Tym razem, idąc do sali magistrackiej, nie zatrzymywałem się pod Kasztanem. Pokłoniłem mu się z estymą i wbiegłem bez zbędnej zwłoki do sali magistrackiej, zająłem miejsce to samo co zwykle – tam, obok pieca, gdzie zwykle siedzę sobie jak kot Bonifacy.
Była to taka nadzwyczajna, ale całkiem zwyczajna sesja. Było parę perełek. Nasi sądeccy PiS-owcy postanowili zaatakować. Takie jest zbójeckie prawo opozycji. A jednak ta sesja jest jakby ersatzem proklamowania „Komitetu
referendalnego”.
Ja to czytam tak, że istnieje obawa, czy zbiorą w dwa miesiące 6200 głosów. Ogłoszenie Komitetu referendalnego to byłoby coś. A ta zwyczajna-nadzwyczajna sesja jest jednak takim „kikutem”. To już nie to samo. Sesję mogło oglądać jakieś … 123 osoby. To już ten tekst może więcej osób przeczytać. Mam taką nadzieję.
No ale poszedłem na tę sesję, aby Czytelnicy mi nie zarzucili braku „relacji”. Poszedłem zatem z obowiązku wobec Czytelników. A dylemat miałem niemały, ponieważ w Warszawie, na Wiejskiej, obradowała komisja ds. Zbyszka Ziobry – o odebraniu mu immunitetu i wstawieniu do aresztu tymczasowego. Ta komisja była potężną konkurencją dla sesji w magistracie. Ale rozwiązałem ten swój dylemat koncertowo. Otóż na sesję zabrałem urządzenie, które umożliwiało mi transmisję z Warszawy, a tymczasem, siedząc na sali ratuszowej (oczywiście w czapce niewidce), słuchałem raz tutaj, raz tam. Potem zaczęło mi się to wszystko zlewać do kupy. Dostrzegłem niebywałą wprost symetrię, mimo pozornej asymetrii. W zasadzie można byłoby niektórych radnych wstawić na komisję, a niektórych posłów obsadzić na naszej sądeckiej sesji.
Dla porządku powiem o początku sesji. Wystąpili wysocy urzędnicy i oświadczyli, że miasto działa dalej. Pani Prezydentowa była nawet przekonująca. Tym razem nie oświadczyła, że czeka na powrót prezydentów. KO ma wreszcie swoją prezydentkę!
Natomiast Pani Skarbnik znowu zaskoczyła. Oświadczyła bowiem, że „otoczyła miłością” ten dział, gdzie grasuje wraże CBA. To bardzo szlachetne z jej strony, ale ona jest takim „dobrym duszkiem” gotowym do „przytulania” – wybranych.
A Pan Sekretarz poczęstował kilkoma kuksańcami przeciwników Panów Prezydentów. I dodał, że podczas ich nieobecności urodziło się 63 dzieci.
I ta informacja była dla mnie dużym wyzwaniem intelektualnym. Nie podał danych porównawczych, tylko zostawił mnie z tym problemem. To więcej czy mniej dzieci się rodzi w Sączu? Myślę, że raczej nie więcej, tylko raczej mniej. Ale deklarował, że wszystko idzie normalnie, więc może tyle samo dzieci się rodzi. Tak, to musi być „tyle samo”, no albo ciut mniej. A jak Panowie Prezydenci wrócą do ratusza, to liczba narodzin skoczy progowo.
Potem były problemy proceduralne, bo nasi PiS-owcy koniecznie chcieli debatować, a w gruncie rzeczy wykonywać taniec wojenny i masakrować naszych prezydentów. Podglądałem Warszawę i tam poseł Gosek, Wójcik, Kowalski szarżowali – obrona Zbigniewa przez frontalny atak. Tego samego spodziewałem się na naszej sesji. A my mamy tutaj nie gorszych fajterów niż tam w Warszawie.
Duże wrażenie zrobiła na wszystkich Pani Mecenas – jej ekspertyza miała wiele energii i zaangażowania interpretacyjnego. Na tyle robiła wrażenie, że Pan Radny Czernecki kiwał wielokrotnie głową z uznaniem. A on zawsze umie docenić „dobrą robotę”.
