Z tej mąki chleba nie będzie. Wyłącznie popiół. Ale przecież ziaren na mąkę się tu nigdy nie mełło. Raczej wióry leciały. Cała Polska oglądała efektowny pożar młyna w Nowym Sączu, który nigdy młynem nie był. Był stolarnią, szmaciarnią albo czymś tam jeszcze. Ale młynem nie był.
Jak opisywał to całkiem niedawno w DTS sądecki klasyk Jerzy Wideł, nieruchomość Boruchów – owszem – nazywano młynem, ale na tym koniec podobieństw. Młyn, bo na Podmłyniu, obok przepływa Młynówka, stały (stoją) inne młyny, ale to, co poszło z dymem, młynem nie było. Nawet jeśli co bardziej rozochocone chodoki śpiewały tu w bezsenne noce: „Widziałem Marynę raz we młynie, jak lazła do góry po drabinie…”. Wystarczy czytać Widła.
Jak ten wyliczył, puszczona z dymem rudera w takim stanie straszyła ponad pół wieku. I psu z kulawą nogą to nie przeszkadzało. Psy zresztą omijały to miejsce szerokim łukiem. Mawiało się raczej, że to kwatera główna sądeckich szczurów, które w składowisku w typie „Szwarc: mydło i powidło” czuły się na swoim miejscu. Nie przeszkadzało to jednocześnie pokoleniom fantastów snuć opowieści, co też we młynie powstanie! Powstanie elegancki hotel, a może wykwintna restauracja. A najlepiej jedno i drugie.
Od kilku dni wiadomo, że nic nie powstanie. Podobno wielu ludziom smutno, bo spalił się jeden z symboli Nowego Sącza. Symbol czego? Niemocy urzędniczo-prawnej, która na ponad pół wieku zabetonowała konserwatorską opieką straszydło w centrum miasta. Spaliło się? Ktoś podpalił? Jak wiadomo młyny sprawiedliwości mielą powoli. Jeszcze dużo wody w Młynówce upłynie (a gdzie ta Młynówka, kto pamięta?), zanim stanie się jasne, dlaczego młyn – który nigdy młynem nie był – stał się kupą gruzu.



























































































































































































































