Przed 20 laty sądeczanin Marcin Gawron wystąpił w finale wielkoszlemowego turnieju juniorów na kortach w Londynie, odnosząc najgłośniejszy sukces w tenisowej karierze. Dziś czterokrotny mistrz Polski w singlu jest prezesem spółki Arena Operator i zarządza PreZero Areną Gliwice.
Z Marcinem Gawronem rozmawia Krzysztof Kawa.
– Skąd ten tenis? Dzięki rodzicom?
– Wychowałem się na osiedlu Wólki w Nowym Sączu. W pobliskim Parku Strzeleckim były korty, które upatrzył sobie mój tata. Chodził pograć z wujkami i kolegami, czasem zabrał mnie ze sobą. Byłem jeszcze dzieciaczkiem, gdy pewnego dnia wziąłem do ręki rakietę i już się z nią nie rozstawałem. Na treningi do Sądeckiego Towarzystwa Tenisowego, dziś działającego pod marką STT Fakro, jako pierwszy zaczął chodzić mój starszy o dwa lata brat Jakub, a ja wkrótce do niego dołączyłem.
– To prawda, że wolał pan oglądać w telewizji mecze tenisowe zamiast bajek?
– Tak było. Miałem, mówiąc potocznie, bzika na punkcie tenisa. To były trochę inne czasy, nie mieliśmy internetu, YouTube’a i tych wszystkich platform, na których teraz dzieci spędzają czas. Moje oglądanie meczów, na przykład Australian Open, wyglądało w ten sposób, że najpierw rodzice nagrywali je na kasety wideo, a następnie ja je sobie odtwarzałem. I to każdy nawet po 10 razy! Moim idolem był Andre Agassi, spędziłem mnóstwo czasu na oglądaniu jego pojedynków z Pete’em Samprasem, Borisem Beckerem i innymi czołowymi tenisistami.
– Pana rodzice byli czynnymi zawodnikami?
– Nie, tenis był dla nich jedynie formą rekreacji. Mocno mnie jednak w tej pasji wspierali. Jeżdżąc z mamą na turnieje, często zabieraliśmy młodszego z moich braci, Konrada, więc on też się szybko nauczył grać.
– Rodzice mieli świadomość, że pana kariera będzie ich drogo kosztować? Dziadek sióstr Radwańskich opowiadał, że musiał sprzedać cenne rodzinne obrazy, by zdobyć środki na wyjazdy wnuczek Agnieszki i Urszuli.
– To z całą pewnością nie jest tani sport, choć myślę, że w ostatnich latach sporo się zmieniło, tenis stał się bardziej dostępny. Wtedy, na początku lat 90., w Polsce była to dyscyplina egzotyczna. Wcześniej mieliśmy Wojciecha Fibaka, a później przez dłuższy czas nikogo innego. Rakiety, piłki – takie akcesoria były trudno dostępne. Jak się jednak budzi pasja w młodym człowieku, to rodzice robią wszystko, żeby ją rozwijać i tak też było w moim przypadku. Miałem też szczęście, że trafiłem na Grzegorza Jeża. Był młodym człowiekiem zakręconym na punkcie tenisa i właśnie zaczynał karierę szkoleniowca. Dużo się uczył, by przekazywać tę wiedzę dzieciakom. Trenerów tenisa było wtedy bardzo mało, a szczególnie takich jak on. Współpracowaliśmy na początku mojej kariery, a następnie po wielu latach na samym końcu.
– Opuścił pan dom rodzinny już jako osiemnastolatek. Dlaczego akurat Sopot?
– Po dotarciu do finału juniorskiego Wimbledonu moja kariera przyspieszyła, stałem się znany w środowisku. Wcześniej oczywiście też odnosiłem sukcesy, zdobywałem tytuły mistrza Polski w swoich kategoriach wiekowych, osiągałem dobre wyniki w turniejach międzynarodowych. Jednak występ na kortach Wimbledonu był nieporównanie bardziej spektakularny. Polski Związek Tenisowy tworzył centrum treningowe w Sopocie, a ja byłem jednym z kilku zawodników, którzy się tam przenieśli. Wyjechałem razem z moim ówczesnym trenerem, Słowakiem Mario Trnovskym. W Sopocie spędziłem dwa i pół roku, a następnie przez blisko trzy lata mieszkałem i trenowałem w Warszawie. Po czym wróciłem do Nowego Sącza.
– Jadąc na Wimbledon, przeczuwał pan, że osiągnie tak znakomity wynik?
