W 1979 r. zginął na Sądecczyźnie mistrz Polski w rajdach samochodowych

W 1979 r. zginął na Sądecczyźnie mistrz Polski w rajdach samochodowych

Mroczna tajemnica Tabaszowej (część I)

Wiosną 1979 r. my, studenci UJ, mieszkający w akademiku Żaczek i wsiadający do tramwajów przy  hotelu Cracovia, widzieliśmy na hotelowym parkingu lawetę z rozbitym autem. I czytaliśmy w gazetach o tragicznej kraksie, do jakiej doszło w czasie rajdu samochodowego nad Jeziorem Rożnowskim. Na miejscu zginął pilot, a kierowca też nie przeżył, bo zmarł w szpitalu.

W naszym narodzie ryzykantów los chyba najbardziej doświadczył alpinistów – z czołowej dwudziestki o najbardziej znanych nazwiskach przeżyło zaledwie paru. Ale piloci wojskowi i kierowcy rajdowi niewiele im ustępują. Z tych drugich wymieńmy tylko mistrzów Polski: Jerzy Landsberg i Marian Bublewicz. To właśnie ten pierwszy zginął w Tabaszowej na Sądecczyźnie.

Z siodełka na fotel

Od 1961 r. był kolarzem Legii Warszawa, ale na przełomie lat 60. i 70. uwiodła go motoryzacja – startował w wyścigach i rajdach. W tych drugich zaczynał jako pilot, aby z czasem przesiąść się na fotel kierowcy. Był ponoć pierwszym Polakiem, któremu w rubryce „zawód” dowodu osobistego zgodzono się wpisać „kierowca rajdowy”. W 1979 r. bronił tytułu mistrza Polski. Eliminacja kolejnej edycji MP, IV Rajd Krakowski Krokusy, odbywała się w dniach 20-21 kwietnia. Po 10 odcinkach specjalnych (OS), a przed nocnym oesem wytyczonym po miejscami szutrowej, ale przeważnie już asfaltowej drodze Rąbkowa-Znamirowice, oesem od lat rozpoczynającym się koło stodoły Grabczyka w Rąbkowej, a kończącym przed wlotem na szosę krajową Nowy Sącz-Brzesko w Tęgoborzu, Landsberg, startujący w ok. 200-konnym oplu kadetcie coupe GT/E, miał ponad 1,5 minuty przewagi nad Błażejem Krupą (renault 5 alpine) i aż 7 minut nad Maciejem Stawowiakiem (polonez 2000).

To byli wtedy czołowi polscy kierowcy, więc i auta mieli lepsze niż pozostali. Jak pamięta Franciszek Szewczyk, mieszkaniec Tabaszowej, widz tego rajdu i absolwent samochodówki w Nowym Sączu, mieszczącej się jeszcze nie przy ul. Rejtana, lecz przy Jagiellońskiej, startowali także rajdowcy w syrenkach, maluchach i trabantach, zapewne nieco podrasowanych.

Nie rozwidlenie, lecz skrzyżowanie

Publikacje sprzed 46 lat przekazują, że lider rajdu rozbił się na rozwidleniu dróg w Tabaszowej. Tymczasem wizja lokalna dowodzi, że stało się to właściwie na prostej. Owszem, w tym miejscu szosa prowadzi nieco po łuku, ale jest on doprawdy nieznaczny, a droga podporządkowana łączy się tam z nadrzędną niemal pod kątem prostym. To nie rozwidlenie, lecz skrzyżowanie!

Miejsce wypadku znajduje się na zjeździe z góry od strony osiedla Czubica, cmentarza i drewnianego kościółka, ok. pół kilometra za szczytem wzniesienia. Landsberg był uważany za kierowcę wprawdzie doświadczonego (startował w 12 rajdach jako pilot i 48 jako kierowca, w tym w Monte Carlo), ale przy tym brawurowego. Pisano o nim, że „często rozbijał auta i nie osiągał mety”. Tabaszowiacy twierdzą, że nawet żona Landsberga – znając ryzykanctwo męża – miała wcześniej prosić mechaników, aby ograniczyli maksymalną prędkość jego opla. Po wypadku pojawiła się na miejscu zdarzenia.

