Rozmowa z dr n. med. Agnieszką Radom, kierownikiem laboratorium Diagmed w Nowym Sączu, specjalistą laboratoryjnej diagnostyki medycznej.
– Gdybyśmy najkrócej mieli określić stan zdrowia sądeczan na podstawie wyników badań, jakie na co dzień widzi Pani w swojej pracy to…
– To najkrócej mówiąc: nie jest dobrze. A w niektórych grupach wiekowych jakim się przyglądaliśmy jest ostrzegawczo bardzo niedobrze. Taką grupą są mężczyźni w średnim wieku, u których cholesterol i glukoza są podniesione w ponad 60 proc. badanych przypadków. W wielu z tych przypadków będzie to skutkowało za 10 czy 15 lat zawałami serca, niewydolnością nerek i innymi chorobami związanymi z układem sercowo-naczyniowym.
– A o czym to świadczy? Mężczyźni na Sądecczyźnie w pewnym wieku przestają zwracać uwagę na swój styl życia i sposób odżywiania?
– Myślę, że oni generalnie przykładają do tego małą wagę, a w pewnym momencie organizm nie ma już wystarczających możliwości kompensacyjnych i w badaniach wychodzą nam skutki – nazwijmy to delikatnie – niehigienicznego stylu życia i wieloletnich zaniedbań.
– Bo byli młodzi i wydawało im się, że są nieśmiertelni, a ich zdrowie będzie wiecznie w dobrym stanie?
– Bo kiedy byli młodzi to nie zwracali na pewne rzeczy uwagi, a teraz są nieco starsi, ale nadal nie zwracają na to uwagi. Jak mówi stare porzekadło „póty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie”. Jednak w pewnym momencie to przysłowiowe ucho się urywa, i na powierzchnię wychodzą wieloletnie zaniedbania.
– U kobiet podobnie?
– Kobiety są bardziej wrażliwe na swoim punkcie i bardziej uważne. To ma czasami przełożenie na mężczyzn. Jeżeli kobieta dba o swojego mężczyznę, to u niego zdrowie funkcjonuje lepiej.
– Na czym te męskie zaniedbania polegają?
– Po pierwsze na tym, o czym wspomnieliśmy, że im wszystko wolno i oni nie ponoszą konsekwencji złych wyborów, bo organizm sobie do pewnego momentu radzi. Rzecz druga: mam wrażenie, iż bardzo niska jest świadomość, jak styl życia wpływa na nasze zdrowie. Ludzie niestety myślą, że zdrowie zaczyna się w aptece albo podczas wizyty u lekarza. Funkcjonuje takie przekonanie, że jeżeli przez lata nie dbałem o swoje serce, to wystarczy pójść do kardiologa, a on w cudowny sposób naprawi to, co ja przez lata psułem.
– To co ten statystyczny sądecki Kowalski powinien przez lata robić? Dużo się gimnastykować i jeść tylko zieloną sałatę?
– Ruch jest dla nas naturalny i wpisany w nasze geny, a dawniej wymuszał go nasz styl życia. Kiedyś trzeba było przejść kilka kilometrów dziennie, np. żeby dojść na przystanek autobusowy i w wiele innych miejsc, a teraz wszędzie jeździmy samochodem. Kiedyś ludzie chorowali i umierali z głodu, a teraz najpoważniejsze choroby cywilizacyjne wynikają z tego, że jemy za dużo i ruszamy się za mało. Dodajmy – jemy byle jak i byle co. Jesteśmy pierwszym pokoleniem Polaków, którzy mają dostatek wszystkiego w nadmiernej ilości i niskiej jakości. Jeszcze gorsze jest to, iż wszystko co jest dostępne, wydaje nam się dobre, zdrowe i możemy to jeść bez konsekwencji. Zachłysnęliśmy się dobrobytem, nie mając świadomości jakie skutki uboczne on za sobą niesie. Dawniej dziecko dostawało do szkoły kanapkę i jabłko. Słodkie dostawało raz w tygodniu albo i rzadziej. Dzisiaj sytuacja jest odwrotna – dziecko ma dostęp do słodkiego kilka razy dziennie i to od najmłodszych lat. Tym sposobem jego mózg niemalże nieustannie uczony jest stymulacji glukozą. Nie dziwmy się więc, że taki młody człowiek w wieku 15 lat będzie miał podniesiony poziom glukozy, nie mówiąc już o tym, co będzie się z nim działo w wieku 30-40 lat. Powiem więcej – dzisiejsi 50-latkowie, którzy mają podniesioną glukozę wychowywali się przecież w czasach, kiedy jedzenie było zdrowsze i dużo więcej biegało się za piłką po podwórku. A teraz wyobraźmy sobie, w jakim stanie będą dzisiejsze dzieci w wieku 50 lat, skoro dziś wychowywane są bez ruchu i na byle jakim jedzeniu.
