Większość najwspanialszych zdarzeń i zwrotów w moim życiu zrodziła się z ledwie wyczuwalnego impulsu – subtelnego pchnięcia w lewo, gdy wydawało mi się, że powinienem iść w prawo. W każdym z tych przypadków, patrząc później wstecz, zadawałem sobie pytanie: dlaczego tak zrobiłem? A potem spoglądałem na to, co się wydarzyło i co mi to dało – jakim cudem mogłem mieć tyle „szczęścia”, by popełnić aż tyle „błędów”?
Większość najwspanialszych zdarzeń i zwrotów w moim życiu zrodziła się znikąd – właśnie wtedy, gdy najmniej o nie zabiegałem. Ten cichy, niemal niedosłyszalny głos – podszept intuicji – ten, który tak łatwo zignorować, zduszony przez kakofonię powinności. Nie znaczy to jednak, że nie warto wyznaczać sobie celów, nawet tych najbardziej niedosięgłych, i zmierzać ku nim z uporem maniaka. Ale zauważyłem, że prawdziwe przełomy przychodziły do mnie wtedy, gdy nie próbowałem – gdy słyszałem strzał startera, a mimo to zostawałem w blokach. Gdy wszyscy parli naprzód, a ja wybierałem odwrót.
Jako osoba działająca w pojedynkę, zmuszony byłem zbudować w sobie zespół najlepszych z najlepszych – w najgorszym razie tych, którzy próbują nimi być. Gdy któryś z moich wewnętrznych „ja” coś sknocił, zastanawiałem się, jak sprawić, by wyciągnął z tego lekcję. I co? I nic. Od pewnego czasu przestałem próbować. Chociaż nadal mam ten pierwszy odruch, by rozwiązywać problem natychmiast, uczę się wyczekiwać, gdyż większość najwspanialszych zdarzeń i zwrotów w moim życiu zawsze przychodziła nieproszona, nieposzukiwana. Kiedy poddajesz się temu, kiedy po prostu obserwujesz, jesteś obecny i potrafisz pokochać nawet to, co wydaje się „niewłaściwe” – wtedy świat odsłania swoje najwłaściwsze oblicze.



























































































































































































