Potem wygłosił mowę Pan Radny Kądziołka. Mówił dość zgrabnie i często powtarzał refren: „nie damy sobie zamknąć ust”. Dam jednak pewną radę Panu Kądziołce – że to „Ludomir H.” i „Artur B.” było niepotrzebne i trochę pretensjonalne. Było także nadmiarowe i demaskujące intencje tej sesji. Inna rzecz, że wszyscy wiemy, co kryje się za tymi skrótami, i zachowywanie tajemnicy jest groteskowo zbyteczne. W Warszawie posłowie nie nazywali Zbigniewa Z., bo byłoby to właśnie niepotrzebnie nadgorliwe.
Potem wystąpił Pan Targosz i on już się nie patyczkował. Te inicjały wymieniał z lubością, podkreślał to, bawił się tym, żonglował, podnosił do kwadratu. No ale mnie zastanowiło mocno, co go tak oburzyło i zbawiło, że w Nowym Sączu grają spektakl „Zbrodnia i kara”. Co w tym takiego śmiesznego? MOK powinien wstrzymać spektakl, bo Panów Handzla i Bochenka zatrzymano?
O co chodziło Panu Targoszowi – tego naprawdę nie wiem. Ale inżynierowie posiadają syndrom dosłowności. To dobre w naukach stosowanych – strony równania muszą się równać. Ale w tej sytuacji nie ma równania i nie jest proporcjonalne. Jakże mnie ciekawi tok rozumowania Pana Targosza. W Warszawie byli tacy posłowie, którzy nie certolili się ze Zbigniewem Ziobrą, podobnie jak tutaj nie certolił się z Panami L. i B. Pan Radny Błażej Targosz.
Ja czekałem na występy naszych sądeckich Gosków i Kowalskich. Wcześniej ciekawie wystąpił Pan Głuc. Trochę to było naiwne, że dziwił się, iż ta sesja miała charakter polityczny i marketingowy. Trzeba docenić Pana Głuca, że umożliwił wypowiedzi naszych sądeckich PiS-owców. Tak, czasami trzeba się zgodzić na jałowy bieg. Inna rzecz, że sytuacja jest nienaturalna, a nawet więcej niż nienaturalna. Pani Mularczyk podchwyciła ten wątek.
Potem wypowiedziała się reszta naszych sądeckich PiS-owców (oprócz Pana Drożdża i Pani Orzeł), ale oni nie byli już tak spektakularni jak Pan Targosz. Wystrzelali się szybko. Chociaż wystąpił jeszcze Pan Piech i nawet mu szło nieźle. Radny Targosz powinien brać z niego wzór w wygłaszaniu mów publicznych. On uzyskuje ciężar prezydencki.
No i na arenę wkroczył wreszcie Pan Radny Prokopowicz. A w Sejmie zabrał głos poseł Gosek. Obaj bronili, ale innych osób, które znajdują się w dość podobnej sytuacji – zarzuty, wnioski, aresztowe. Pan Prokopowicz chciał wykazać się siłą spokoju, zaczął wolno i dobitnie, ale rozkręcał się. Zaatakował jednak niespodziewanie OSP – i zgrabne to nawet było. Podpadł kiedyś kibicom, teraz strażakom z OSP.
Potępił natomiast ataki na urzędników i dyrektorów ze strony PiS-owców. Czy nasi sądeccy PiS-owcy rzeczywiście ośmielili się zaatakować urzędników? Pan Prokopowicz określił to dosadnie jako „brak kultury”. A on się na tym zna.
Potem mówił o „pewnej inspiracji politycznej”, ale już nie wymienił z nazwiska Pana Mularczyka – może bał się procesu? Na koniec dowalił z Budapesztem, że niby będą tam uciekać PiS-owcy, ale przecież nie nasi sądeccy. On także oglądał, jak ja, Warszawę.
