Osobie Ojca Świętego. Tego Ojca Świętego…
Nasi sądeccy pisowcy dostrzegli to i napiętnowali bez litości. Ta krytyka została także szeroko udostępniona, nawet poza granicami Polski. Pytali dramatycznie, czy na naszej, sądeckiej, starosądeckiej ziemi tacy ludzie powinni być zapraszani, by mówić cokolwiek. Dodajmy: na festiwal teatralny zaproszono również Krystynę Jandę, która także wypowiadała się niewybrednie o tradycjonalistycznych Polakach, krytykowała władzę PiS i Osobę Ojca Świętego. A w Starym Sączu jest Ołtarz Papieski…
Starosądeckie wydarzenia kulturalne miewają więc i takie okoliczności. A przecież, jak podkreślają nasi sądeccy pisowcy, ta ziemia powinna wykwitać kultem innych tradycji. W Starym Sączu bywa jednak inaczej. Przypadek czy perwersja?
Jeden z prominentnych przedstawicieli starosądeckiej elity pisowskiej stwierdził dobitnie, że miasto jest „święte” i ma zobowiązania wobec tradycji zarówno starosądeckiej, jak i narodowej. Proklamował je miastem pod wezwaniem św. Kingi i św. Jana Pawła II. Nie miał wątpliwości co do świętości tej ziemi wobec grożącego profanum, laicyzacji – i to oświadczenie komentowano nawet za granicą.
Czy i w tym roku w Starym Sączu zagoszczą lewackie miazmaty?
Redakcja Kurka nie chce zajmować stanowiska, dostrzega jednak problem i postanowiła podejść do niego metodycznie.
Na początek sięgnęliśmy po dorobek ks. Mariana Pirożyńskiego i jego kultowy poradnik Co czytać? z 1932 roku. Pirożyński, redemptorysta – co ma swój kontekst – pisał o książkach tak stanowczo, że postanowiliśmy przyjąć jego kryteria wobec kina, gości i filmów Peryferiady.
Aby zaprezentować wnikliwość i rozmach ojca Pirożyńskiego, przytoczymy kilka jego bezlitosnych recenzji.
Stefan Żeromski – Dzieje grzechu. „Jeden upadek pociąga za sobą inne i kobieta stacza się na samo dno nędzy moralnej; teza sama w sobie słuszna, ale sposób jej przeprowadzenia urąga najprymitywniejszym wymaganiom moralnym – ohyda.”
Victor Hugo – „wylał stek kłamstw i bluźnierstw, skierowanych przeciwko Kościołowi, papieżowi, biskupom i w ogóle duchowieństwu”.
Stefan Żeromski – Przedwiośnie. „Przedwiośnie, ohydny paszkwil na Polskę i na inteligencję wiejską, stronnicze i niezgodne z rzeczywistością apoteozowanie warstwy robotniczej i Żydów. Poza tym wybujały erotyzm i wywrotowa ideologja…”
Émile Zola – „Z chorobliwą satysfakcją zajmuje się degeneratami, pragnąc na tej drodze udowodnić słuszność swych materialistycznych tez.”
Teraz jest oczywiste, że metoda księdza Pirożyńskiego powinna przypaść do gustu tutejszym strażnikom moralności, tradycji i przeciwnikom lewactwa. Dodać należy, że księdza Pirożyńskiego uwiarygadnia również i to, że przedwojenny lewak Boy-Żeleński mocno atakował księdza Mariana.
Uzbrojeni w metodę księdza Pirożyńskiego dokonamy teraz lustracji tegorocznych gości i filmów starosądeckiej Peryferiady. Może ten tekst i moja krytyka może być przydatna dla tutejszych tradycjonalistów, a może nawet ich wyręczy, albo będzie punktem wyjścia i inspiracją.
Przypatrzmy się zatem systemowo każdej z osób, gościom tegorocznej Peryferiady. Na początku zbadamy ich stosunek do rzeczywistości politycznej, moralnej, lex aeternam. Przepraszam za drastyczność zestawień i porównań. Na tym jednak polega krytyka komparatywna ojca Pirożyńskiego w wersji uwspółcześnionej.
Robert Gliński – reżyser rocznik 1952, laureat Orłów i Złotych Lwów za „Cześć Tereska”. I to jest nawet dobre, ale… 12 maja 2016 r. w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” skomentował rząd Zjednoczonej Prawicy: „Główną ofiarą »dobrej zmiany« jestem ja (…). Bycie ministrem kultury to najbardziej syfiasta fucha i bardzo się dziwię bratu, że się w to wpakował”. Prawda, że mocne? Zalatuje biblijnym Kainem i Ablem.