– Ale z drugiej strony można odnieść wrażenie, że nigdy tak dużo nie mówiło się o zdrowym stylu życia i o konieczności aktywności fizycznej oraz odpowiedniego odżywiania.
– Zgoda, ale wynika to z faktu, że nigdy nie było tak źle z naszym stanem zdrowia. Dziś mówi się głośno, że ruch jest zdrowy, a kiedyś nie mówiło się o tym, bo nikogo do aktywności podwórkowej nie trzeba było zachęcać. To się działo naturalnie. Kiedyś nie było dylematu czy do sklepu pojechać samochodem czy pójść pieszo, bo po prostu nie było samochodu. Teraz faktycznie dużo się o tym mówi, bo wszyscy biją na alarm, by budować świadomość, której nam brakuje. Kiedyś nie było potrzeby tak mocnego budowania świadomości, bo świat był inny.
– Wróćmy do to mitycznego cholesterolu i jego niepokojąco podniesionego poziomu, który najbardziej Panią niepokoi.
– Mawia się, że połowa ludzi nie wie, że ma podniesiony cholesterol, połowa z tych co wiedzą leczy się, a połowa z tych, którzy się leczą, jest leczona dobrze. Patrząc na wyniki z naszego laboratorium można powiedzieć, że jest to prawda. To niepokojące, bo będzie niosło określone kłopoty dla chorych, ich rodzin i całej populacji.
– Podzieliła Pani pacjentów, których wyniki analizowała, na trzy grupy wiekowe. Podniesione wartości tzw. złego cholesterolu to domena grupy 45-65 latków i starszych.
– W tym wieku to efekt wspomnianego stylu życia. Ale część osób ma genetyczne tendencje do podniesionego cholesterolu, czyli nieprawidłowego jego metabolizmu. U młodszych osób nie działają jeszcze dodatkowe czynniki, więc problem do pewnego momentu nie daje niepokojących objawów.
– Cholesterol nie boli.
– Ani cholesterol ani podniesiona glukoza nie dają objawów bezpośrednich, jak choćby podniesiony kwas moczowy odkładający się w stawach. Mamy ataki dny moczanowej i to akurat boli, więc podejmujemy kroki zaradcze. Podobnie również z atakami wywołanymi kamieniami nerkowymi. Każdy, kto przeszedł kolkę nerkową zrobi wszystko, żeby się nie powtórzyła. A cholesterol i glukoza nie bolą, więc pozornie nie ma zmartwienia.
– W swoim raporcie o stanie zdrowia sądeczan, podniesiony stan kwasu moczowego – hiperurykemię – wskazała Pani jako jeden z niepokojących problemów.
– I to niestety problemów powszechnych. Jest to jeden z czynników ryzyka chorób wieńcowo-naczyniowych. To czynnik często nakładający się na te wspomniane wcześniej, a przez to zwiększający ryzyko problemów dla naszego zdrowia.
– Czytam przygotowane przez Panią wykresy, gdzie na czerwono u sądeczan świecą się również wyniki prób wątrobowych.
– Wysoki poziom prób wątrobowych występuje najpowszechniej w badaniach u młodych mężczyzn w wieku 25-45 lat. Oni uszkadzają sobie tę wątrobę…
– I tu się Pani uśmiecha znacząco…
– Uśmiecham się, bo możemy tylko domniemywać, że jest to związane z intensywnym spożywaniem alkoholu. Nie widać tego, aż tak ostro w starszych grupach badanych, a to zapewne dlatego, że z wiekiem dostrzegamy, że nie możemy już tak dużo alkoholu wypić. Zresztą alkohol działa destrukcyjnie nie tylko na wątrobę, ale również na wiele innych organów.
