Kiedy pierwsi turyści z krajów bezpośrednio dotkniętych lub zagrożonych konfliktem wracają już do domów rządowymi samolotami, spora grupa Polaków przebywających na Sri Lance, w Tajlandii czy Indonezji nadal szuka możliwości powrotu do kraju. W tym gronie jest sądeczanka, pani Kamila, której relacja to gorzki obraz turystyki w cieniu globalnego konfliktu.
Logistyka w cieniu konfliktu
– Nieprawdą jest pojawiająca się w mediach narracja, że polski rząd wysłał lub planuje wysłać samoloty rządowe po turystów, którzy utknęli tak jak ja, na Sri Lance — komentuje pani Kamila. Sądeczanka skontaktowała się z nami, by szczegółowo opowiedzieć, jak wygląda sytuacja Polaków, którzy przez działania zbrojne w Iranie utknęli w krajach nieobjętych bezpośrednim konfliktem.
Niestety, zamknięta przestrzeń powietrzna nad Iranem, Irakiem, Izraelem i kilkoma krajami Zatoki Perskiej spowodowała paraliż lotniczy, w środku którego znalazło się wielu naszych rodaków. Lot powrotny pani Kamili, jak i większości turystów na Sri Lance, został anulowany, a ona od kilku dni intensywnie szuka możliwości powrotu do Polski. Jak relacjonuje, przepływ informacji między turystami a polskim rządem jest prawidłowy, a system Odyseusz działa jak należy. To właśnie stamtąd nadeszła wiadomość e-mail od konsulatu z prośbą o „jak najszybszy zakup bezpośredniego lotu do jednego z krajów europejskich realizujących połączenia z Kolombo”.
– Owszem, loty do Europy są realizowane. Jest ich niewiele, ale są. Natomiast ceny biletów komercyjnych są horrendalne – od 9 000 do nawet 77 000 zł! Jak w takiej sytuacji mamy zakupić taki bilet? Wziąć kredyt? Pożyczkę? To przecież niedorzeczne! – denerwuje się pani Kamila, szybko dodając: – Ja bardzo chętnie sama kupię bilet, ale nie za takie pieniądze. Pozwoliłam sobie na tę podróż, bo bilety kupione przed wybuchem konfliktu były w naprawdę rozsądnej cenie.
Jak było naprawdę?
Jak tłumaczy pani Kamila, samolot LOT-u rzeczywiście się pojawił, ale był to lot realizowany na Malediwy na zlecenie biur podróży.
– Rzeczywiście, samolot LOT wylądował w Kolombo, ale nie był to samolot wysłany przez polski rząd. Przewoźnik wyczarterował po prostu maszyny dla niewielkich biur podróży, których turyści utknęli na Malediwach. Rząd jedynie zezwolił na międzylądowanie w Kolombo i zabranie stamtąd niewielkiej liczby Polaków – tyle, ile było wolnych miejsc. Opłata za taki lot w wersji minimum dla jednej osoby to ok. 5200–5700 zł, ale słyszałam, że niektórzy płacili nawet 9000 zł za miejsce!
Pani Kamila nie jest w tym sama. Jest w stałym kontakcie z grupą 220 innych Polaków uwięzionych na Sri Lance. Wspólnie próbowali działać – kontaktowali się bezpośrednio z liniami LOT, proponując pokrycie kosztów czarteru całego samolotu, by wrócić do domu w racjonalnej, a nie sztucznie zawyżonej cenie. Bez skutku.
Narastająca frustracja
– Czujemy się bezradni i zmęczeni. Aktualne ceny biletów to jawne żerowanie linii lotniczych na turystach. Ludzie z braku innych możliwości, ale też narastającej bezsilności, po prostu są skłonni te horrendalne sumy płacić, byleby tylko wrócić już do domu! – podsumowuje sądeczanka. Według niej to właśnie brak alternatywy i windowanie cen są największymi problemami, z jakimi borykają się turyści.
W momencie naszej rozmowy planem pani Kamili było przedostanie się do Indii, skąd – ze względu na większą liczbę połączeń – szanse na powrót do Europy są większe. Do sprawy będziemy wracać.
Czytaj też: Pierwszy bocian już na Sądecczyźnie. Wojnarowa otwiera sezon





































































































































































































