Sądeczanka protestująca: Barbara Żytkowicz

Rozmawiamy z Barbarą Żytkowicz – organizatorką sądeckich protestów kobiet.

- W niespełna pół roku, stała się Pani twarzą sądeckich protestów przeciwko decyzjom rządzącej ekipy w sferze szeroko pojętych praw kobiet.

- Do niedawna nie interesowałam się szczególnie polityką, ani też nie uczestniczyłam w życiu publicznym. Jednak kolejne posunięcia obecnych władz zaczęły budzić u mnie coraz większy niepokój i rodzić obawy o przyszłą sytuację kobiet w naszym kraju. Tydzień przed zorganizowaniem protestu w Nowym Sączu, byłam w Krakowie na manifestacji. Po części pojechałam tam z czysto osobistych powodów, ale uczestnictwo w krakowskim proteście w dużym stopniu zmieniło moje nastawienie.

BOCHENSKI

- W jaki sposób?

- Doznałam tam swoistego objawienia. Doświadczyłam poczucia prawdziwej wspólnoty i siły jaką daje bycie z kobietami, które łączy wspólny cel. Poczułam się częścią większej całości i zrozumiałam, że nie chodzi tu tylko o mnie i moje odczucia, ale też o inne kobiety i o walkę o wspólne cele. Uświadomiłam sobie także, że prawa nie są nam dane raz na zawsze, i że często niestety trzeba o nie walczyć.

- I postanowiła Pani przekuć swoje indywidualne odczucia w konkretne działanie?

- Uznałam, że głos sprzeciwu wobec obecnej sytuacji potrzebny jest również w Nowym Sączu. Umieściłam apel do Sądeczanek na Facebooku mając oczywiście świadomość, że w naszym mieście może nie być odzewu. Prosiłam kobiety, żeby solidaryzowały się w prosty sposób – przyszły ubrane na czarno do pracy, wzięły dzień wolny, lub chociaż przypięły czarną wstążkę. W sprawę włączyła się także organizacja Dziewuchy Dziewuchom i tak to poszło. Zorganizowałyśmy czarny protest 3 października, a potem kolejne. Ale wiedziałyśmy, że to dopiero początek.

- Początek czego?

- Początek walki o coś, co jeszcze do niedawna wydawało się względnie oczywiste – czyli o prawo kobiet do szeroko pojętego prawa wyboru w swoim życiu. Wiedziałyśmy, że obecne władze będą próbowały podejmować kroki, by te prawa ograniczać, i uznałam, że w tej sytuacji nie można milczeć, trzeba działać.

- Jakie konkretne posunięcia obecnych władz wzbudzają w Pani niepokój i zmuszają do działania?

- Na wstępie muszę sprostować jedną rzecz. Nasi krytycy często automatycznie łączą protesty z kwestią aborcji i sprowadzają cały problem do tego, że chcemy bez ograniczeń usuwać ciąże bądź, że nawołujemy do tego. To kompletna bzdura i całkowite niezrozumienie problemu. Choć protesty w październiku wywołane były próbami podważenia od dawna funkcjonującego kompromisu w sprawie aborcji, nasza walka ma o wiele szerszy wymiar. Tu nie chodzi tylko o prawo do przerwania ciąży w sytuacjach określonych przez kompromis, ale także o prawo do edukacji seksualnej, do leczenia metodą in vitro, do godnej i zgodnej ze współczesnymi standardami opieki medycznej, w tym okołoporodowej, do ochrony przed szeroko pojęta przemocą, w tym niestety często domową. Tak naprawdę chodzi tu nie tylko o prawa kobiet, ale po prostu o prawa człowieka do życia w państwie, które kieruje się świeckimi prawami, a nie tymi, które dyktuje Kościół. Także o to, żeby kobiety zaczęły być w końcu traktowane podmiotowo, a nie jak pionki w jakichś grach uprawianych przez polityków różnych opcji.

- Rozumiem, że protesty nie są wyrazem jednoczesnego poparcia dla jakieś konkretnej partii?

- Absolutnie nie. Nasz ruch jest apolityczny, łączy kobiety o różnych przekonaniach. Ja sama nie należę i nigdy nie należałam do żadnej partii. Tu chodzi o podstawowe prawo kobiet do decydowania o swoim życiu. Tylko tyle i aż tyle.

Rozmawiała Tatiana Biela

fot. z arch. B. Żytkowicz

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS:

Jan Duda

Wypowiedz się w tej sprawie