To miała być jedna z tych zwyczajnych, wiosennych niedziel w Nowym Sączu. Zegar na wieży ratuszowej zbliżał się do południa, słońce zza chmur oświetlało Rynek, a w autobusie linii numer 7 panował typowy gwar. Pasażerowie, po mszy wracali do domów, byli stłoczeni w pojeździe i myślami wybiegali już do tradycyjnego obiadu, obserwując mijane kamienice. Nic nie zapowiadało, że za moment czas się zatrzyma. Historię, którą opisujemy, opowiedzieli nam naoczni świadkowie, podróżujący tamtego dnia miejskim autobusem.
Gdzieś między Rynkiem a ulicą Paderewskiego, w sennym, niedzielnym korku, rytm dnia nagle pękł. W tłumie pasażerów młoda dziewczyna zaczęła niknąć w oczach. Jej dłoń kurczowo zacisnęła się na barierce, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Zaczęła się chwiać nienaturalnie, jakby grawitacja stała się nagle zbyt mocna. W autobusie zawrzało. Ludzie zaczęli się odsuwać, padały niepewne słowa. Ten nagły impuls niepokoju natychmiast wyczuł Przemysław Biedrawa, kierowca „siódemki”. Spojrzał w lusterko i w ułamku sekundy zrozumiał, że to nie jest zwykłe osłabienie. To była walka o oddech.
Szybko zjechał na bok, zabezpieczył pojazd i ruszył w stronę tracącej przytomność pasażerki. Zajmował się nią w najtrudniejszych chwilach, udzielając pomocy i wsparcia, dopóki sygnał karetki nie przeciął powietrza. Gdy pogotowie przejęło nastolatkę, pan Biedrawa po prostu otrzepał ubranie, usiadł za kierownicą i dokończył swoją trasę. Służba. Nie wiemy, co dokładnie dzieje się z dziewczyną dzisiaj, ale wiemy jedno: trafiła na właściwego człowieka we właściwym czasie. Tym razem był to kierowca MPK.
Dotarcie do pana Przemysława nie było łatwe, bowiem tacy ludzie rzadko szukają blasku fleszy. Podczas rozmowy biła od niego uderzająca skromność. – Nic wielkiego nie zrobiłem – mówił niemal szeptem w rozmowie z reporterem DTS24, wyraźnie zakłopotany poświęcaną mu uwagą. – Widzisz, że ktoś potrzebuje pomocy, więc reagujesz. Jako kierowca jestem odpowiedzialny za tych ludzi. Nie mogłem postąpić inaczej. Co ważne, podkreśla również, że z całego serca dziękuje pasażerom. To ich czujność i to specyficzne „szemranie” w pojeździe dało mu znać, że dzieje się coś złego.
Ta historia ma jednak niezwykły epilog, o którym dowiedzieliśmy się nieoficjalnie. Dzień po zdarzeniu do Urzędu Miasta przyszła kobieta. Bez zapisów, bez umawiania się w sekretariacie, prowadzona czystym, matczynym odruchem serca. Chciała tylko jednego, czyli stanąć przed prezydentem Ludomirem Handzlem i podziękować za to, że podległy mu pracownik uratował to, co miała najcenniejszego. Życie jej córki.
Często bohaterstwo nie nosi peleryny. Czasem trzyma dłonie na kierownicy autobusu. Morał z tej historii jest prosty: warto reagować. Kierowca mógł przecież odwrócić wzrok, dojechać do przystanku i pozwolić pasażerce wyjść o własnych siłach. Co stałoby się wtedy z nastolatką tracącą przytomność na ławce, bez wsparcia? Na szczęście, dzięki postawie pana Przemysława, nigdy nie będziemy musieli poznać odpowiedzi na to pytanie.
Czytaj także: Nowy rozdział na Kaduku. O działce, która przestaje straszyć


























































































































































































































