Rozmowa z dr. Robertem Bakalarzem, byłym ordynatorem oddziału onkologii sądeckiego szpitala, obecnie koordynator oddziału onkologicznego w Kujawsko-Pomorskim Centrum Pulmunologii w Bydgoszczy.
– Pański niedawny wpis na Facebooku zainspirował mnie do poproszenia o tę rozmowę: „Opuszczenie nowosądeckiej onkologii było dla mnie bardzo trudnym przeżyciem. Czułem się przybity. Zostawiałem tam długo budowany zespół wyjątkowych osób. Uważałem ten zespół za jedyny i niepowtarzalny”.
– I to wszystko jest prawda. Napisałem to w szczególnym momencie, w dniu moich urodzin. To było pod wpływem sercowej potrzeby (śmiech)…
– Zrobiło się sentymentalnie.
– No trochę się zrobiło. To jest związane z moimi wewnętrznymi przeżyciami, którymi, tak naprawdę dotąd się nie dzieliłem publicznie. Część osób mogła pomyśleć, że opuściłem sądecki szpital i onkologię, bo wybrałem lepszą pracę, może zdecydowały względy finansowe albo coś jeszcze. Otóż nie. Tak naprawdę ta zmiana podyktowana była względami czysto rodzinnymi. Moja partnerka dostała ciekawą ofertę rozwoju zawodowego. Mogła ziścić swoje marzenia, których niestety nie miała możliwości zrealizować w Nowym Sączu. A chyba każdy mężczyzna wie, co znaczy szczęśliwa kobieta w domu…
– Pańskie serce było rozdarte, kiedy stanął Pan przed wyborem Nowy Sącz czy Bydgoszcz?
– Było potężnie rozdarte. Do dzisiaj pamiętam rozmowę z panią dyrektor Lidią Zelek. To było dla mnie ogromnie trudne. Poszedłem i złożyłem wypowiedzenie, ale po wcześniejszej naszej szczerej rozmowie. I raczej rzadko mi się zdarza, żeby, z powodów jakichś trudności głos mi drżał, a przecież przywykłem do podejmowania trudnych decyzji.
– Czasami na granicy życia i śmierci pacjenta?
– Nie chciałbym tu wyolbrzymiać, ale akurat w mojej specjalizacji jestem zmuszony podejmować trudne decyzje. Mam za sobą już niejedną nieprzespaną noc z tego powodu, bo człowiek zawsze analizuje czy dana decyzja była najlepszą z możliwych. Dlatego też m.in. tyle czasu poświęcam po godzinach dla pracy. Bo przygotowuję i rozważam najbardziej optymalne scenariusze leczenia dla pacjentów. Ponieważ często jest to kwestia – jak pan wspomniał – życia i śmierci jakiegoś człowieka. Nigdy nie chcę takich decyzji podejmować na chybcika. Poza tym nigdy nie traktowałem pracy jak przymusu, że muszę przyjść, odbębnić i już myślę o tym, co będę robił po południu.
– Zabiera Pan w głowie pracę do domu?
– Wielokrotnie tak, ale ja jej nawet nie muszę zabierać do domu, bo pracuję po godzinach. Dlatego staram się nie zabierać do domu – mnie po prostu w tym domu nie ma (śmiech). Spędzam w pracy wiele godzin po to, żeby pozamykać pewne sprawy i każdy następny dzień móc zacząć już z poukładanymi w głowie danymi, planami postępowania, leczenia i najwłaściwszych decyzji. A nie chcę robić tego w domu, bo wtedy jest to trudniejsze. A jeśli jeszcze ma się małe dziecko, to człowiek bardziej odczuwa, że zabiera czas dziecku, bo trzeba je odsuwać na dalszy plan. Wolę więc zostać dłużej w pracy. Dziecko niestety nie widzi przez to ojca, ale ja mam spokój i mogę skupić się tym, co w danym momencie wydaje mi się jest najistotniejsze. Zawsze tak robiłem. Dlatego ktoś ze znajomych mi powiedział, że właściwie to ja większość życia spędziłem w pracy. W dużej mierze jest to prawda. Niestety powiedziała mi to również moja starsza córka, którą bardzo kocham i mieliśmy zawsze bardzo dobry kontakt. Kiedy dorosła powiedziała mi: „Nie wiesz, ile razy ja na ciebie czekałam, a ty ciągle tylko pracowałeś, pracowałeś i pracowałeś”.
– Co Pan wtedy pomyślał?
– Pomyślałem, że to nie było właściwe postępowanie, że robiłem źle. I wtedy zrozumiałem jak ważny jest każdy dzień, jak ważny jest uśmiech człowieka, któremu można poprawić komfort życia i to życie wydłużyć. A prywatnie wydawało mi się, że w domu wszystko będzie na mnie czekało. Czyli jak miałeś małą dziewczynkę, to ta dziewczynka zawsze będzie mała. Natomiast moja córka bardzo szybko dorosła. Jest już kobietą kończącą studia, a ja nawet nie wiem, kiedy ten czas minął. I wtedy zrozumiałem, że czasu nie da się cofnąć. Że chwil zabranych najbliższym, nie da się im oddać. Dużo później, kiedy urodziła się moja druga córka pomyślałem, że chciałbym już nie popełnić tych samych błędów.
– Jest Pan na dobrej drodze, żeby ich nie popełnić?
– Chyba coś zmieniłem. Przestałem dyżurować, a zawsze miałem bardzo dużo dyżurów. Dyżur to cała doba w pracy, a ja brałem po pięć, sześć, siedem, nieraz nawet i osiem dyżurów w miesiącu. Oprócz tego, że siedziałem po godzinach, to jeszcze jedną trzecią czasu byłem non stop w szpitalu przez całą dobę. Teraz stwierdziłem, że nawet jak się później wraca do domu, ale jednak jest się w tym domu, jak dziecko śpi przy ojcu, jak jeszcze może trochę się z tym ojcem pobawić, jest to ten bezcenny czas, którego nie mogę jej zabierać. I to zmieniłem w swoim życiu. Zrezygnowałem z dyżurów. Druga rzecz, którą zmieniłem: w Bydgoszczy pracuję w wysokospecjalistycznym ośrodku leczenia jednego nowotworu – raka płuc. Mam dwie specjalizacje z chorób płuc i z onkologii klinicznej, więc te specjalizacje mocno mi się tutaj zazębiają i nakładają w pracy na takim oddziale. Zresztą od zawsze z tyłu głowy miałem, że fajnie byłoby taki właśnie oddział poprowadzić. Dlatego, że onkologia w tej chwili rozwija się ogromnie dynamicznie. A rak płuc w częstotliwości chyba prześcignął już w ostatnich latach raka piersi. Możliwości terapeutyczne zaś, jeśli chodzi o najnowocześniejsze postępowanie, w tym nowotworze są obecnie najbardziej rozbudowane….
Rozmawiał Wojciech Molendowicz



























































































































































































































