Uwielbiam Batmana. Jeśli kiedykolwiek się spotkamy, możecie śmiało wejść ze mną w dyskusję o tym, kto najlepiej nosił czarną pelerynę. I bez chwili wahania powiem wam, że moim ulubionym Batmanem jest Michael Keaton, a ukochanym filmem o tym superbohaterze – ekranizacja z 1989 roku z Jackiem Nicholsonem w roli Jokera. Bruce Wayne – miliarder, który przemienia się w Batmana – stanowi modelowy przykład osoby z depresją wysokofunkcjonującą wywołaną przez traumę z dzieciństwa. Jako kilkuletni chłopiec był świadkiem morderstwa swoich rodziców, przez co jako dorosły mężczyzna powiela wzorzec traumy: nieustannie naraża się na niebezpieczeństwo, gdy walczy z przestępczością i pędzi w stronę zagrożenia – tak jak czynią to policjanci i inni pracownicy służb szybkiego reagowania (jednym z mniej znanych objawów traumy jest właśnie skłonność do wchodzenia w ryzykowne sytuacje podyktowana chęcią oszukania własnego umysłu i stworzenia złudnego poczucia kontroli nad niebezpieczeństwem). Batman zawsze stawia potrzeby mieszkańców Gotham City ponad własne i nie otrzymuje za to żadnego wynagrodzenia. Do tego dochodzi jeszcze zbiorowa trauma życia w tym mieście, które nieustannie balansuje na granicy katastrofy. To wszystko składa się na wyjątkowo traumatyczny bagaż doświadczeń, a jednak Bruce Wayne jako Batman się nie poddaje. Bez wytchnienia śledzi złoczyńców, konstruuje zaawansowane technologicznie gadżety do walki z przestępczością i odgrywa rolę bohatera, którego Gotham potrzebuje.
Joker bynajmniej nie ustępował Batmanowi po względem determinacji. Wiecie zatem, czym ci dwaj się od siebie różnili? Joker dobrze się bawił. Batman miał zimne spojrzenie, ciągle zaciskał zęby i przybywał na miejsce w czarnym kostiumie, a Joker nosił jaskrawe stroje, nieustannie się uśmiechał i zostawiał po sobie wybuchające prezenty. Batman spędzał czas samotnie w swojej jaskini, zajęty rozmyślaniami i planowaniem kolejnego kroku, a Joker i jego świta z entuzjazmem szaleli po muzeum, celowo przewracając bezcenne posągi, i malowali graffiti na słynnych obrazach. Po wypadku w fabryce chemikaliów, który nadał jego twarzy kredowobiały kolor i groteskowy uśmiech, Joker zwraca się do swojego byłego szefa słowami:
– Jack nie żyje. Możesz mi mówić Joker. Jak widzisz, jestem teraz o wiele szczęśliwszy.
Nie zrozumcie mnie źle – Joker bez wątpienia zmagał się z poważnymi problemami psychicznymi. Jednak nasz bohater, Batman, wcale nie miał się lepiej. I wielu z nas powiela jego schemat. Staramy się odsunąć od siebie własną traumę i za wszelką cenę odgrywamy rolę bohatera. Wieczne działanie. Nieustanny ruch. I całkowita pustka emocjonalna. Ani radości, ani smutku. Nie kończy się to typową depresją czy przygnębieniem, lecz anhedonią, czyli stanem, w którym nie odczuwa się niczego.
ANHE… CO?
Czy słyszeliście kiedyś powiedzenie: „Nie każdy błądzi, kto wędruje”? Cóż, nie każdy się smuci, kto choruje na depresję. Niejeden czuje pustkę lub obojętność. Bylejakość bądź odrętwienie. Albo nawet potrzebę ciągłej aktywności. Opisywany tu stan nazywamy anhedonią. Jeżeli sami go doświadczacie, to bardzo możliwe, że nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy.
Termin „anhedonia” funkcjonuje w literaturze medycznej od ponad stu lat. Wprowadził go pod koniec XIX wieku francuski psycholog Théodule Armand Ribot, by określić brak lub utratę zdolności odczuwania przyjemności . Zjawisko to bynajmniej nie jest nowe, ale w latach 20. XXI wieku przejawia się zgoła inaczej niż w latach 90. XIX wieku. DSM-5 definiuje je jako „znaczne zmniejszenie poziomu zainteresowania i przyjemności obejmujące wszystkie lub niemal wszystkie aktywności życiowe”. Anhedonia objawia się dwojako: rezygnujemy z dążenia do udziału w niegdyś przyjemnych zajęciach, a nawet jeżeli już je wykonujemy, to nie potrafimy się nimi cieszyć. Łatwym sposobem na zapamiętanie znaczenia tego terminu jest rozłożenie go na części: an– to po grecku „bez”, hedone – „przyjemność”, a zatem anhedonia znaczy dosłownie „bez przyjemności” albo „brak radości”.
Kiedy doświadczamy anhedonii, żyjemy tylko po to, aby przetrwać dzień – nie aby próbować nowych potraw w towarzystwie przyjaciół podczas wypadu do włoskiej knajpki po pracy, doskonalić techniki podnoszenia hantli na siłowni ani sprawdzać rano w lustrze, czy serum do twarzy zaczyna działać. Tracimy satysfakcję z takich rzeczy jak przygotowanie nowej potrawy na rodzinny obiad albo ukończenie raportu w pracy. Nie ma radości z oczekiwania, nie ma przyjemności w przeżywaniu chwili i nie ma dumy z wykonanej misji. Jest natomiast zwątpienie w siebie i są pytania: „Czy dobrze doprawiłam kotleta?”, „Czy ta prezentacja na pewno zainteresowała odbiorców?”. A kiedy już zrobimy, co do nas należy, bynajmniej nie świętujemy. Zaczynamy realizować kolejny cel. I kolejny. I jeszcze jeden. (…) W wielu przypadkach anhedonia mija równie szybko, jak się pojawiła, i nie stanowi problemu. Trudności zaczynają się, gdy stan ten trwa zbyt długo. A ponieważ osoby z depresją wysokofunkcjonującą świetnie przystosowują się do niekomfortowych warunków – mogą żyć w odrętwieniu przez długi czas i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Chciałabym wprowadzić słowo „anhedonia” do codziennego języka, ponieważ nazywanie przeżyć ma wielką moc. Akt rozpoznania i nazwania własnych uczuć poprawia nastrój i zmniejsza strach.
Fragment książki dr Judith Joseph „Wysoko funkcjonująca depresja”.

















































































































































































