Dorota Stalińska – aktorka (Bez miłości, Debiutantka, Krzyk), nagroda im. Z. Cybulskiego. Gdyby na tym zakończyć, to byłoby cudownie, ale… 21 maja 2024 r. nazwała ośmioletnie rządy Prawa i Sprawiedliwości „chorobą, którą trzeba wyleczyć”. Rok wcześniej podczas festiwalu Tofifest zaapelowała, by niezdecydowanych wyborców „zabrać za wszarz do urn, postawić schabowego albo skrzynkę piwa”. No ale pamiętamy ją z filmowego „romansu” z porucznikiem MO Borewiczem. To wiele wyjaśnia…
Jan Jakub Kolski – reżyser m.in. „Jańcio Wodnik”, „Jasminum”. No i nakręcił wiele niezłych filmów, chociaż Fellinim to on nie jest. Ale… w Programie 1 PR (2012) przyznał: „Dostałem wiele dowodów na nieistnienie Boga”. Dowodów nie przedstawił. A jak je przedstawi na Peryferiadzie? Wyjdzie skandal. Po co ryzykować? Jego życie prywatne jest także pokręcone: rozwód, a potem późniejszy związek z dużo młodszą kobietą. Czy artyści mogą nam udzielać rad moralnych, a sami żyć tak „na kocią łapę”?
Krzysztof Majchrzak – aktor („Quo Vadis”, „Pornografia”). Wspaniałe role! Ale … w wywiadzie z 2008 r. ocenił: „I dostałem po ryju, zostałem oszukany. Do polityków PiS mam wielki żal”. W życiorysie odnotowano dwa śluby i dwa rozwody z oraz potem głośny romans. Czyli wszystko idzie „jak z Cyganami: łzy, krew i miłość…” My na Sądecczyźnie trzymamy się wartości! Przynajmniej staramy się…
Łukasz Maciejewski – krytyk filmowy (ur. 1976), wykładowca Szkoły Filmowej w Łodzi. Jeszcze relatywnie młody, ale gość nawet pewnego formatu, ale … w publicznym poście wspominał początki kariery telewizyjnej: „Potem przyszedł pierwszy PiS, zmiotło mnie z anteny”. No niby to niewinne, ale wymiar tych słów jest jednak jednoznaczny. To stosunkowo młody człowiek i miejmy nadzieję, że odkryje jeszcze prawdziwe wartości.
Marian Dziędziel – aktor („Wesele”, „Dom zły”), rocznik 1947. Wielki talent, ale w rolach charakterystycznych i drugoplanowych. W wywiadzie dla portalu Fronda przyznał, że przed szkołą teatralną „myślał o zostaniu księdzem”. Ciekawe, ale widać, że się pogubił, na co bez wątpienia miał wpływ dekadentyzm środowisk artystycznych. Szkoda. Jego pierwsze małżeństwo rozpadło się. Lubimy go oglądać, bo pasuje do naszego regionu. Mógłby mieszkać na przykład w … Barcicach. Hodować kury i barany. Ale roli w Weselu nie powinien przyjąć. A i nad rolą w Weselu Wyspiańskiego także powinien się zastanowić, gdyby reżyserował Smarzowski.
Krzysztof Globisz – aktor Teatru Starego w Krakowie. Trudno mu coś znaleźć w życiorysie, bo on zawsze był taki akuratny, nieznośnie akuratny… Idealny zięć w mieszczańskiej, krakowskiej rodzinie ze śródmieścia. Globisz wypełnia również model miejskiego inteligenta, członka elity. Pamiętamy również adwokata w „Krótkim filmie o zabijaniu”. Można przypuszczać, że protestowałby przeciwko łamaniu konstytucji przez Pana Doktora Dudę Andrzeja, także z Krakowa. To ambiwalentna postać, ale jego można ostatecznie zaakceptować na Peryferiadzie.
Dobrze, a teraz podejdźmy konstruktywnie, ale jednak krytycznie do tych ich filmów. Popatrzmy na to okiem ojca Pirożyńskiego, ale w wersji współczesnej.
Cześć Tereska Glińskiego – kamera ustawiona nisko, jakby na kolanach, prowadzi nas po brudnych klatkach schodowych, gdzie święte obrazy zastępują obsceniczne tagi. Dziewczyna wchodzi w anarchiczny ślepy zaułek: bez Ojczyzny, bez Krzyża, bez Ojca. Zamiast odczytać krzywdę jako wezwanie do ofiary, film fetyszyzuje jej samozagładę. W rezultacie nihilizm staje się jedynym „programem wychowawczym”, jaki oglądają młode publiczności. Czy takie kino jest dydaktyczne? No nie. Po co powstał ten film? Nie wiadomo. Może reżyser wie. Ale może lepiej go nie pytać, bo jeszcze coś palnie niestosownego.
