16 razy mama. Niezwykłe życie Heleny Turek

16 razy mama. Niezwykłe życie Heleny Turek

Helena Turek z Jasiennej urodziła 16 dzieci. Być może najwięcej w Małopolsce. Najmłodsza jej córka jest o 27 lat młodsza od swojego najstarszego brata. Helena Turek, mimo 85 lat, doskonale pamięta zabawne i dramatyczne momenty związane z każdym dzieckiem. W tym tekście opowiada je swojej wnuczce Patrycji. To jedna z najbardziej niesamowitych rodzinnych historii, jaka może się zdarzyć.

Dorota urodziła się na wozie w drodze na porodówkę. Benek był największym noworodkiem w szpitalu. Basia ma ślad po gwoździu, którym Helena skaleczyła się w brzuch będąc w ciąży. Ania, choć była dopiero 13 w kolejności, jako pierwsza z rodzeństwa miała swój wózek. Starsi do szkoły chodzili boso. Kiedy zbliżał się termin narodzin Agnieszki, autobus PKS utknął na zaśnieżonym podjeździe pod Librantową. Helena poszła razem z innymi przez zaspy do sądeckiego szpitala. Dwa lata później, kiedy po porodzie wróciła do domu autobusem z małą Beatą, złośliwa sąsiadka skomentowała, że przywiozła kolejne dziecko w reklamówce. Ale Helena Turek nie przejmuje się ludzkimi opiniami. Jest szczęśliwa, że urodziła 16 dzieci. Nie wyobraża sobie świata bez nich. Wierzy, że nawet po śmierci będzie mogła odwiedzać każde z nich i pilnować jak im się żyje. Dzisiaj mawia: „Było ciężko, ale nic bym w moim życiu nie zmieniła”. Co ciekawe, od momentu kiedy dzieci opuściły rodzinny dom, nigdy już nie udało się zebrać całej szesnastki w jednym miejscu i czasie. To trudne, bo wszyscy mają swoje obowiązki. Do 16 dzieci doliczyć trzeba 52 wnucząt i prawnuki.

Patrycja Turek: – Babciu, jak wspominasz wychowywanie swoich dzieci? Pomiędzy najstarszym a najmłodszym jest 27 lat różnicy. Czy przy tak dużej gromadce miałaś czas na chwilę wytchnienia?

Helena Turek: – Wytchnienia? Nie miałam nawet na tyle czasu, żeby wystarczająco poświęcić go każdemu dziecku. Musiałam pracować. Dlatego starsze dzieci siadały obok kołyski i bawiły tych najmłodszych. Śpiewały i kołysały. Dobrze, że tak było, bo ja bym nic nie zrobiła, gdybym musiała tylko dzieci pielęgnować. Bywało, że nieraz dawałam do zabawy garnek i łyżkę, żeby dziecko mogło się czymś zająć.

A jak radziliście sobie z miejscem w domu? Trudno mi sobie wyobrazić, gdzie taka gromadka dzieci spała?

W starym domu nie było za wiele miejsce, a tam dopiero miałam ósemkę dzieci. Kilka spało w nogach w sienniku, inne na podłodze, żeby się jakoś pomieścić. Później przeprowadziliśmy się do domu, który wybudowaliśmy. Był trochę większy, więc zrobiło się więcej miejsca dla wszystkich.

Dzisiaj półki w sklepach uginają się od towarów. A jak wtedy wyglądało karmienie tak dużej rodziny? Co Babciu najczęściej gotowałaś?

Gotowałam dzieciom grysik, podawałam mleko od krowy i chleb z cukrem. Nikt nam nic nie dawał, ani w szkole, ani we wsi. Każdy pracował dla swojej rodziny. Wszystko samemu musiałaś zdobyć, wyhodować, obrobić. Jedynie czasami sąsiadka przyniosła stare ubrania po swoich dzieciach. Cała żywność była na kartki*. Dostawaliśmy tak dużo talonów, że w domu zrobił się mały magazyn. Najwięcej to było cukru, nie zdołaliśmy go przejeść. Na mięso też były kartki, zresztą wszystko było rozdzielone, nawet wódka. A my dużo kartek mieliśmy, bo na każde dziecko przysługiwała określona ilość. Zbierałam kartki na mięso i oddawałam. My mięsa nie kupowaliśmy, BO mieliśmy wszystko swoje. Świnie, kury, gęsi. Zresztą wtedy w sklepie nawet nie było na tyle mięsa, żeby móc je kupić.