Notes pilota

10 wcześniejszych oesów rajdu Krokusy ’79 Landsberg pokonał ze średnią prędkością prawie 120 km/godz. Czyli, że z góry jego auto mogło pędzić blisko 200 km! Nie bez powodu w notatkach pilotów rajdowych z tego fragmentu trasy znajdował się zapis „prawy dno”, czyli gaz do dechy. Zapis ten znamy od jednego z miejsowych, którzy byli na miejscu wypadku. Bo kiedy wyważono drzwi opla, wypadł z niego notatnik pilota – formatu A-4, ale nie w układzie pionowym, lecz poziomym – z zapiskami na temat trasy, typu „prosta, dno, zakręt 45 stopni, ciąć” itd. I nasz informator zabrał sobie ten notatnik, bo też w zamęcie nikt się o niego nie upomniał. Ale nie może go dzisiaj pokazać, nie tylko dlatego, że mógłby zostać posądzony o kradzież, lecz głównie dlatego, że w czasie przeprowadzek notes gdzieś mu się zapodział.

Już tylko ten zapis świadczy, że łuk jest tam symboliczny i kierowcy gnali na złamanie karku. Mgła wprawdzie nie zakłócała widoczności, bo noc była pogodna, ale rajdowcy grzali z zawrotną szybkością, jakby lecąc w mrok.

Dzieci w powozie?

Nieszczęśnik rozbił się zatem nie na zakręcie, lecz właściwie na poboczu. Uczestnik jednego z forów dyskusyjnych, podający się za mieszkańca Nowego Sącza, twierdzi: „wszyscy wiedzą, że owego feralnego dnia Jerzy Ladsberg wjechał w skarpę, ponieważ chciał uniknąć zderzenia z powozem konnym, którym jechali ludzie, między innymi dzieci”. Zastanówmy się: po pierwsze – powóz w 1979 r.? Chyba raczej wóz. Po drugie – furmanka nagle na trasie? W czasie rajdu, kiedy milicja/policja zamyka drogi i obowiązuje zakaz ruchu? Po trzecie – z dziećmi? O godzinie 1 w nocy?

Dzieci w pobliżu miejsca wypadku, mimo nocnej pory, jednak były, skoro w artykule opublikowanym 21 maja 1979 r. w „Gazecie Południowej” (wcześniej i obecnie „Gazeta Krakowska”) zamieszczono sformułowania o „grupce dzieci, które trzęsły się ze strachu, a niektóre nawet płakały” i o „uczennicach”. Ale zajmiemy się nimi w II części tekstu…

Przebity drążkiem

Większy sens ma natomiast opowieść innego uczestnika tego samego forum podpisanego nickiem Andy (zachowaliśmy pisownię oryginalną): „Też brałem udział w tym rajdzie, ale miałem wypadek i mój Fiat 127 został całkowicie zniszczony. Postanowiliśmy jednak obserwować dalej rajd jako kibice. Staliśmy dokładnie w miejscu, w którym Landsberg opuścił drogę. To był bardzo szybki odcinek przez szczyt i w dół. Z tego co pamiętam, ten fragment mroził krew w żyłach. Według mnie, Landsberg najechał na szczyt z pełną prędkością. Po chwili powinien skręcić w prawo. Jednakże po lewej stronie, jakiś kawałek od drogi był dom. Dochodzące z niego światło było bardzo, bardzo mylące… Uważam, że Landsberg pomylił ten kierunek z właściwą trasą i zdecydował się pojechać w tamtą stronę. To był wielki błąd – uderzył w skarpę czołowo, a jego Opel momentalnie stanął w miejscu… To był straszny widok. Popłakałem się. Fotel Szajnga został zredukowany do zera. Nie miał żadnych szans. Landsberg miał wystarczająco miejsca, ale drążek zmiany biegów po prostu go przebił. Nie potrafię inaczej tego opisać. Samochód się zapalił. Kierownica spaliła się od góry, ale ogień nie był problemem. Jeśli dobrze pamiętam (mogę się mylić) po chwili nadjechał Błażej Krupa. Nerwowo próbowano przeprowadzić akcję ratunkową. Niestety nic nie można było już zrobić… Następnego ranka na stadionie w Krakowie jako zwycięzcy pojawili się Krupa i jego pilot (lekarz). Oboje mieli brudne i przesiąknięte dymem ubrania. Byli zwycięzcami, ale płakali…”.

To już wygląda wiarygodnie, tym bardziej, że Andy przedstawia się jako naoczny świadek. I wyjaśnia, dlaczego Landsberg mógł zderzyć się ze skarpą: bo zamiast jechać prawie prosto, nagle zobaczył światło po lewej stronie i odruchowo próbował skręcić właśnie w tamtym kierunku, niemal pod kątem prostym i, jak to mówią, się nie wyrobił. Tak bardzo się nie wyrobił, że nie walnął w skarpę bokiem, lecz prawie czołowo! Z takim impetem, że – jak napisał dziennikarz motoryzacyjny Grzegorz Chmielewski w krakowskim tygodniku „Czas” nr 21/1979 – „silnik wbił się głęboko w karoserię”.