– Ktoś niedawno powiedział, że nie ma dla organizmu lepszego i gorszego alkoholu, każdy jest trucizną.
– I to prawda, bo w każdym rodzaju trunku mamy alkohol etylowy, czyli tę samą truciznę, tylko w różnej dawce. Nie stosowałabym więc rozróżnienia, że istnieje alkohol leszy albo gorszy dla nas. Nie chcę użyć określenia, że „najbardziej polecanym alkoholem”, bo żadnego nie zamierzam polecać, ale… Ale raczej powiedziałabym, że jeśli już chcemy się napić, to jednak najlepiej lampkę wina do posiłku. Czyli wzorem krajów Europy południowej, gdzie się pija wino do posiłków właśnie w ilości maksymalnie dwóch kieliszków.
– To skoro jesteśmy przy spożyciu i kondycji naszej sądeckiej wątroby, to właśnie opublikowano dane za 2025 r., z których wynika, że statystyczny Polak wypił w ub. roku 11 litrów czystego spirytusu. Jest progres! Jaki ma Pani udział w tym narodowym sukcesie?
– Słabiutki…
– I ja również niezbyt imponujący.
– No więc jeśli doliczymy do tego nasze dzieci, to wychodzi, że ktoś musiał wypić pięć razy więcej niż wskazuje średnia statystyczna. I tu wracamy do przywołanych już wyników badań wątroby.
– Dobrze, wszyscy wiedzą, bo powtarzane jest to na każdym kroku, że alkohol jest trucizną i – jak widać – kompletnie się tym nie przejmujemy.
– Często pytam pacjentów: „Czy pan wie, że…?” i przywołuje pewną kwestię. I wszyscy odpowiadają, że wiedzą. Ale nie wystarczy wiedzieć, najważniejsze, co z tą wiedzą robimy! Niemal wszyscy wiemy, że nadmiar słonego i słodkiego nie jest dla nas dobry, ale co z tego w praktyce wynika? Najczęściej nic. Człowiek musi zrozumieć, że jego zdrowie w bardzo dużej części zależy od niego. 15-20 procent to czynniki od nas niezależne. „Zachorowaliśmy? Widocznie tak miało być!” Rzadko przychodzi refleksja, że sami na to zapracowaliśmy. A jak już się coś stało, to biegniemy do lekarza, bo przecież on sobie z tym poradzi.
– Zabieramy ludziom nadzieję, że pójście do lekarza niczego nie zmieni, bo jest już za późno?
– Absolutnie nie! Ale musimy mieć świadomość, że zaniedbań hodowanych latami nawet najlepszy lekarz nie jest w stanie odwrócić. Może je zatrzymać. Jeśli rozpoczniemy leczenie, to od tego momentu może już nie być gorzej. Ale jeśli nie zaczniemy, to miejmy świadomość, że jesteśmy na równi pochyłej.
– Skoro my o pewnych sprawach w tej chwili przypominamy po raz tysięczny, ale ludzie i tak nie zmieniają swoich przyzwyczajeń, to może im należy zostawić wolny wybór, skoro wolą samobójstwo na raty.
– No tak, ale ten wolny wybór jest związany z obciążeniem naszego systemu ochrony zdrowia. Jako populacja nie zapewniająca zastępowalności pokoleń – sprawdźmy ile rodzi się dzieci! – chorujemy i niedołężniejemy na starość. Kto się zatem nami zajmie, jaki system udźwignie takie obciążenia? Na pewno nie nasz. A oprócz braku zastępowalności pokoleń jest coraz więcej chorych młodych ludzi, o czym mówiliśmy nieco wcześniej. Pozostaje nam w każdy możliwy sposób próbować dotrzeć do ludzi z tym przekazem, który wybrzmiewa w naszej rozmowie. A najważniejsze, by dotrzeć do ludzi młodych, którzy niszczą swoje zdrowie od początku, bo rodzice nie budują u nich tej świadomości.
– W domach się nie przekazuje takiej wiedzy, dobrych nawyków? W niedzielę na obiad podajemy to i to, bo jest dobre dla naszego zdrowia.
– Kiedyś jedliśmy korzystniej dla zdrowia, a potem niezauważalnie przyszedł wspomniany dobrobyt i zachwyt możliwościami, więc nikt nie chciał zadawać sobie pytań co jest dla niego dobre, skoro może sięgnąć w zasadzie po wszystko. Dzisiejsi 40-latkowie nie mają wiedzy na temat zdrowotnej zawartości swojego talerza, więc siłą rzeczy nie przekazują jej dzieciom.