(*W lipcu 1976 r. wprowadzono kartki na cukier, które zniesiono 1 listopada 1985 r. 28 lutego 1981 r. wprowadzono kartki na mięso, a 30 kwietnia 1981 r., na wszelkie przetwory mięsne, masło, mąkę, ryż i kaszę. 1 września 1981 r. system kartkowy objął też mydło i proszek do prania, a  po 13 grudnia 1981 r. również na m.in. czekoladę, alkohol i benzynę).

Wspominałaś o własnych zwierzętach, ale do ich hodowania potrzeba dużo wody, już nie wspominając o potrzebach licznej rodziny. Jak radziliście sobie z jej brakiem?

Straszna z tym była bieda. Nie było wody, nie tak jak teraz. W jednej wodzie trzeba było się myć. Nosiło się wiadrami wodę ze studni, która było daleko od domu w kadłubie (wąwozie). A jak sucha pora roku była to chodziłam po wszystkich studniach i nigdzie wody nie znalazłam. Aż w końcu w jednej wiadro wody było to przyniosłam, żeby chociaż dziecko wykąpać.

A co z ubraniami i butami?

Chodziliśmy boso. Jak szliśmy do kościoła albo dzieci do szkoły, to na boso i buty zakładaliśmy dopiero przed budynkiem, bo szkoda było. Tylko jedną parę się wtedy miało.

Zimy kiedyś były znacznie surowsze. Jak wyglądała Wasza codzienność, kiedy przychodziły mrozy i wielkie śniegi?

Drzwi zamarzły od środka, mąż musiał wstawać zapalić w piecu, żeby je otworzyć, a ja dzieci trzymałam pod pierzyną, bo było takie zimno. Jak się zagrzało, to dopiero wstawałam, bo inaczej było bardzo ciężko w tym zimnie pracować. Zresztą nie dało się wyjść, bo były drzwi zamarznięte. Wtedy to były ogromne mrozy, nie to co teraz. Teraz to jest śmiech, a nie zima. Najgorzej było iść rano do stajni, bo wszystko było zasypane śniegiem. Wieczorami zaś trzeba było chodzić z lampą naftową. Był już prąd, ale nie wolno nam było go przeciągnąć do naszego domu, bo za daleko był słup energetyczny, więc świeciliśmy lampami.

Jak wyglądała kwestia edukacji Twoich dzieci? Czy zdarzyły się jakieś przestoje lub trudności w nauce?

Wszystkie dzieci chodziły do szkoły. Przez 40 lat wysłałam swoje dzieci do szkół. I ani jedno nie zostało nigdy w żadnej klasie. Nikt!

Patrząc dziś na swoje dzieci, na to, kim się stały, czujesz się Babciu spełnioną kobietą? Czy jesteś szczęśliwa?

Pewnie, bardzo się cieszę, bo wszystkie żyją, są zdrowe. Wszystkie się urządziły, mają swoje domy. No i nie cieszył byś się człowieku? Jeszcze żyję i wiem gdzie każde z nich mieszka, dzięki temu później będę mogła je odwiedzać, jak już mnie tu nie będzie. Ja sobie nie wyobrażam, jakby nie było moich dzieci. Było ciężko, ale nic bym nie zmieniła w życiu. Moje dzieci żyły w biedzie, ale i tak je wychowałam, najlepiej jak umiałam.