– W ogóle nie myślałem w tych kategoriach. Wydawało mi się, że mój styl gry nie będzie odpowiedni na trawę. Nie wiedziałem, jak się na niej gra. Panował stereotyp, że liczy się dobry serwis i wolej. Na miejscu okazało się, że moje dobre poruszanie się i antycypowanie zamierzeń rywala oraz niska pozycja na nogach i gra z kontry są bardzo skuteczne również na trawiastej, szybkiej nawierzchni. Z uwagi na pozycję w rankingu czekał mnie turniej eliminacyjny, więc najpierw musiałem wygrać dwa mecze, które były rozgrywane na bocznych kortach. Już sam awans do turnieju głównego był spełnieniem młodzieńczych marzeń. W nim z meczu na mecz się rozkręcałem i przechodziłem kolejne rundy. Było mi łatwiej grać dzięki temu, że nie było wobec mnie żadnych oczekiwań. W zawodowym sporcie bardzo często u młodych zawodników problemem jest presja lub przemotywowanie. A ja miałem luźne podejście, myślałem tylko o tym, żeby dać z siebie wszystko i zagrać fajny mecz.
– Przystępując do decydującego pojedynku też miał pan takie nastawienie?
– Nie, po wygranym półfinale po raz pierwszy poczułem presję i trudno mi było sobie z nią poradzić. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co się tak naprawdę dzieje. Zaczęło spływać do mnie mnóstwo gratulacji. Jasne, wtedy jeszcze nie było social mediów i może dobrze, bo pewnie bym te wiadomości czytał do rana, ale i tak spadło na mnie wystarczająco dużo, by poczuć się przytłoczonym. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że wiele osób liczy na moją wygraną w najbardziej znanym turnieju tenisowym na świecie. Cała uwaga koncentrowała się na finalistach, panowało wielkie poruszenie, widziałem jak na kortach obok rozgrzewali się Roger Federer i Rafael Nadal. Dla tak młodego człowieka to wielka rzecz. To wszystko sprawiło, że po półfinale zaczęła się gonitwa myśli, analizowanie w głowie tego, co się stanie, jak wygram. Przed finałem miałem nieprzespaną noc, pojawił się stres. Teraz, po latach, lepiej wiem, co trzeba było zrobić, ale wtedy nie byłem przygotowany na tak duży sukces. Pierwszy raz w życiu grałem na dużym obiekcie, przed kilkutysięczną publicznością. Pierwszy set, przegrany 2:6, nie toczył się po mojej myśli. Byłem spięty i stremowany. W drugim już wszystko puściło, ale niestety uległem minimalnie po tie-breaku.
– Jak pana sukces został odebrany w Nowym Sączu? Wrócił pan do rodzinnego domu zaraz po zawodach?
– Przyleciałem już następnego dnia, w niedzielę, czyli w dniu, gdy był rozgrywany finał seniorów, właśnie z udziałem Federera i Nadala. Szkoda, że nie zostałem w Londynie dłużej, bo jest taki zwyczaj, że każdy z finalistów, zarówno z grona juniorów, jak i seniorów, po zakończeniu turnieju jest zapraszany na bankiet. Do dziś, choć minęło 20 lat, nie wiem, jak to się stało, że tak szybko wróciłem do Polski i na tę imprezę nie poszedłem. W Nowym Sączu była olbrzymia radość, pamiętam że po wylądowaniu na krakowskim lotnisku w Balicach czekali na mnie dziennikarze, rodzina, cały nasz sądecki tenisowy światek. Wszyscy tym żyli i mnóstwo osób trzymało za mnie kciuki. To było coś wyjątkowego w mojej karierze, pojawiło się zainteresowanie ze strony ogólnopolskich mediów, były wywiady, spotkania, wszystko nagle przyspieszyło.
– Pana finałowy rywal, Holender Thiemo de Bakker, był wtedy liderem rankingu ITF juniorów, a później doszedł do 40. miejsca na liście ATP, kończąc występy na kortach dopiero przed dwoma laty.
– Taka jest prawda, że nasze kariery się różnie potoczyły, ja skończyłem grać nieco wcześniej, ale tego, co przeżyłem nikt mi nie odbierze. Jak teraz wracają wspomnienia, to czuję, że to była wspaniała przygoda. Później miałem swoje lepsze i gorsze momenty, wygrywałem międzynarodowe turnieje, reprezentowałem Polskę w meczu Pucharu Davisa z Izraelem, a występy w barwach narodowych to zawsze coś wyjątkowego. Wimbledon z pewnością był punktem zwrotnym. Gdybym nie osiągnął tego finału, to pewnie wiele fajnych rzeczy by się w moim życiu nie wydarzyło.
– Natknąłem się na fotorelację z pana przygotowań do sezonu sprzed dekady, gdy trenował pan wspólnie z Karoliną Woźniacką, późniejszą mistrzynią Australian Open. Jak się poznaliście?
