W obozie Sandecji doszło do niecodziennej sytuacji, która stawia klub w niekomfortowym położeniu. Jeden z kluczowych zawodników ofensywnych, Siméon Ouré, nie trenuje z zespołem. Co więcej, piłkarz w ogóle nie stawił się w Nowym Sączu po przerwie urlopowej, a powód, jaki podaje, brzmi wręcz nieprawdopodobnie. Wszystko dzieje się na kilkanaście godzin przed wygaśnięciem jego umowy.
Według wersji przedstawionej przez samego zawodnika, zmaga się on z… jednoczesną kontuzją obu ścięgien Achillesa. W całej sprawie najbardziej bulwersuje jednak fakt, że Francuz po prostu nie przyjechał na Kilińskiego po zakończeniu urlopów. Co za tym idzie, klub nie miał żadnej realnej możliwości, aby zweryfikować prawdziwość tych deklaracji diagnozą medyczną. Piłkarz po prostu nie przystąpił do swoich obowiązków kontraktowych.
Sprawa wywołuje kontrowersje również z powodów formalnych. Umowa francuskiego pomocnika wygasa dokładnie z końcem czerwca, czyli właściwie za kilkanaście godzin. W kuluarach rodzi się mnóstwo pytań: czy to rzeczywiście pechowy i rzadko spotykany uraz na samym finiszu, czy może klasyczne unikanie ryzyka przed poszukiwaniem nowego pracodawcy? W tej chwili bezsilność klubu wobec stanowiska zawodnika tworzy fatalny precedens. Przede wszystkom, negatywne światło na sprawą rzuca fakt, że Ouré nie odpowiedział w żaden sposób na ofertę przedłużenia kontraktu, którą złożyła mu Sandecja – ten ustaliliśmy nieoficjalnie.
Od ofert za setki tysięcy do… gabinetu lekarskiego
Dzisiejsza sytuacja kontraktowo-medyczna wygląda tym bardziej jaskrawo, gdy przypomnimy sobie, jak obiecująco zaczynała się przygoda Ouré przy Kilińskiego. Kiedy latem ubiegłego roku Francuz trafiał do Nowego Sącza z LKS-u Goczałkowice Zdrój, z miejsca stał się jedną z najciekawszych postaci w zespole. Mocny początek sezonu i trzy gole strzelone w nieco ponad sto minut sprawiły, że wokół 25-latka wybuchło transferowe zamieszanie.
Na łamach DTS24 informowałem wówczas, że na trybunach w Nowym Sączu regularnie pojawiali się skauci czołowych różnych klubów, w tym Wieczystej Kraków. W grze były poważne, sześciocyfrowe kwoty. Ouré ostatecznie nigdzie nie odszedł i choć w późniejszych miesiącach miewał wahania formy, to do końca stanowił ważny element układanki sztabu szkoleniowego. Jeśli jednak sięgnąć pamięcią wstecz, to wprost proporcjonalnie do potencjalnego zainteresowania Francuzem, nasilała się również jego… podatność na urazy.
Niezwykle dyplomatycznie wypowiedział się wtedy współwłaściciel klubu, Arkadiusz Aleksander: – Simeon to bardzo ważny zawodnik dla naszego zespołu, napędza formację ofensywną. Świetnie się wkomponował i błyszczał kreatywnością, umiejętnościami technicznymi czy szybkością. Narzeka obecnie na problemy z kolanem, ale trudno powiedzieć o tym coś więcej, bo był problem ze zdiagnozowaniem tego urazu – mówił w październiku ubiegłego roku.
Niesmak na do widzenia
Jak widać, historia zatoczyła koło. Zamiast jednak pamiętać go z dynamicznych akcji, pięknych bramek i wielkich nadziei, jakie budził na starcie, kibice „Sączersów” zapamiętają być może tylko ten kuriozalny finał.
Sytuacja, w której kluczowy zawodnik na sam koniec kontraktu ogłasza niedającą się zweryfikować niedyspozycję obu Achillesów i nie wraca z urlopu, zostawia w Nowym Sączu gigantyczny niesmak. Niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy piłkarza po 30 czerwca, ta sprawa pokazuje, jak bezbronny potrafi być klub w starciu z decyzjami profesjonalnego gracza. Wszystko wskazuje na to, że przygoda Ouré z Sandecją dobiegła końca.
Czytaj także: Sądecki talent na celowniku Włochów. Milan Jawor może trafić do Serie A
fot. Adrian Maraś / Sandecja



















































































































































































































