Wojciech Molendowicz
Widziałem wielu, którzy się poddali – ale ty nie poddawaj się!
Umierałem cztery razy
– opowiadał 1999 r. Krzysztof Pawłowski – założyciel i rektor Wyżej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu i Tarnowie, senator pierwszej i drugiej kadencji.
Prolog
O chorobach opowiadać nie wypada. To nie jest temat dobrze widziany w towarzystwie ani adresowany do szerokiej publiczności. To problem wyjątkowo intymny, który najczęściej przeżywamy w samotności, albo z najbliższą rodziną. Nie zdecydowałbym się na opowiedzieć o mojej wielkokrotnej walce z chorobą i ocieraniu się o śmierć, gdyby nie przekonanie, że opowieść ta może komuś pomóc. Wiem jak ważna jest w najważniejszych momentach pozytywna motywacja i przekonanie, iż chorobę można pokonać nie tylko przy pomocy lekarzy i najnowszych osiągnięć medycyny, ale również dzięki własnej psychice. Widziałem wielu, którzy się poddali. Wiem, jak łatwo się poddać. Jeśli jednak moja historia choć jednej osobie doda siły do walki, to znaczy, że warto było ją opowiedzieć.
Krzysztof Pawłowski
Akt I. Ucieczka w pracę
Wiadomość spadła na mnie niespodziewanie, niedługo po moich 40. urodzinach w 1986 roku. Byłem akurat w Poznaniu. Sam wyczułem u siebie to dziwne zgrubienie. Wiedziałem już, że dzieję się coś niedobrego. W drodze powrotnej wstąpiłem do Częstochowy. Chciałem się pomodlić. Wieczorem następnego dnia stawiłem się u znajomego lekarza w szpitalu. Wystarczyło mi jego spojrzenie. Powiedział tylko: – Krzysiu, to jest rak.
Do domu miałem 10 min drogi spacerem. Mam słabą pamięć, ale z tego wieczoru pamiętam każdy szczegół. Przez ten dziesięć minut intensywnie myślałem, jak zabezpieczyć rodzinę na wypadek śmierci?
Było późno, ale Kinga – która chodziła wówczas do podstawówki – czekała na mnie. Miałem jej objaśnić coś z matematyki. Przysłuchiwała się temu żona. Tłumacząc matematyczne twierdzenie rzuciłem do żony słowo „raczek”. Nie przerwałem matematycznego wywodu.
Od początku uciekałem przed strachem. Podczas wizyty w Krakowie chirurg powiedział, że na drugi dzień może mnie operować. A ja na to, że przyjadę za tydzień, bo właśnie mam seminarium na AGH, a potem przyjeżdża mój przyjaciel i partner naukowy z Niemiec. Doktor wpadł w szał. Darł się na mnie, że ludzie miesiącami czekają na operację, a tu czas jest ważny.
Uciekłem w pracę. Wiedziałem, że najgorzej zaszyć się w kącie i czekać. Tego nawet twardziel nie wytrzyma. Od początku wierzyłem, że będę żył. Doskonale rozumiałem się z lekarzem. Dwóch fachowców w swoich dziedzinach rozmawiało o konkretach. Żadnej fikcji. Najtrudniejszy był okres naświetlań. Ciężko znieść osłabienie i nawroty mdłości. Jako fizyk tłumaczyłem sobie, ze to coś naturalnego w tej sytuacji. Starałem się nie przesiąkać atmosferą szpitala. Nie spacerowałem po korytarzach, żeby się tym dodatkowo nie ładować. Obok w strasznych męczarniach umierali ludzie. Całą dobę słychać było krzyki. Kiedy tylko mogłem uciekałem na Planty. Sporo czytałem, nawet na literaturze naukowej potrafiłem się skupić. Zabawne, ale pozostają w człowieku takie drobne urazy. Żona przynosiła mi do szpitala ciastka-makaroniki i ulubiona kawę rozpuszczalną. Makaroników nie jadam do dziś. Do kawy wróciłem po wielu miesiącach.
W Nowym Sączu lekarze zaproponowali mi przejście na rentę. Podziękowałem. Na drugi dzień byłem w pracy. Uciekałem chorobie. Lata 1987/88 to szczyt mojej działalności naukowej.
Akt II. „Zamach na senatora”
To co się stało 7 lipca 1989 r. brzmi jak bajka. Jako senator wybrałem się z wopistami na Podhale. Towarzyszący mi oficer otworzył przede mną tylne drzwi wojskowego poloneza. Wybieram miejsce dla samobójców” – zażartowałem siadając z przodu. Od tamtego czasu jeśli nie muszę, nie siadam obok kierowcy. Rozłożyłem sobie siedzenie i zasnąłem. Resztę znam tylko z opowiadań. Było szarawo, mgliście i jesiennie. Za Krościenkiem wyprzedzaliśmy autobus. Na poboczu ktoś zostawił wóz pełen dłużyc prosto z lasu. Kierowca nie widział wozu wcześniej. Drzewo o średnicy 15 centymetrów przebiło przednią szybę z mojej strony i wbiło się w tylne siedzenie. Przeszło na wysokości mojej głowy. Gdybym siedział w normalnej pozycji urwałoby mi ją. Śpiący zostałem przez to drzewo przygnieciony do siedzenia z 7-centrymentowym pęknięciem czaszki i okiem na wierzchu. Wojskowi wyszli bez szwanku. Siedzący z tyłu pułkownik robiąc mi miejsce do spania, przesiadł się za kierowcę. Obudziłem się na stole operacyjnym w Nowym Targu. „Czy jest tu jakaś młoda dziewczyna” – spytałem ku zdumieniu zgromadzonych lekarzy. „Jest mi strasznie zimno i chcę, by mnie wzięła za ręce” – wyjaśniłem rozsądnie, udowadniając przy okazji, że jestem prawdziwym chrześcijańskim-demokratą.
