Krynica przywitała mnie styczniem. Chodniki skute umęczonym, brudnym lodem wyglądały jak pejzaż po bitwie – nierówne, poszarzałe, wyczerpane zimą, która jeszcze na dobre nie nadeszła. Jednak powietrze, tak już gęste od obecności, rozmów i śmiechów dochodzących z pobliskich kawiarni, zdawało się zwiastować coś więcej, coś większego. Każda mijana witryna, każdy krok, prowadził mnie dalej, ku monumentalnej kubaturze Pijalni Głównej – snu o nowoczesności zamkniętego w otulinie zimowego kurortu.
Przed wejściem kłębił się już niemały tłum – cienie spowite w grube płaszcze i zapięte pod nosy kurtki, krzątające się na granicy zniecierpliwienia i ekscytacji. Niczym śnieżni akrobaci balansujący na cienkiej linie, rozpiętej między zimowym chłodem a obietnicą, że zaraz to wszystko się skończy. Że drzwi się otworzą, a z nimi ruszy coś, na co czekali od dawna.
— Posuwacie się, czy pierdolicie?! — ryknął ktoś nagle zza pleców, tonem szorstkim jak papier ścierny, rzuconym na chybił trafił, choć druga osoba liczby mnogiej sugerowała, że do nas wszystkich.
— Trochę kultury, maestro — ktoś przede mną zareagował bez chwili zawahania, cedząc słowa z teatralną precyzją. — Po pierwsze: są tu damy. Po drugie: koncert się przecież od pana nie zacznie…

Dobijała 18:00, a deptak próbował wlać się do środka strumieniem ludzi – niespokojnych, coraz śmielej napierających w stronę drzwi. W końcu udało się. Pierwsze uderzenie – kawa i perfum. Zapachy otuliły mnie jak ciepły koc, kontrastując ze zmarzniętym światem pozostawionym za szybą. Ale zanim dalej, obowiązkowe przystanki: bramki, akredytacje, kontrola i szatnia. Ochroniarze oklepali i zajrzeli. W ręku został mój niezbędnik – notatnik, kilka ołówków, paczka miętowych gum, fajki i telefon. Ruszyłem wyżej, w stronę sceny, gdzie atmosfera oczekiwania snuła się jeszcze leniwie w powietrzu. Ale to miało się już wkrótce zmienić.
Wnętrze Pijalni Głównej, jak zawsze o tej porze, emanowało aurą oczekiwania na coś większego niż „tylko więcej”. Subtelne oświetlenie nadawało przestrzeni teatralnej intymności, w której błyszczące w reflektorach instrumenty zdawały się już pełnoprawnymi bohaterami wieczoru – gotowymi, by opowiedzieć nam swoją historię, zanim zrobią to Oni. Najzagorzalsi obstawili miejsca pod samą sceną, jakby bliskość barier oddzielających ją od reszty dawała im łatwiejszy dostęp do magii. Większość jednak zamiast zadeptywać pierwszy rząd, kierowała się prosto do kawiarni. Poszedłem i ja, zająć wstępne miejsce vis-à-vis sceny, na samych tyłach, gdzieś daleko, gdzie luz, śmiechy i tłumione rozmowy wypełniały przestrzeń, podczas gdy reszta dopinała wszystko na ostatni guzik.

Energia wzrastała wprost proporcjonalnie do zbliżającej się godziny rozpoczęcia i rosnącej liczby coraz żywiej reagującej publiki, a ja zastanawiałem się, jaką wersję siebie pokaże dziś Dżem. Byli ikoną i nadal nią są – żywą historią polskiego bluesa, która przeszła przez dekady zmian, upadków i wzlotów, nie tracąc przy tym swojego rdzenia – rdzenia prawdy. Ich muzyka zawsze niosła ślady doświadczeń – prostych, surowych, nieprzekombinowanych, ale pełnych pasji, jakby rzeźbionych w życiu – na ulicach, w bólu, w chwilach triumfu i goryczy.
Adam i Beno Otrębowie – niezmiennie od początku. Jurek Styczyński, który dołączył pod koniec lat 70., to oni stanowili twardy, solidny kręgosłup zespołu. Do tego Zbyszek Szczerbiński na perkusji i Janusz Borucki na klawiszach. Jednak to Sebastian Riedel był tego wieczoru najbardziej intrygującym i wyczekiwanym elementem. Przejmując mikrofon po Maćku Balcarze, który opuścił zespół w ubiegłym roku, mierzył się nie tylko z dziedzictwem ojca, ale i z odpowiedzialnością wobec publiczności, która żyje tymi piosenkami od dekad.

— Ciekawe, jak tam Bastek wejdzie? — powiedział ktoś.
— Myślę, że dobrze — dopowiedział ktoś inny. — Jeśli nie on, to kto?
I tak dalej, i tym podobne komentarze odbijały się echem w mojej głowie, a ja wciąż zastanawiałem się, jaką historię opowiedzą dzisiaj. Czy nowy głos nada ton wieczorowi? A może to będzie powrót do korzeni, cichy szept przeszłości przypominający, dlaczego Dżem stał się czymś więcej niż tylko muzyką? Spoglądałem na twarze – nowe, młodsze, ale i te znajome z minionych edycji – twarze ludzi, dla których Dżem był czymś więcej niż playlistą randomowych kawałków. Był lustrzanym odbiciem ich samych, ich własnej drogi.
Choć dobijała już 19:00, czas zdawał się ciągnąć niczym z gumy, jakby zamierał w oczekiwaniu. W tej niekończącej się chwili, pełnej jeszcze niczego konkretnego, zdawało się, że coś, co nigdy nie było łatwe ani ładne, za to naznaczone potknięciami i powrotami, miało znowu zmaterializować się na scenie, by kontynuować swój niestrudzony pochód. W tej nieustannej pracy, wysiłku i niepewności, ujawniało się dla mnie całe piękno i cała prawda o tym, czym tak naprawdę jest Dżem – muzyczną opowieścią o próbach, porażkach i zwycięstwach wpisanych w DNA każdego z nas.
Światła przygasły, rozmowy ucichły w półmroku, a Jan Malski zapowiadał to, co już zapowiedziane. Z oddali zobaczyłem pierwsze sylwetki, usłyszałem pierwsze dźwięki gitar. Dżem wchodził na scenę…
Foto: Konrad Obidziński, Video: Bartosz Szarek




















































































































































































































