– Podkreśla Pani lepszą jakość żywności w tzw. „dawnych czasach”, czyli przed 1989 r., a jednocześnie przez tych blisko 40 lat znacząco poprawiła się długość życia.
– Zgoda, żyliśmy krócej, bo diagnostyka i farmakoterapia nie były tak rozwinięte jak obecnie. Nie było leków, nie było takiego poziomu medycyny, która mogłaby sobie skutecznie radzić z różnymi powikłaniami. Bardzo często człowiek umierał, zanim się dowiedział, co mu dolega. „Na co dziadek umarł? No umarł i już. Miał 65 lat, był stary, więc umarł”. A dzisiaj na osobę 60-letnią mówimy, że jest w średnio-starszym wieku. Zrobimy takiej osobie badania, podamy statyny, które skutecznie wydłużą tej osobie życie. Problem w tym, żeby wraz z długością życia poprawiała się jego jakość. Nie chodzi nam o to, by mieć 40 procent społeczeństwa w domach opieki, gdzie będą żyć w niedołężności . Zdecydowanie chodzi o to, żeby żyć długo i sprawnie.
– Wierzy Pani, że 90-letnia osoba może być sprawna fizycznie i intelektualnie?
– Nie muszę w to wierzyć, bo ja wiem, że tak może być. Znam takie osoby. Po pierwsze i podstawowe – wszystkie te osoby są szczupłe. Tkanka tłuszczowa to pierwszy magazyn działający prozapalnie, to najpewniejsze ognisko zapalenia. Te osoby, o których mówię, są nieustannie aktywne fizycznie i społecznie. Co to znaczy? Ich głowa jest nieustannie zajęta i sprawnie działa. Oczywiście pewnych form demencji nie unikniemy, ale jeśli ktoś w wieku 50 lat uzna, że skoro niedługo idzie na emeryturę, to już nie musi się rozwijać i pielęgnować pasji. Mózg jest jak mięśnie – jeśli nie działa, to „zastyga”.
– Przepraszam, ale mam wrażenie, że ciągle mówimy o rzeczach oczywistych. Niby wszyscy wiemy, że od pewnego momentu w życiu z każdym rokiem nasza masa mięśniowa spada o kilka procent, szczególnie kobietom. A i tak nic z tym nie robimy.
– Spada, dlatego musimy o nią dbać i budować. Trzeba pamiętać, by po 40 roku życia, oprócz ćwiczeń kardio włączyć również ćwiczenia oporowe z pewnym obciążeniem, żeby dobudować sobie masy mięśniowej. A po co mi to? Ano po to, żebym się nie wywracała kiedy będę osobą starszą. Sprawne mięśnie są zawsze przydatne.
Cały wywiad przeczytasz w specjalnym wydaniu dts ZDROWIE
Rozmawiał Wojciech Molendowicz
Żyjemy w czasach, w których rynki zalewa masowa produkcja rzeczy nietrwałych, co paradoksalnie szkodzi naszemu samopoczuciu. Warto zatem zmienić podejście i zacząć inwestować w przedmioty codziennego użytku, które mają bezpośredni wpływ na nasze zdrowie. Dotyczy to zwłaszcza strefy snu – zamiast kupować przypadkowe, tanie produkty, lepiej postawić na sprawdzone i certyfikowane materace oraz tekstylia, które posłużą nam przez lata. Filozofię świadomego wyboru i wysokiej jakości wspiera m.in. sklep https://zaczarowanasypialnia.pl/, udowadniając, że zdrowy odpoczynek to najlepsza inwestycja w samego siebie.



























































































































































































































