Nie znam drugiego człowieka, dla którego drużyna piłkarska byłaby tak ważnym członkiem rodziny. Dla Daniela Weimera Sandecja była bardzo liczną rodziną. Kiedy zmarł w 2018 r. (bezsensownie za wcześnie!), w ostatnią drogę odprowadziła go wielka klubowa społeczność. Społeczność w sporcie to są relacje budowane latami i pokoleniami, niezależne od budżetu na transfery oraz ilości pucharów w gablocie. Myślę, że Danek oglądając ze swojej niebieskiej trybuny tak liczne zgromadzenie ludzi Sandecji – zebranych wyjątkowo nie z okazji meczu – był wzruszony, szczęśliwy i dumny. Bo wielka miłość została odwzajemniona i wróciła do Niego. Cóż mogło być dla Danka wspanialszego, od pochylającego się nad Jego grobem sztandaru Sandecji, niesionego przez najlepszych piłkarzy. Nawet najtwardsi stoperzy na co dzień bezlitośnie wycinający przeciwnika równo z trawą, musieli mieć w tamtym momencie wilgotne oczy. Właśnie dlatego pamięci Daniela Weimera zadedykowaliśmy to wydanie DTS.

Danek był bardzo dobrym człowiekiem. I tu można by postawić kropkę. Jego życiowe zadanie zostało wykonane. Ale miało być o miłości człowieka do klubu piłkarskiego. Przez całe lata, w czasach kiedy nie można było tego natychmiast sprawdzić w internecie, Weimer pytany o wynik Sandecji, machał zrezygnowany ręką i wygłaszał swoje słynne: „Znowu w łeb”. Nikt nie zliczy ile razy tak dostał po głowie z powodu wyników tułającej się po 3. i 4. poziomie rozgrywkowym drużyny. Dla kibica dumnego klubu to był czyściec, wieczne pielgrzymowanie po Kańczugach, Boguchwałach, Pustkowach czy Niedomicach. Z całym szacunkiem dla Kańczugi, Niedomic… I teraz będzie najgorsze. Kiedy Daniel Weimer przez przejściu ośmiu kręgów kibicowskich piekieł doczekał po latach awansu Sandecji do ekstraklasy, to… nigdy nie zobaczył ukochanego klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej! Jak to nazwać: paradoks, dramat, fatum? Od historycznego awansu Sandecja rozpoczęła wieloletnią tułaczkę po obcych stadionach i okres bezdomności. Dla bardzo chorego już Danka były to wyprawy ponad siły. Błyskawicznie tracił wzrok. Słuchał meczu przed włączonym telewizorem, ale gry już nie widział. Ledwie migoczące kolorowe kropki. Doczekał więc upragnionego awansu, ale swojej drużyny w ekstraklasie nie zobaczył. Los kibica bywa okrutny.
Pewnie już to gdzieś pisałem, ale Daniel Weimer należał do nielicznej grupy znawców piłki nożnej, którzy o kopanej wiedzieli wszystko. Dzisiaj życie jest banalnie proste: chcemy sobie przypomnieć wynik jakiegoś meczu sprzed lat, albo strzelca ważnego gola – sięgamy po internet. Kiedyś wystarczał telefon do przyjaciela. Kiedy nie było jeszcze sztucznej inteligencji była błyskotliwa inteligencja Daniela Weimera. Wykłócałeś się na imieninach u kolegi, kto strzelił gole dla Polski w meczu z Haiti w 1974 r., wasz spór rozstrzygał Danek. Wiedział wszystko. Nie tylko zresztą o sporcie.
Czytaj najnowszy DTS Skarb Każdego Kibica. Pobierz wersje on-line klikając w zdjęcie poniżej:
Czytaj także: Twórcy hymnu Sandecji, który niesie się od 10 lat




























































































































































































