To jeszcze opowiedz mi o każdym dziecku po kilka zdań, jakąś zapamiętają z nimi przygodę i co obecnie robią…

WIESŁAW (1960)

Najgorzej było z pierwszym dzieckiem. Miałam 19 lat, jak się urodził Wiesiek. Człowiek był jeszcze młody, nie wiedział nic o porodzie. Jako dziecko był grzeczny, nie sprawiał problemów. Jak podrósł, może z 3 lata miał, to zrobił nam figla. Nie było go nigdzie, wszędzie go szukaliśmy, a on przy kadłubie (wąwozie) leżał na miedzy i spał w najlepsze. Jak my się wtedy martwiliśmy o niego. Uczył się dobrze, na religii był prymusem. Proboszcz chciał go wziąć do Tarnowa, żeby uczył się na księdza, ale jemu niezbyt się to podobało. A ja mówię, że po prostu za mało się modliłam, bo czasu na tyle nie było i dlatego tym księdzem nie został.

Dziś mieszka ze swoją żoną w Żorach na Śląsku. Mają dwójkę dzieci i trójkę wnuków. Pracował w swoim zawodzie w firmie chemicznej, a od kilku miesięcy jest na emeryturze.

IRENA (1961)

Irena urodziła się w Lipnicy Wielkiej. Zachorowała na krztusiec. Przez 7 tygodni miała kaszel. Pojechaliśmy do zakonnic i dopiero one ją wyleczyły. Dały jej lekarstwa i powiedziały mi, że z dzieckiem trzeba iść za granicę, żeby w pełni wyzdrowiało. To brałam Irkę i chodziłam do Górowej, do mamy, przez las. I wyzdrowiała.

Zamieszkała w Bartkowej-Posadowej. Ma 4 dzieci i wnuki. Pracowała jako kucharka na plebanii, teraz jest na emeryturze.

KRYSTYNA (1963)

Na Krysi zawsze mogłam polegać. Była bardzo opiekuńcza dla młodszych dzieci. Raz kazałam jej i Piotrkowi pojechać w jednej sprawie do Lipnicy Wielkiej. Kiedy wracali autobusem, Piotrek przypomniał sobie, że zostawił czapkę. Krysia wybiegła z autobusu w poszukiwaniu czapki, ale zanim wróciła, autobus z małym Piotrusiem odjechał. Krystyna biegła za autobusem, ale go nie dogoniła. Pamiętam jak jej było przykro, że brat musiał wracać sam.

Mieszka w Żeleźnikowej Wielkiej. Z zawodu jest krawcową i pracowała aż do swojej emerytury w jednym z zakładów krawieckich. Aktualnie pomaga w opiece nad starszymi ludźmi. Ma 5 dzieci i wnuki. Rozwiodła się z mężem i sama wychowywała dzieci.

ZDZISŁAW (1965)

Zdzisek urodził się w domu. Było wtedy dużo śniegu i ogromne mrozy. Mój mąż kiedy poszedł po akuszerkę to ledwo wrócili przez wysokie zaspy. Ze Zdzisiem to były przeboje! Pamiętam, jak był taki mały, ale biegł bardzo szybko, bo go baran gonił. Wołałam do niego: „Stój! Nie uciekaj!”, ale on się nie słuchał i ze strachu chciał przeskoczyć przez płot. Baran go dogonił i uderzył w tyłek tak mocno, że fiknął koziołka i przeleciał przez ten płotek. A jakie nogi krzywe miał tobyś się uśmiała! A dziś proste ma.

Przeprowadził się do Chrzanowa. Założył tam rodzinę. Ma 3 córki i 2 wnuków. Był górnikiem, po emeryturze głównie zamieszkuje w wybudowanym na wsi domku.

HALINA (1967)

Jako jedna ze starszych córek pomagała mi przy wychowywaniu dzieci. Zawsze martwiła się o zdrowie swojego rodzeństwa. Była pierwszą, która niosła pomoc, jak coś niefortunnego wydarzyło się komuś.

Mieszka z mężem w Jaśkowicach. Posiada 6 dzieci i 4 wnuków. Pracuje na produkcji w firmie Lajkonik.

PIOTR (1968)

Piotrek był grzeczny. Któregoś dnia przyjechał do nas brat mojego męża, więc kazałam Piotrusiowi przynieść drzewa do pieca. Był jeszcze mały i ledwo mówił. Powiedział mi wtedy: „Dobze” i poszedł. Później wujek zawsze jak do nas przyjeżdżał to pytał się: „Gdzie on jest, ten dobze”?