Benek także Glińskiego – post-górniczy pejzaż przypomina czyściec, tylko że tu nikt nie czeka na zbawienie. Śląski etos „pracy dla Rzeczypospolitej” rozpada się w rdzawym pyle, a główny bohater wybiera kapitulację podszytą cynizmem. Gliński wykorzystuje industrialne ruiny jak scenografię upadłego sacrum. Martwe szyby szybciej zapadają się, niż Benek zdąży zadać pytanie o sens. A miłość staje się farsą. Czy jest w tym jakaś puenta? No i po co było kręcić taki film?
Bez miłości z tą nieszczęsną Stalińską – reporterska kamera działa tu niby jak brzytwa. To pozory. Bohaterka pocięła prawdę na ujęcia, by sprzedać emocje w rubryce „lifestyle”. Łączy w sobie spryt i bezwzględność, które rozbrajają konserwatywny ideał „służby słowu”. Film ostrzega, że media pozbawione zakorzenienia w Ewangelii stają się narzędziem destrukcji, nie formacji. Brak jednoznacznego przesłania, bo jak coś wisi w próżni, to można interpretować dowolnie. A gra Stalińskiej naprowadza na niedobre wnioski.
Krzyk znowu ze Stalińską – zamiast Matki-Polki otrzymujemy kobietę w permanentnym strajku przeciw światu. Jej bunt nie ma teleologii ani teologii – to wrzask w próżnię. Sass proponuje więc ikonę kobiecości bez dziecka, bez rodziny, bez Boga. W konsekwencji dramat zamienia się w nihilistyczny performans gniewu. Czemu to ma służyć? Na pewno nie wychowaniu młodych małżeństw! A Stalińska jeszcze to podkręca.
Pornografia Kolskiego – gombrowiczowska intryga to herezja wobec narodowego kanonu okupacyjnego. Kombatancka ofiara zostaje sprowadzona do erotycznej łamigłówki, a dwaj inteligenci urządzają wokół młodych Polaków moralny eksperyment. Pytanie „jak żyć dla Ojczyzny?” wypada z dialogu, zostaje tylko „jak igrać pośród ruin”. Widoczna jest nadmierna fascynacja Kolskiego Gombrowiczem. Szkoda jednak, że nie Sienkiewiczem.
Ułaskawienie także Kolskiego – formalnie elegia o rodzicach „wyklętego”, ale kadry drogi są tak wygaszone, że wyklęte zostaje samo marzenie o sensie ofiary. Piętno historii nie prowadzi ku odkupieniu. Przeciwnie, rozmywa granicę między katem i ofiarą. Kolski zamienia ikonę ryngrafu na proch – dosłownie i symbolicznie – by pokazać, że transmisja wiary i patriotyzmu może obrócić się w pył. Tak, rujnujmy wszystko co wartościowe, a potem czekajmy na dobre owoce. Kolski ma takie predylekcje, wpada w próżny, lewacki dydaktyzm.
Dom zły z Dyblikiem – aktor wciela się w milicjanta gotowego sfałszować protokół i sumienie. Śnieg, błoto i bimber tworzą diabelską pasterkę, a pejzaż polskiej wsi staje się ikoną upadku przymierza narodowo-moralnego. Ten film jest przereklamowany, zwłaszcza w pewnych środowiskach. Na Sądecczyźnie przeszedł na szczęście bez echa. Złośliwcy mówili, że można byłoby go kręcić właśnie tutaj. Bzdura. Dyblik nie powinien grać w tym filmie. To go właśnie obciąża.
No i Anioł w Krakowie z Globiszem – niebo degraduje się do turystycznej gadżetologii, anioł wciela się w ulicznego grajka, a cudowność staje się towarem straganowym. Film banalizuje transcendencję, sugerując, że sacrum można „zmonetyzować” jak pamiątkę pod Sukiennicami. W sumie to żenada z ładnymi kadrami. Należy się dziwić, że Globisz w tym zagrał, to już lepiej jak był tym adwokatem-prymusem.
Jest i wreszcie to Nic Kędzierzawskiej – matka, pozbawiona oparcia w mężu i systemie, ukrywa ciążę i zabija dziecko. W kontekście współczesnych protestów „strajku kobiet” film czyta się jak szokująca przypowieść o desperacji w świecie pustej retoryki „ochrony praw kobiet”. Z ekranu płynie przestroga: bez realnego miłosierdzia prawo staje się dławikiem prowadzącym do zbrodni. Przewrotne, ale po pewnym liftingu ten film mógłby być pro-life. To chyba jego jedyna wartość – ten potencjał do korekty. Można było od razu tak kręcić.