Prawa strona mojego mózgu była mocno obita. Długo czułem tak silny ból, że byłem w stanie opisać moją półkulę mózgową. Na trzy miesiące zostałem wyłączony z życia. W polityce był to najciekawszy okres, szalenie wiele się działo. Nigdy już tego czasu nie nadrobiłem. Szwajcarska maść niemal całkowicie wygładziła wielką bliznę na czole. Z tym wypadkiem wiąże się pewna anegdota. Zaraz po wypadku, podczas operacji w Nowym Targu zadzwonił tam minister Czesław Kiszczak. Zaniepokoił go wypadek. Chciał po mnie śmigłowiec wysyłać. To był gorący okres po pamiętnych wyborach 89 roku i bał się, że to może zostać odczytane jako zamach na solidarnościowego senatora. Dziś brzmi to jak żart.
Akt III. Choroba młodych polityków
Wiosna 1991 roku. Od jakiegoś czasu źle się czułem, bez powodu schudłem 10 kilogramów. Myślałem nawet, że to nawrót raka. Tego dnia w Senacie poczułem się wyjątkowo fatalnie. Poszedłem do kliniki rządowej. Na drugie piętro wszedłem kompletnie mokry. Lekarz zobaczył mnie i zdążył tylko krzyknąć „wózek”!. Trafiłem na salę reanimacyjną. To był czwartek. Jak się okazało, od niedzieli chodziłem z migotaniem komór serca. Wydolność organizmu spadła do 30 procent. W zasadzie powinienem już nie żyć. Lekarze ponad dobę nie dawali sobie rady z umiarowieniem moje serca.
Okazałem się skutecznym negocjatorem. Przekonałem panią profesor, że nie umiem używać basenu i muszę wstawać do ubikacji. Rano poszedłem się ogolić. Żeby było dziwniej zamknąłem się od środka. Nagle poczułem, że umieram. Nie omdlewam, bo takie uczucie poznałem wcześniej, ale po prostu umieram. W ułamku sekundy zobaczyłem całe swoje życie. Obudziłem się z głową na kaloryferze… Co się działo w międzyczasie? Może byłem po drugiej stronie? Wiem, że było mi dobrze i ciepło. Czułem spokój i nie chciałem wracać. Wydawało mi się, że widzę światło. Nie mam pojęcia ile to trwało. Byłem poza czasem. Obudziłem się z głową na kaloryferze. Czaszkę miałem pękniętą, a krew płynęła mi po piersi szeroko jak krawat. Paradoksalnie, ale uderzenie w kaloryfer i spowodowany tym wstrząs umiarowiły mi serce. Skończył się jeden kłopot, zaczął drugi. Pozszywano mi głowę i szukano przyczyny. Najpierw raka – nawrotu, albo nowej wersji. Okazało się, że to tarczyca. Lekarz staruszek pokiwał nade mną głową: „To typowa choroba młodych polityków. Za dużo pracy, za mało profesjonalizmu”. Chyba miał rację. Pojęcia godziny pracy i zmęczenie są mi obce. Nigdy nie robię nabożeństwa z tego, że dużo pracuję i nie znoszę gdy ktoś mówi „ale pan się poświęca dla innych”.
Akt IV. Komedia w tragedii
Na przełomie 1995 i 96 roku zauważyłem u siebie postępujące objawy starzenia. „Przecież mam dopiero 50 lat” – pomyślałem. Nie mogłem wysiąść z samochodu, nogi miałem bezwładne i niedołężne. Warszawscy lekarze bezskutecznie szukali przyczyny przez dwa miesiące. Wówczas poddałem się dwudniowym badaniom w Nowym Sączu. Dopiero znajoma lekarka zasugerowała, że to jakiś problem „na piętrze”. Potwierdziła to tomografia komputerowa: gruczolak na przysadce mózgowej. Narośl blokująca pracę mózgu. Mój czwarty wyrok śmierci brzmiał najpoważniej ze wszystkich wcześniejszych. Dowiedziałem się o tym na tydzień przed wręczeniem mi nagrody „Polityki” im. Szeligi. Pojechałem po nią śmiertelnie chory. Uśmiechałem się do kamer, udzielałem wywiadów, a w Nowym Sączu w hotelu „Orbis” wydałem przyjęcie. Czułem, że muszę tak zrobić. Głownie dla szkoły. Trzynaście lat temu myślałem jak zabezpieczyć rodzinę. Teraz jak zabezpieczyć WSB, która tak mocno opierała się na moim nazwisku.