Mieszka w Korzennej. Posiada 6 dzieci i 7 wnuków. Pracował przez kilkadziesiąt lat na poczcie, a teraz w firmie Fakro.

JÓZEF (1970)

Józek odkąd pamiętam kochał konie. Mieliśmy swego czasu małego konia w stajni. Pewnego dnia, kiedy Józek przyszedł ze szkoły, koń również uznał, że wejdzie za nim do domu. Chwycił uzdą za klamkę u drzwi i nie mógł się oswobodzić. Mąż bardzo się wtedy zdenerwował i całą winę zrzucił na małego Józka.

Został w domu rodzinnym i pracuje na gospodarstwie rolnym. Założył rodzinę, ma 5 dzieci.

DOROTA (1971)

Siedzieliśmy w domu w dniu porodu Doroty, kiedy złapały mnie bóle. Mąż ubrał konia, ale ja nie byłam pewna czy to będzie już. Mimo wszystko zebraliśmy się i pojechaliśmy. Jechaliśmy na żeleźnioku (wóz z drewnianymi kołami okutymi żelazem), na którym bardzo tłukło. Jak zaczęło mną telepać to się zaczęło, a byliśmy dopiero w połowie drogi. Przyjechaliśmy do Lipnicy Wielkiej i mówię do męża: „Jedź na plebanię, bo zaraz będę rodzić!”. Nie zdążyliśmy. W drodze do plebanii na wozie dokładnie przy kiosku, urodziła się Dorotka. Z ogromnym hukiem wjechaliśmy na porodówkę! Aż wszyscy wyszli z ośrodka zobaczyć, co się dzieje. Wzięli mnie na nosze razem z dzieckiem. Do dziś mówię, że przez to jak się urodziła, Dorota jest taka roztrzepana.

Wyprowadziła się na Śląsk do Zabrza. Mieszka tam z mężem. Pracuje w sklepie Biedronka. Nie mają dzieci.

BENEDYKT (1973)

Przy Benku miałam wrażenie, że się nie urodzi. Był taki duży. Miał 5,5 kg, więc był naprawdę sporym dzieckiem. Dajcie mi spokój! Później jak mi go przynieśli na salę to wszyscy go oglądali. Każdy był ciekawy, które to dziecko tak dużo ważyło. A jak wyszłam ze szpitala, to kobiety, z którymi wtedy leżałam, cały czas mnie pytały, jak duży już jest teraz ten Benek. A on jak podrósł był najmniejszy ze wszystkich moich synów.

Przeprowadził się na Śląsk razem z małżonką do Pawłowic. Przez 29 lat był górnikiem, teraz jako emeryt mieszka w własnym domu, obok domu rodzinnego. Mają 2 dzieci.

BARBARA (1975)

Barbara urodziła się o 4 rano i położna powiedziała mi wtedy: „Ale pani ma dobrze, nie musi pani imienia wybierać”. Bo ona urodziła się w Barbary – 4 grudnia. Basia ma znamię na klatce piersiowej. Jak byłam z nią w ciąży to chciałam przynieść zboże kurom i pochyliłam się do paki (skrzynki drewnianej), z której wystawał gwóźdź i uszkodziłam sobie w ten sposób brzuch. Jak się później okazało odbił się on również na piersi dziecka. Do dziś ma to znamię. Pamiętam jeszcze sytuację, jak Basia miała za długie włosy na czole i ksiądz kazał mi je ściąć. Więc wzięłam Basię i obcięłam te włosy. Ale wyszło nierówno, bo przykurczyła czoło. Bardzo wtedy płakała, bo do połowy głowy miała krzywą grzywkę.

Zamieszkała w Nawojowej. Pracuje przy produkcji wafli w firmie Kier. Mają 2 dzieci i 2 wnuków.

DANUTA (1977)

Z Danutą jedyne co pamiętam, to jak w szpitalu z nią leżałam okropnie zimno było. W ogóle nie palili. A jak jechałyśmy autobusem to kierowca mnie i dziecko otulił kocem, żebyśmy nie zamarzły w tym mrozie.

