To, co nazywamy „jakością kształcenia”, bywa w Polsce jak rozmowa z pacjentem, który przyszedł po „tabletki na motywację”. Wszyscy chcą szybko. Minister chce spokoju, komisje chcą prestiżu, uczelnie chcą studentów, media – ognia. W tym oceanie „chcenia” są wyzwania, które wymagają cierpliwej roboty. W tym samym oceanie etyka czas od czasu topi się, albo przynajmniej gubi kurs.
Sprawa nowosądeckiej Wyższej Szkoły Biznesu i „pani Ani” o której pisaliśmy w tekście: „Pani Ania”, negatyw PKA i wojna o studentów…. to dobry pretekst, żeby pokazać światu, że można jednocześnie dbać o poziom i nie niszczyć tego, co działa. Można egzekwować standardy bez rozpalania stosu dla trybów zdalnych. Można upominać się o jakość kształcenia, nie etykietując uczelni oraz można wymagać od komisji akredytacyjnej, nie wylewając całej instytucji do rynsztoka, bo ktoś z tej komisji kiedyś usiadł po złej stronie stołu.
W psychoterapii wiemy, że jedno narzędzie nie leczy. Skala BDI nie jest wagą „depresji”, a checklista nie jest relacją terapeutyczną. W edukacji podobnie: QA to nie jakość, tylko lustro. Jeśli Polska Komisja Akredytacyjna twierdzi, że w lustrze widać smugi, wypada umyć lustro i zobaczyć twarz. A co robi świat gdy pojawiają się informacje, że gdzieś dostrzeżono smugi? Jedni krzyczą „skandal!”, inni chcą spalić łazienkę, jeszcze inni – wytłuc wszystkie lustra. Huśtawka między histerią a PR-em.
Zły wynik pomiaru jeszcze niewiele mówi. Może ktoś mierzył nie tak jak trzeba? Jeśli komisja badałaby program głównie przez algorytm uczelnianego systemu, to myliłaby „dashboard” z realnym uczeniem się. Jeśli uczelnia odpowiadałaby na zarzut kadrowy folderem z uśmiechniętymi konsultantami, to myliłaby marketing z dziekanatem. Jeśli media karmią się jednostkową relacją o „fabryce piątek” bez twardych danych, to mylą literaturę faktu z literaturą piękną.
Niektórym marzy się krucjata: „zakazać zdalnego, wrócić do kredy i gąbki”. Tryb nie jest kategorią etyczną. Wykładowca potrafi być fatalny w sali i wspaniały na żywo ale online. Równie dobrze bywa odwrotnie. Ważniejsze jest to, co i jak weryfikujemy: godziny kontaktowe, praktyki, progi zaliczeń, integralność egzaminów. Technologia wymaga mądrej gardy (jawne reguły, konsekwencje), ale nie jest wrogiem. Wrogiem jest ściema, jednakowo po stronie krytykowanych, jak i po stronie krytyków.
Zaufanie publiczne nie działa dzisiaj na wiarę. Jeśli komisja rozdaje żółte kartki, sama musi grać czysto i przejrzyście: jawne składy zespołów, jawne interesy i wyłączenia, jawne metody. Domniemanie niewinności i domniemanie rzetelności to piękne zasady. Tylko że w świecie po paru aferach trzeba pokazywać, a nie wyłącznie deklarować.
Uczelnie? To samo. Mniej folderów, a więcej danych: studenci, kadra na etatach, rozkłady ocen per przedmiot, praktyki z nazwą placówki i opiekuna, liczba unieważnionych egzaminów, procent zaliczeń w pierwszym podejściu. Bez tych liczb każda rozmowa zamienia się w konkurs na retorykę. A od retoryki nikt jeszcze nie nauczył się diagnozować ADHD i nie poprowadził sensownej interwencji rodzinnej.
Marzę o konkretach:
- Jawne dane dla każdego kierunku psychologii: kadry (etat/umowy), student/wykładowca, rozkłady ocen, zaliczenia w I/II terminie, praktyki (miejsca, opiekunowie), skargi/rozstrzygnięcia. Raz w semestrze.
- Zakaz żonglowania akredytacją: na stronach uczelni twardy, ujednolicony słownik: opinia przy uruchamianiu to nie jest ocena programowa ta zaś to nie akredytacja branżowa (jeśli istnieje). Koniec z grą w skojarzenia.
- Sygnalista w mediach? OK, ale z dowodem (screen, dokument, log), a nie z opowieścią „słyszałam, że wszyscy”. Publikujecie? Dajcie box: „co sprawdziliśmy, czego nie”.
- PKA na VARze: publikacja uzasadnień z tabelą wskaźników, jawne konflikty interesów, jawne protokoły mniejszości (jeśli są).
I na koniec: żółte kartki po obu stronach nie są czerwonymi. Bywały brudy wokół prywatnego szkolnictwa. Wokół komisji też unosił się kurz. Ale od tego są procedury oczyszczania, nie rytualne palenie stosów. Żółta kartka dla ocenianych mobilizuje: dokładamy kadrę, uszczelniamy praktyki, prostujemy język o akredytacji. Żółta kartka dla oceniających mobilizuje: pokazujemy metody, wyłączamy sędziów w konflikcie, publikujemy wskaźniki.
Zawodowi psychologa nie jest potrzebna krucjata przeciwko trybowi online ani medialne krucyfiksy. Potrzebne są liczby, praktyki, superwizje, dobre prawo i odwaga, by przyznać: tu słabo, tu poprawiamy. Nie wstyd mieć minusy w raporcie. Wstyd udawać, że to nic nie znaczy, albo robić z tego apokalipsę.
Na koniec zasada, którą stosuję w gabinecie i w tekście: kiedy pacjent mówi: „wszyscy”, pytam: „kto konkretnie?”. Kiedy uczelnia mówi: „naprawiliśmy”, pytam: „co, kiedy, jak mierzycie efekt?”. Kiedy komisja mówi: „negatyw”, pytam: „na jakich wskaźnikach, przy jakiej próbie?”. Reszta jest pianą. Jeśli mamy mieć psychologię, która umie leczyć, wspierać i nieść odpowiedzialność, musimy codziennie odcedzać pianę od treści. Bez histerii. Bez PR-u. Z czułą, ale konsekwentną precyzją.
PS. Studiowałam na WSB-NLU. Studiowałam też na UJ. Dobrzy i słabi wykładowcy byli w obu uczelniach. Łatwe i trudne egzaminy były na obu uczelniach. Studenci ściągali na egzaminach na obu uczelniach. Mury obu uczelni opuszczali czasem mierni, a czasem świetni absolwenci. Etykieta nie jest dyplomem jakości. To tylko naklejka, warto sprawdzić, co jest w środku słoika. A etykietowanie to bardzo powszechne zniekształcenie poznawcze 😉 Zamiast przyklejać łatki, przyklejmy dane: liczby trzymają dłużej niż plotki.




































































































































































