– Znamy się od czasu, gdy ja miałem 18 lat, a ona 16. U dziewczyn sukcesy juniorskie przychodzą trochę wcześniej, więc mieliśmy okazję zagrać w kilku tych samych turniejach. Później nasze ścieżki się rozeszły. Karolina bardzo szybko została nr 1 światowego tenisa, długo utrzymywała się w czołówce. Spotkaliśmy się po latach i miałem okazję potrenować przez kilka tygodni u niej w Miami. Z tatą Karoliny do dzisiaj mam super relacje. Tenis, poza tym, że był świetną szkołą życia, postawił na mojej drodze wielu ciekawych i wartościowych ludzi.
– To także dzięki tenisowi znalazł pan swoją przyszłą żonę?
– Można tak powiedzieć, bo poznaliśmy się na kortach w Gliwicach, dokąd przyjechałem, by po dłuższej przerwie znowu wziąć udział w mistrzostwach Polski. Wygrywałem mistrzostwa seniorów trzy razy z rzędu w latach 2007-2009 roku, w tym dwukrotnie właśnie w Gliwicach, a później koncentrowałem się na turniejach międzynarodowych, w których mogłem zdobywać punkty do rankingu ATP. Ale w 2015 roku stwierdziłem, że może warto wrócić do Gliwic, gdzie tak dobrze mi szło. I wprawdzie tym razem przegrałem w półfinale, z moim dobrym kolegą Grzegorzem Panfilem, ale poznałem Anię i dziś tworzymy rodzinę, mając dwójkę wspaniałych synów.
– Osiągał pan wartościowe wyniki w tenisie, a po zakończeniu kariery zaczął się spełniać zawodowo na zupełnie innym polu, zarządzając ProZero Areną Gliwice. Jak doszło do tego, że grając i tak często podróżując, nie zaniedbał pan kształcenia?
– Miałem moment w karierze, gdy rywalizacja zaczęła mnie kosztować dużo zdrowia i nerwów. Od dzieciństwa całe moje życie toczyło się wokół tenisa i pewnego dnia stwierdziłem, że muszę znaleźć jakąś odskocznię, zająć głowę czymś innym. Postawiłem na studia z zarządzania i, choć początkowo nie robiłem dalekosiężnych planów, najpierw uzyskałem licencjat, a następnie zdobyłem tytuł magistra. Koniec studiów zbiegł się w czasie z końcem kariery, więc wszystko się idealnie złożyło.
– Gdzie pan studiował?
– Oczywiście na najlepszej uczelni, czyli w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. W związku z tym, że wciąż grałem w tenisa zawodowo i mało czasu spędzałem w miejscu zamieszkania, wybrałem formę edukacji w trybie niestacjonarnym. WSB była jedną z pierwszych uczelni w Polsce, która umożliwiała taką formę nauki. To świetne miejsce. Dawniej tuż obok, przy ulicy Zielonej, znajdowała się hala tenisowa, w której spędziłem mnóstwo czasu.
– Często pan teraz odwiedza Nowy Sącz?
– Chciałbym częściej! Staram się przyjeżdżać, gdy czas mi na to pozwala, ale nie ukrywam, że bywa z tym różnie. Naprawdę uwielbiam to miejsce, kocham je. Od kilku lat mieszkam w Gliwicach, ale część mnie zawsze jest w Nowym Sączu. Sądzę, że tak już zostanie, tego uczucia nie sposób się pozbyć. To naprawdę fajne miejsce na mapie. Można je docenić dopiero wtedy, gdy się wyjedzie i zamieszka w innych miastach, czy to w Polsce, czy w Europie. Cenię sobie to, że Nowy Sącz jest miastem bardzo kompaktowym, człowiek może w nim zaznać spokoju, nie tracąc czasu na dojazdy. Jak spędzam czas, stojąc w korkach na Śląsku, to natychmiast nachodzą mnie myśli, że w tym samym czasie dystans od ulicy Węgierskiej po wyjazd na Nawojową przejechał bym ze trzy razy.
Rozmawiał Krzysztof Kawa








































































































































































