Diabły, diabły Kędzierzawskiej także. To niby zdolna reżyserka, ale za dużo oglądała Bergmana. A te „diabły” pokazują podlaską wieś, w której krzyż zastąpiły plotki, a dziewczynę z miasta natychmiast okrzyknięto „diabłem”. Wieś bez krzyża, za to z plotką w miejsce katechizmu, zamiast kapłana – sabat ciemnych instynktów. Film podmienia Ewangelię na zabobon, a wspólnotę na tłum gotowy do linczu. To film bijący w polską wieś. No właśnie – w sądecką prowincję. Będą to wyświetlać na Peryferiadzie. Nie powinni.
A teraz przejdźmy już bezpośrednio do filmów wyświetlanych na Peryferiadzie, festiwalu podobno poświęconemu prowincji. To chyba jakiś żart dyrekcji festiwalu. Jedno jest na pewno prawdą, on jest peryferyjny nomen omen intelektualnie i moralnie, ale przyjrzyjmy się teraz wyświetlanym filmom. Oczywiście inspirujemy się perspektywą ojca Pirożyńskiego…
Benek – pisałem wcześniej. Moralnie bezwartościowe. Nie nadaje się na Peryferiadę
Sny pełne dymu – fabryczny smog, młodzi między alkoholową ucieczką a autodestrukcją, prowincja to tu rezerwat przegranych. Dym, smog nie tylko w płucach, lecz i w duszy. Nie nadaje się.
Diabły, diabły – pisałem wcześniej. Sabat plotek zamiast Ewangelii. Bezwzględnie skreślić z festiwalu.
Rozkosze gościnności – lekka, staroświecka farsa o honorze i gościnności, bawi, nie obraża. Slapstick Keatona wciąż błyszczy. Można śmiać się bez wyrzutów. Film zostaje na festiwalu.
Cudowne miejsce – sakralna beskidzka sceneria przerobiona na jarmark cudów, gdzie religia staje się biznesem. Sacrum sprzedawane na odpustowym straganie. Film z pozoru religijny, w istocie podkopuje cześć dla misterium. Nie wyświetlać.
Bulion i inne namiętności – małomiasteczkowa Francja w sosie zdrad i kuchennej erotyki. No i moralna zgnilizna udająca folklor. Niestrawne. Do kosza.
Chłopi – wizualny majstersztyk, ale chłopska gromada to katalog grzechów ciężkich. Projekcja tak, pod warunkiem odpowiedniego wstępu o pracy, ziemi i sile tradycji. Z zastrzeżeniem można dopuścić do festiwalu.
Sonata – historia walki o godność i piękno muzyki. Pokazuje, że prowincja może wspierać talent. Warunkowo można zostawić. Jednakże konieczny jest krótki komentarz, że talent wyrasta z rodziny wiernej Bogu i Ojczyźnie.
Wesele – sakrament sprowadzony do kopert, wódki i łapówki. Kpina z tradycji wiejskiej i rodziny. Filmowo sprawne, moralnie druzgocące. Nie nadaje się. I to chyba najbardziej. To szyderstwo z prowincji!
Gabinet doktora Caligari – arcydzieło ekspresjonizmu, mroczna przestroga przed manipulacją tłumem (wyborcami). Szkoda, że niemieckie, ale warto. Zostaje – ku przestrodze. Można grać muzykę na żywo. Ostatecznie może na fortepianie zagrać Majchrzak.
Do tego można dołożyć kilka odcinków Plebanii z tą sympatyczną aktorką, która służy księdzu i jeszcze te filmy o Podlasiu z tym proboszczem słomkowym kapeluszu.
Tyle od redakcji Kurka. Zezwalam na korzystanie z tych recenzji. Można cytować, przerabiać, nawet bez podawania źródła. W gruncie rzeczy i ja trochę ściągałem z ojca Pirożyńskiego.
Do zobaczenia na festiwalu Peryferiada!


































































































































































