Dzięki przyjacielowi skontaktowałem się z profesorem Podgórskim, neurochirurgiem z warszawskiej kliniki wojskowej, który operował mózg bez otwierania czaszki mikro narzędziami wprowadzonymi przez nos. Czas naglił, a ja idąc na spotkanie z profesorem zobaczyłem obrazek, jakby żywcem z komedii z lat 70. Nad drzwiami widzę napis „Sala operacyjna”. Naglę wychodzą z niej robotnicy w brudnych waciakach, gumiakach i berecikach. Jeszcze dziś mógłbym ich narysować. „I w takich warunkach mają mi operować mózg?” Ze strachu przygotowałem sobie operację w Szwecji albo w Izraelu. Zdecydowałem się przyjąć chemię. To tylko przedłużyło moje cierpienie. Na lekarstwa wydaliśmy majątek. Po paru miesiącach wróciłem do profesora Podgórskiego, bo ktoś mnie zapytał, co będzie, jeśli przy stole operacyjnym w Szwecji nie znajdzie się nikt, komu po angielsku będę w stanie opowiedzieć o swoim samopoczuciu.
16 grudnia 1996 roku operacja. Najbardziej bałem się uszkodzenia nerwu wzrokowego. Mikroskalpel operuje milimetr od niego. Czasami operacja się udaje, ale pacjent traci wzrok. To mój najważniejszy zmysł przy pracy. W drugiej dobie po operacji poczułem się wspaniale. Głowa pracuje. Na trzeci dzień wstałem i poszedłem do szpitalnej kaplicy. Ksiądz podawał komunię. Kiedy wstawałem złapałem się na tym, że nie muszę, jak przed operacją, wspierać się rękami na kolanie. Rozkleiłem się. Ryczałem ze szczęścia. „Jestem zdrowy” – pomyślałem, choć nie było jeszcze wyników badań wycinka.
W trzeciej dobie po operacji odezwał się we mnie zimny fizyk. Profesor pokazał mi operację na mózgu. Taką samą, jaką robili mi trzy dni wcześniej. Jedna pielęgniarka była tam tylko po to, żeby mnie ewentualnie cucić. Potraktowałem to jako kolejne doświadczenie naukowe. Badanie wycinka potwierdziło, że jestem całkowicie uleczony.
Epilog
Nie mam po tym co przeszedłem poczucia wyjątkowości. Nawet przez moment nie miałem pretensji do Boga. Nie lubię o tym mówić, ale to wszystko tylko umacniało mnie w wierze. Pomyślałem, że albo tak narozrabiałem, że Bóg nie chce mnie stąd zabrać, albo mam tu jeszcze coś ważnego do zrobienia. Kiedy przechodziłem przez swoje kolejne umierania przestałem myśleć, że mam jeszcze czas. To mnie pchało do działania, bo czułem się odpowiedzialny, a to za rodzinę, a to za szkołę. W najtrudniejszych momentach robiłem najwięcej. Na przekór stanowi psychicznemu i fizycznemu. Płaciłem za to straszliwą cenę.
Te elitarne w końcu doświadczenia sprawiły, że dziś potrafię cieszyć się z drobiazgów. Smakuje życie. Mam duży dystans do małych rzeczy i kłopotów. Trudno mi dokuczyć i wyprowadzić z równowagi, plotki spływają po mnie. Potrafię panować nad sobą niemal idealnie, dyskutować i działać na chłodno. Jestem dużo mocniejszy niż dziesięć lat temu. Dziś wiem jak wiele w ekstremalnych sytuacjach zależy od chorego. Wierzę głęboko, że rezultat każdej kuracji w dużej mierze zależy od psychiki człowieka zdeterminowanego na życie. Trzeba umieć przyznać się przed sobą do choroby. Kiedy dowiedziałem się o narośli na przysadce mózgowej natychmiast, po góralsku, zrobiłem biznes-plan na najbliższe 25 lat. A Panu Bogu dałem ofertę: jak mnie jeszcze zostawi, to ja się podejmę to wszystko zrealizować.
Krzysztof Pawłowski, 53 lata. Doktor fizyki, założyciel i rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu i Tarnowie. Senator pierwszej i drugiej kadencji. Założyciel i Prezydent Sądecko-Podhalańskiej Izby Gospodarczej. Założyciel Klubu Inteligencji Katolickiej w Nowym Sączu. W 1998 r. członek rady ds. reform ustrojowych przy premierze Jerzym Buzku. Przewodniczący Prezydium Konferencji Rektorów Uczelni Niepaństwowych.
Tekst pochodzi z książki Wojciecha Molendowicza „Rok w delegacji”.

fot. Adrian Maraś


























































































































































































