Szkoda, że się nie zainspirował Pan Prokopowicz posłem Kowalskim, on kropnął taką mowę w obronie Zbigniewa, że kapcie spadały. Zażądał przyznania mu orderu. Właśnie, a gdyby tak dla dobrego PR, wystąpić właśnie teraz o przyznanie honorowego mieszkańca miasta, albo dać choćby po denarze dla wszystkich zatrzymanych i podejrzanych. To byłoby dopiero wsparcie dla urzędników i ich rodzin, o co apelowała Pani Skarbnik. Zabrakło wyobraźni jaką ma poseł Kowalski.
Wystąpił Pan Radny Gieniec. Już czekałem, aż zgłosi nową nazwę mostku na Łubince, ale tego jednak nie uczynił. Szkoda. Powiedział na początku, że wszystko poszło na marne z tą sesją. Powiedział to z taką gracją, że szmer przeszedł po całej sali, a mnie przeszły ciarki po plecach. W Warszawie głos zabrał poseł Wójcik i bronił Zbigniewa Ziobry zdecydowanie. Jak będzie bronił prezydenta Pan Gieniec? Potem Pan Gieniec zaprezentował pewien dowód logiczny: pytania nie powinny padać po odpowiedziach, a mogą paść tylko przed odpowiedziami. Tutaj zgoda, ale przy założeniu, że odpowiedzi są wyczerpujące i nie rodzą pytań. Dla Pana Gieńca taka sytuacja jest „w ogóle nielogiczna”. Ale Pan Gieniec zaskoczył mnie jednak tym mikro-wykładem na temat logiki. Dodam – on mnie nie pierwszy raz zaskakuje.
Dostrzegam także to, że Pan Gieniec przeszedł długą drogę w samokształtowaniu się i uzyskał rozmiar polityczny, który predestynuje go do funkcjonowania na wyższej arenie, na przykład w Sejmie. W mojej opinii przewyższa takiego posła Goska i dorównuje posłowi Wójcikowi. Posiada także tę protekcjonalność, która nie jest jeszcze arogancją, ale już ekstrapoluje w wiarygodność. Czasami jednak się jeszcze zagalopuje z artykulacją, ale to w sumie dodaje spinu.
Zaintrygował Pan Gieniec Martą M. Kto jest tą Martą M.? Ona jest podobno niewinna. Pan Gieniec uśmiechał się przy tym szelmowsko do naszych PiS-owców, co może dawać pewien trop. Czyżby to ta Marta?
Potem Pan Gieniec stwierdził, że to w sumie normalna sprawa w naszym mieście z tymi zatrzymaniami i zarzutami. No i dziwił się, że są jakieś dziwne opinie i ustalenia. Ot, zwyczajna sprawa w gminie, że zatrzymuje się wysokich urzędników i stawia zarzuty, wnosi o areszt. Zwykła praktyka samorządowa. I czemu tutaj się tak dziwić? Perorował Pan Gieniec.
Wypowiedź swoją Pan Gieniec zakończył filuternym: „kurcze-flak”. No jak nie lubić Pana Radnego Gieńca? Ale nazwę dla mostku musi wymyślić nową i nie gorszą niż ta poprzednia. Ja nieśmiało zainspiruję – a może by tak nazwać mostek „Kaczyńskiego i Tuska”? A nawet „Jarosława i Donalda”. To mogłoby dać sławę Panu Gieńcowi na całą Polskę. To byłby zupełny mat dla naszych sądeckich Pisowców, no bo oni chcieliby z nazwy wyrzucić Tuska i zostałby sam Kaczyński. A wtedy? Ruch na moście podwoi się.
Ta sesja była jednak ciekawa. Wszystkie są ciekawe, tylko trzeba umieć wyłowić te „perełki”. Ja tym razem zrobiłem słabo, bo oglądałem Warszawę.


























































































































































































































