Pierwsze zdanie tego tekstu może brzmieć tak: Wszystko zaczęło się od fotografii z napisem: „1977 rok. Drugie urodziny Staszka Dudziaka. Oddział Chirurgii Dzieci, Szpital im. Stefana Żeromskiego w Krakowie”. Ale może brzmieć też tak: Ta historia mogłaby się nigdy nie wydarzyć, gdyby Staszek nie poparzył sobie dłoni tak mocno, że lekarze chcieli mu je amputować. Albo i tak: Staszek Dudziak po blisko 50 latach wrócił w miejsce, w którym zyskał drugie życie. Wrócił tam, gdzie było dużo bólu i cierpienia, a mimo to wspomina to miejsce jako pełne ciepła i pozytywnych emocji. A może jednak tak: Mały Staś w szpitalu w Nowej Hucie spędził ponad rok. Po latach na swoje wesele zaprosił pielęgniarkę, która się nim opiekowała. Tę samą, z którą zdmuchiwał świeczki na tym archiwalnym zdjęciu.
Jakkolwiek zacząć tę historię o Staszku Dudziaku z Limanowej i tak trzeba cofnąć się do 1976 r.
Staś bawił się z babcią w chowanego. A może w berka. Jeszcze raczkował, miał zaledwie rok. W pewnym momencie spróbował się podnieść i oparł dłonie o rozpalony żeliwny piec. Chwycił mocno, najmocniej jak potrafił.
Poparzenia były tak poważne, że dłonie zrobiły się czarne. Najpierw trafił do jednego szpitala. Werdykt lekarzy był jednoznaczny: amputacja!
Rodzina nie mogła się z tym pogodzić. Ktoś jednak zachował zimną krew. Sąsiadka, Danka Kita, pielęgniarka ze Szpitala im. Stefana Żeromskiego w Krakowie.
— Zawieziemy Stasia na chirurgię dziecięcą. Na pewno coś wymyślą — powiedziała.
I tak Staś trafił do nowohuckiego, prestiżowego wówczas szpitala.
Tyle ciebie niańczymy, nie zapomnij zaprosić nas na wesele
Spędziłem tam rok. Mnóstwo operacji, opatrunków, przeszczepów skóry. Ponoć to piekielnie bolało, ale nic z tego nie pamiętam – mówi Stanisław Dudziak.
— Ponadto panowały takie zasady, że musiałem być sam w szpitalu. Rodzice mogli przyjść tylko w wyznaczone dni i w określonych godzinach, oglądając mnie przez szybę. Chyba tęskniłem straszliwie i być może zapłakałbym się na śmierć, gdyby nie panie pielęgniarki. Istne anioły, dzięki którym z tej długiej hospitalizacji nie pamiętam nic o bólu i łzach. Ze szpitalem mam miłe i ciepłe wspomnienia, słowo daję – mówi Stanisław.
Pielęgniarki rzeczywiście matkowały Stasiowi. Jedna przynosiła mu pomarańcze, które przywoził jej mąż z Austrii, druga podkładała pod poduszkę cukierki, trzecia częstowała swoimi kanapkami z kiełbasą.
— Zresztą tak mi smakowały, że podkradałem je nawet ze śniadaniówek pań — uśmiecha się Staszek. — Ale one wybaczały mi wszystko — nie kryje wzruszenia.
— Oczywiście, wybaczałyśmy, bo Staś był wyjątkowym słodziakiem: blond loczki, rozgadany, uśmiechnięty — wspomina Danka Kita. Pracowała na innym oddziale, ale codziennie odwiedzała Stasia.
— Starałam się też organizować dodatkowe odwiedziny bez wiedzy przełożonych, żeby Staś mógł się nacieszyć mamusią, a ona synkiem — dodaje.
Ręce Stasiowi uratowali krakowscy lekarze. Wypisali go jednak dopiero po roku. Dlatego swoje drugie urodziny chłopiec obchodził w szpitalu. Mama przywiozła tort i świeczki, a pielęgniarki zorganizowały szpitalne urodziny i na pamiątkę pstryknęli zdjęcie. Na nim widać Grażynę Rakoczy, pielęgniarkę oddziałową Chirurgii Dzieci, i Staszka, gdy zdmuchuje świeczki.
— Pani Grażyna była piękną kobietą. Patrzyłem na nią jak na obrazek — mówi Staszek. — Gdy wyjeżdżałem do domu, rzuciła nam na pożegnanie: „Staszku, tak tutaj opiekowałyśmy się tobą, tylko spróbuj nas nie zaprosić na swoje wesele.”
Staszek oczywiście tego by nie pamiętał, gdyby nie ta sama sąsiadka, Danka Kita. Tak czy owak, po wielu latach Staszek odnalazł panią Annę i rzeczywiście zaprosił ją na wesele. Ślub i wesele odbyły się w Limanowej, bo właśnie tutaj Staszek znalazł żonę…
[… ]
Cały tekst przeczytasz w specjalnym wydaniu dts ZDROWIE
[pobierz ZA DARMO]
Anna Górska

















































































































































































