Zamieszkała w Podolu-Górowej. Ma 4 dzieci i 2 wnuków. Pracuje razem z mężem we własnym gospodarstwie rolnym, sprzedając mleko i jaja. Posiadają również rodzinny biznes z tartakiem.

PAWEŁ (1979)

Z Pawła to się zawsze śmialiśmy, bo nie lubił chodzić w spodenkach. Jak bym go w nie ubierała, to on i tak później zabierał sukienki po dziewczynach i przebierał się za stodołą. Tak lubił w tych sukienkach chodzić i nic mu nie można było powiedzieć. Paweł też tylko by uciekał. Zazwyczaj do sąsiada, bo tam zawsze coś dostawał. Była sytuacja jak taki mały był, jeszcze do szkoły nie chodził, oddalił się od domu i wszedł na pasiekę uli. Pszczoły go całego obsiadły. Kobieta, która tam mieszkała, wyszła na pole i myślała, że już po dziecku. Ale nic mu nie było! Ani jedna pszczoła go wtedy nie ugryzła.

Mieszka z żoną i 3 dzieci w Korzennej. Założył własny biznes w branży budowlanej.

ANNA (1981)

Ania jak była mała to ją starsze siostry pilnowały. Pewnego razu włożyły ją do wózka i zaczęły wozić. To był nasz pierwszy wózek, który dostała od chrzestnego. Na jednej z dróg puściły wózek z Anią i pojechał tak daleko, aż razem z dzieckiem zatrzymał się w fosie.

Zamieszkała ze swoją rodziną w Korzennej. Ma 2 córki. Pracuje we własnym sklepie wielobranżowym.

AGNIESZKA (1984)

Agnieszka jak się rodziła to było dużo śniegu. Poszłam z nią w ciąży na autobus, żeby pojechać do szpitala. Autobus w Naściszowej nie mógł jechać dalej przez ostrą zimę. Kierowca kazał nam wysiadać. Część pasażerów wysiadła, w tym ja, i dalej szliśmy na nogach. Pomyślałam sobie wtedy, że jeśli zacznę rodzić, to poproszę o pomoc kogoś z przydrożnych domów. Na szczęście zdążyłam dojść do szpitala i nawet do sklepu na zakupy. Dopiero wtedy się Agnieszka urodziła. Takie to były ciężkie czasy, w których trzeba było sobie jakoś radzić.

Mieszka w Jasiennej, ale przeprowadziła się do własnego domu. Razem z mężem mają 4 dzieci. Prowadzą firmę stolarską. Zajmuje się domem i opieką nad swoją rodziną.

BEATA (1986)

Beata urodziła się w lipcu, w same żniwa. Dużo wtedy pracowałam, bo każda para rąk była potrzebna. Wtedy dostałam bóli porodowych i pojechałam do szpitala. Dwa dni później wróciłam z dzieckiem do domu autobusem. Sąsiadka, która za mną nie przepadała, była akurat koło domu i śmiała się ze mnie, że w reklamówce niosę kolejne dziecko.

Beata w wieku 22 lat przeprowadziła się ze swoim partnerem do Wielkiej Brytanii i aktualnie mieszka w Manchesterze. Ma 2 córki.

CELINA (1987)

Celinka z Beatką jako najmłodsze razem dużo się bawiły. Starszym siostrą niezbyt się to podobało i zawsze wołały je do obowiązków: sprzątanie, gotowanie, pieczenie. Pamiętam jak mój mąż brał te najmłodsze córki i jedną sadzał sobie na jednym kolanie, drugą na drugim i tak śpiewał im piosenki.

Celina po ślubie przeprowadziła się z mężem do Wielkiej Brytanii niedaleko Londynu. Mieszkała tam 15 lat, ale wróciła do Polski. Aktualnie mieszka i prowadzi własny biznes beauty w Korzennej. Mają 2 dzieci.

Patrycja Turek
*Autorka jest studentką Public relations i reklamy w Akademii Nauk Stosowanych
Na zdjęciu Helena i Patrycja Turek

Czytaj najnowsze  wydaniedts24, które pobierzesz ZA DARMO klikając w okładkę poniżej:

Filmoteka dts24

217 Videos