Anna Kurdziel: Pewnie będę popłakiwać myśląc o córce

Rozmowa z Anną Kurdziel – radcą ambasady RP w Rzymie, watykanistką, sądeczanką.

Renault2

 - Jak wyglądały Pani ostatnie tygodnie w Rzymie? Kiedy oglądaliśmy pierwsze przekazy z Włoch, kiedy koronawirus był u nas jeszcze odległym i abstrakcyjnym problemem, nie mogliśmy sobie wyobrazić, że życie na ulicach może do tego stopnia zamierać.

- Wiedza, jaką mam teraz, różni się od tej, jaką posiadałam jeszcze trzy tygodnie temu. Sytuacja dramatycznie zmieniała się z godziny na godzinę. Kraj piękny, radosny, pulsujący życiem, nagle z dnia na dzień zamarł. To trudne do opisania. Żyjemy tu codziennymi konferencjami prasowymi o godz. 18 szefa obrony cywilnej, ale nawet on teraz jest chory, więc jego zastępcy. Cały naród włoski zasiada wówczas przed telewizorami, trzymając kciuki za jakiś pozytywny trend. Jest światełko w tunelu, bo od wczoraj bardzo wzrosła ilość osób, które wyszły z choroby. Niestety liczba 100 tys. chorych została przekroczona, dramatyczne są ilości zgonów, dziś to już powyżej 11 tys. Ta hekatomba, która przeszła przez północne Włochy, spowodowała, że po tych pierwszych dniach śpiewu z balkonów, łączenia się, solidaryzowania, jesteśmy w całych Włoszech ogarnięci żałobą. Historia oceni, czy te środki ostrożności, jakie zostały wprowadzone we Włoszech, pierwszym europejskim kraju dotkniętym koronawirusem, były dobrymi środkami zaradczymi.

- Pani obserwuje, jakie środki zostały wprowadzone w Polsce. Wyciągamy lekcje na przykładzie Włoch? (...)

To tylko 30 proc. tekstu. Całość przeczytasz tylko w "Dobrym Tygodniku Sądeckim" - pobierz bezpłatnie już teraz! Dobrej lektury! 🙂

MAGIK MAŁA

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.