Szopka w Ptaszkowej – miejsce, w którym rodzi się miłość

Szopka w Ptaszkowej – miejsce, w którym rodzi się miłość

Sierpień, lato w pełni, a w domu państwa Jurczyńskich rozpoczynają się przygotowania do okresu bożonarodzeniowego. Pan Kamil planuje, sprawdza lampki, montuje w ogrodzie nowe instalacje. W grudniu pracy jest już tyle, że chodzi spać około 2-3. w nocy. – Gdybym ten czas, który poświęcam na przygotowanie Szopki, przeznaczył na jakąś pracę dodatkową typu składanie długopisów, to chyba byłbym milionerem – śmieje się. Było łatwiej, gdy działał razem z tatą. Obiecał mu jednak, że po jego śmierci będzie kontynuował rodzinną tradycję i czuje, że nie może go zawieść. Sam też z niecierpliwością czeka na pierwszych odwiedzających. Przyznaje, że najbardziej cieszy go widok uradowanych dzieci. W wieczór wigilijny niepozorny ogród na Sądecczyźnie znów przemieni się w niesamowitą, świąteczną krainę, do której ściągać będą setki, jeśli nie tysiące, ludzi z regionu i nie tylko.

            – Tata zawsze coś koło domu oświetlał, były choinki i tak dalej. Ja miałem wtedy fazę na fajerwerki. Potrafiłem od października nie kupować sobie nic do jedzenia, kiedy mama dawała mi 2 zł na bułkę, bo zbierałem na fajerwerki. Ale jak w pewnym roku przewaliłem w powietrze chyba 700 zł, co w tamtych czasach było bardzo dużą sumą, to powiedziałem, że już dość i idę z tatą w lampki – opowiada Kamil.

Jurczyńscy zaczęli co rok wygrywać w konkursie na najbardziej oświetloną posesję w Ptaszkowej. Jak śmieje się Kamil, kiedy już było pewne, że i tak nikt ich nie przebije, zrezygnowano z organizacji konkursu. Choć wtedy nie było jeszcze nawet szopki.

Szopka

Tacie Kamila Jurczyńskiego zawsze marzyła się szopka. Opowiadał często synowi o takiej, która stała w prywatnym ogrodzie w Barcicach, skąd pochodził. Nawet mu ją pokazywał. W 2014 roku, kiedy zaczęli już pomału rozwieszać lampki w ogrodzie, postanowili, że szopka wreszcie powstanie. Pan Andrzej jako cieśla od razu miał pomysł na konstrukcję. Szopka była niewielka – jakieś 2 na 2 metry. Można ją było przenosić w dowolne miejsce. Kamil, który jeździł wtedy jako przedstawiciel handlowy, kompletował figurki w okolicznych sklepach.

            – Pamiętam, że pierwszym kolędnikom bardzo się spodobała – wspomina. – Później co roku chcieliśmy ją rozwijać. Kiedy odkryliśmy z tatą, że mamy tego samego bakcyla, to zaczęliśmy się nawzajem nakręcać. Przychodził październik, a tata w pracy myślał tylko o tym, co nowego zrobić w szopce. Ja tak samo. Mówiłem „mam pomysł, ale będzie pewnie głupi”, tata mówił „mam pomysł, ale pewnie ci się nie spodoba”. I wychodziło z tego coś świetnego. Od początku chcieliśmy, żeby ta szopka to nie były tylko lampki.

Planowanie zajmowało im długie godziny. Obmyślali nową kolorystykę, ułożenie lampek. Myśleli nad nowymi dekoracjami i elementami.

            – W 2016 roku, kiedy mieliśmy już naszego renifera Rudiego i stuletnie sanie, siostra stała w oknie i naliczyła 126 osób, które nas przez cały sezon odwiedziły. Pamiętam do dzisiaj. Teraz to się trafia w 15 minut – mówi Kamil.

Ludzie zaczęli się dowiadywać o niezwykłym miejscu (…)

Cały tekst przeczytasz w świątecznym wydaniu DTS – bezpłatnie pod linkiem:

Filmoteka dts24

217 Videos