Zakazany plakat, dozwolone chamstwo

Zakazany plakat, dozwolone chamstwo

Polska szkoła gaslightingu ma się świetnie. Najpierw cię upokorzą, a potem będą negocjować znaczenie twojego upokorzenia.

Profesor Bogusław Kołcz wiesza plakat z Olgierdem Łukaszewiczem. Dorzuca flagę, która w słowniku jednego z politycznych klanów we współczesnej Polsce nazywana jest „szmatą europejską” . Dorzuca też dedykację dla urzędującego ministra. I nagle dzwoni telefon z zarządu Fundacji Chrobrego z ultimatum: dwie godziny na usunięcie „szmaty” i dedykacji. A w trakcie konwersacji pada klasyczne, serdeczne, przyjacielskie: „wypierd…”.

Dlaczego? Nie trzeba długo zgadywać. Bo prezes powiedział, że Unia jest zła, a Żurek to wróg.

Świadkowie – uczniowie – słyszą jak dorosły facet w garniturze wydziera się przez telefon do profesora a później czytają, jak ten sam ktoś udaje, że to było koleżeńskie „hej ziom”. No jasne. W polskim piekiełku „wypierd…”   to najwyższy poziom czułości międzyludzkiej. Niczym „kocham cię” w wersji dla dorosłych facetów.

A potem inny facet w garniturze komentuje że „jeśli takie słowo padło, to było nie na miejscu”. Nie na miejscu? Serio? To co jest na miejscu? „Proszę pana dyrektora, z łaski swojej, mógłby pan zdjąć ten plakat, bo nas ideologicznie drapie ten kawałek materiału i nazwisko ministra”?

Co robi profesor? Tłumaczy: „widzicie, czasem dorosłym puszczają nerwy. Ale to jest właśnie praca dyrektora: brać odpowiedzialność, mówić prawdę, nawet jak władza chce, żeby kłamać”. A potem dodaje, że za komuny takich telefonów nie miał, a w 2026 roku, w wolnej Polsce, przedstawiciel „nadzoru” wrzeszczy „wypierd…”, bo plakat nie pasuje do linii partyjnej, którą reprezentuje człowiek, który wygłasza telefoniczny rozkaz.

W tej historii jest coś do bólu polskiego: mała władza, wielkie ego i odruch poniżania człowieka, a potem udawania, że właściwie nic się nie stało. Bo chamstwo potrafi się przebrać za koleżeńskość, gdy poczuje na karku światło kamer.

I coś jeszcze: tutaj najmniej chodzi o wulgaryzm. Najmocniej – o to osobliwe przekonanie, że jeśli ma się odpowiednio napompowane poczucie znaczenia, to można drugiego człowieka „ustawić”  telefonem i tonem. Pokazem siły. A potem, gdy sprawa wypłynie, ogłosić, że to tylko nieporozumienie, emocje, skrót myślowy, prywatna wymiana zdań.

Świat wokół nas gnije między innymi od przekonania, że człowiek niżej w hierarchii ma się podporządkować, nie zadawać pytań, nie zgłaszać uwag i jeszcze podziękować, że w ogóle do niego zadzwoniono. Od tępej pewności, że aby mieć rację wystarczy mieć stanowisko uprawniające do pogardy. Najbardziej obraźliwe w tej i podobnych historiach jest dla mnie założenie, że po tym wszystkim wystarczy powiedzieć: „spokojnie, to było po przyjacielsku”. Jakby perfumy mogły zmienić szambo w ogród.

Psychologicznie rzecz biorąc, władza najchętniej nie tylko naciska, ale kolonizuje cudzą głowę. Chce wejść człowiekowi pod skórę tak głęboko, żeby sam zaczął się cenzurować, zanim jeszcze zadzwoni telefon. Groźny moment to nie ten, gdy pada wulgaryzm, tylko ten, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy dla świętego spokoju nie lepiej zdjąć nazwisko z plakatu, schować flagę, zwinąć własne zdanie. Bo społeczna tresura zaczyna się nie od pałki, a od uwewnętrznionego lęku. A szkoła jest sensowna tylko wtedy, kiedy jest miejscem, które lęk rozbraja, a nie tresuje do posłuszeństwa.

I na koniec morał, bo Polak bez morału jest jak kebab bez ogórka: niekompletny.

Jeśli ktoś do ciebie dzwoni i każe ci „wypierd…”, a potem mówi „to po przyjacielsku” – to nie jest przyjaciel. To jest cham w garniturze. A jak jeszcze ma władzę nad twoją pensją i szkołą – to już nie tylko cham ale równocześnie mobber z ambicjami.

Więc profesorze Kołcz – trzymaj się. A wy, „przyjaciele” z telefonu, następnym razem, jak chcecie pogadać po kumplowsku, to lepiej wbijcie od razu na lekcję historii. Bo jak znowu padnie ten,  albo podobny wulgaryzm, to młodzież zapamięta nie tylko słowo ale też to, kim jesteście naprawdę.

Felieton dedykowany wszystkim Panom od Przyrody na których próbują podnieść głos łobuzy od historii

 

Historię opisaliśmy w tekście:

Profesor Bogusław Kołcz usłyszał, że ma wypie****** Autor słów twierdzi, że dzwonił przyjacielsko. ,,Po tym wywiadzie możecie znaleźć mnie na śmietniku”

Filmoteka dts24

217 Videos