Najlepsze miasta rosną skokowo. Nie wspinają się mozolnie po drabinie wzrostu demograficznego, nie rozszerzają swych granic o parę hektarów rocznie. Wykorzystują okazje: przełomy polityczne, koniunktury gospodarcze, wielkie projekty infrastrukturalne. I często doświadczają kryzysów. Bo coś, co rośnie skokowo, ma też gorsze lata, a czasem dekady. Niemal każde polskie miasto doświadczało zastoju. A potem niektóre z nich dostawały swoją szansę: status wojewódzki, dużą inwestycję, albo… linię kolejową.
Albo miały pecha i ich status zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dwieście pięćdziesiąt lat temu na mapie Polski istniało jeszcze województwo sandomierskie. Ale w naszych czasach Sandomierz był już zawsze małym zabytkowym miasteczkiem. Z wielką sławą medialną dzięki serialowi „Ojciec Mateusz„. Wszystko za sprawą granicy zaborów, która odebrała temu miastu szanse bycia ośrodkiem administracyjnym. W połowie XX wieku los ten podzielił Przemyśl, znacznie większy i prężniejszy od Rzeszowa. Ale jako miasto nadgraniczne i konserwatywne stracił perspektywy rozwoju w czasach PRL i dziś może tylko z nostalgią przyglądać się rzeszowskiej metropolitalności.
Nowy Sącz urósł dzięki linii kolejowej i statusowi miasta wojewódzkiego. Ale swoją tożsamość budował też na „eksperymencie sądeckim”, który wyróżnił go na tle nieco gnuśnej galicyjskiej prowincji i sprawił, że był postrzegany jako miasto z pomysłem, dziś powiedzielibyśmy – kreatywne. Podobny wizerunek zyskał w latach 90. dzięki przedsięwzięciom Romana Kluski, Krzysztofa Pawłowskiego, a później także Ryszarda Florka. Rósł poszerzając granice i przyciągając młodych ludzi z sąsiednich gmin. Dla wielu był tylko przystankiem na drodze kariery krakowskiej czy warszawskiej, dla innych miastem, w którym zrobili maturę, dojeżdżając z którejś z podsądeckich miejscowości. Jeszcze innym stworzył warunki dobrego życia – trochę po miejsku, ale wolniej, spokojniej, bliżej atrakcyjnych miejsc wypoczynku.
W ostatniej dekadzie przypomniał, że nic nie jest dane raz na zawsze. Tak jak człowiek, który był pracowity przed czterdziestką może potem zgnuśnieć i stać się wygodnym leniem, tak miasta, którym sporo rzeczy przyszło łatwo mogą przegapić moment, w którym straciły impet. I przysypiają, póki nie obudzi ich jakaś historyczna szansa.
Czy taka szansa właśnie pojawia się przed Nowym Sączem? (…)
Cały tekst przeczytasz w specjalnym wydaniu DTS BIZNES – dostępnym bezpłatnie pod linkiem:
Fot. Zbigniew Sułkowski




































































































































































