Śmierć po tygodniu

Jednak Andy, znający Tabaszową pobieżnie, zapewne nie wiedział, że po lewej stronie nie było wtedy domu, lecz sklep, wejście do którego oświetlone było w nocy słabą żarówką. Pomylił również Krupę ze Stawowiakiem, bo to ten drugi miał pilota-lekarza Różańskiego, o czym napisał Chmielewski w numerze 67 kwartalnika „Elit News”: „Akcję ratunkową organizowali kolejno nadjeżdżający zawodnicy. Błażej Krupa z Piotrem Mystkowskim (załoga nr 3) zdołali ugasić samochód, Krupie udało się wyciągnąć Jurka z wraku. Następnie nadjechali Maciej Stawowiak z Jackiem Różańskim (lekarzem) i próbowali udzielać pierwszej pomocy. Dla Janusza Szajnga nie było żadnego ratunku – zmarł na miejscu wypadku. Landsberg w krytycznym stanie trafił do szpitala w Nowym Sączu z ciężkimi urazami czaszkowo-mózgowymi oraz rozległymi obrażeniami wewnętrznymi”.

I ten sam autor ponownie w artykule z tygodnika „Czas”: „Znalazł się w szpitalu wojewódzkim w Nowym Sączu w sobotę 21 kwietnia o godz. 2, zaś od godz. 6 jego stan zaczął się zdecydowanie pogarszać. Ordynator oddziału chirurgicznego, dr Pawłowski, stwierdził m.in. poważny uraz czaszkowo-mózgowy oraz liczne, ciężkie obrażenia wewnętrzne. Nastąpiła całkowita utrata świadomości (początkowo Landsberg był jeszcze przytomny). (…) [Z] Kliniki Neurotraumatologicznej Akademii Medycznej w Krakowie (…) wyruszył do Nowego Sącza adiunkt tejże kliniki dr Edmund Szwagrzyk. (…) Około południa rozpoczęła się pięciogodzinna, skomplikowana operacja czaszki”.

Po latach Chmielewski ujawnił w „Elit News” swoją rolę w ratowaniu Landsberga: „Miałem dobre kontakty z krakowską Kliniką Neurotraumatologii, udało się wyjednać konsultację krakowskich specjalistów w szpitalu w Nowym Sączu. Stan kierowcy był bardzo ciężki, ale nie wykluczał przewiezienia [w poniedziałek 23 kwietnia] rannego do Krakowa. Staraniem komandorów rajdu (Edmund Oprocha, Ryszard Makuch) został przetransportowany śmigłowcem do Kliniki Neurotraumatologii. Mimo opieki najlepszych specjalistów nie udało się Landsberga utrzymać przy życiu – zmarł 27 kwietnia 1979 r. O ile pamiętam, przyczyną śmierci były nie tyle urazy czaszkowo-mózgowe, ale raczej bardzo groźne obrażenia w obrębie jamy brzusznej. Spoczął na cmentarzu w podwarszawskim Raszynie”.

Natomiast w książce „Pędzą samochody, mijają lata 1908-1998. Krakowski sport samochodowy” Jerzego Lisa mówi się o „uszkodzeniu pnia mózgu”. Szczególarzy informujemy, że śmierć Landsberga orzeczono o godz. 15.07.

Drugi pilot na sumieniu

Wieść gminna głosi, że ostatnie usłyszane słowa Landsberga to:

– Znów zabiłem pilota!

To brzmi prawdopodobnie, gdyż rok wcześniej zginął jego poprzedni pilot – 34-letni Marek Muszyński, mąż aktorki Niki (Moniki) Sołubianki, która potem wyszła za aktora Władysława Kowalskiego. Landsberg z Muszyńskim jeździli razem od 1975 r. Andy: „Rozmawiałem później z Bogdanem Wozowiczem (którego pilotowałem w Ładzie) i on powiedział, że po Rajdzie Węgier Landsberg i jego pilot się pokłócili. Pilot powiedział nawet, że już nigdy z nim nie usiądzie przy jednym stole”.

Muszyński, doktor habilitowany ekonomii z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk, postanowił poświęcić się karierze naukowej. Landsberg znalazł innego pilota, ale kiedy ten zachorował, poprosił o zastępstwo poprzednika. Mieli wystartować w Rajdzie Dolnośląskim Elmot i 10 maja 1978 r. trenowali na oesie Złoty Stok-Lądek Zdrój, kiedy opel kadett uderzył w drzewo od strony pilota i ten zginął.

Po tym wypadku Landsberg otrzymał roczną karencję, ale po kilku tygodniach już startował – wprawdzie nie w rajdach, lecz wyścigach samochodowych i w… gorsecie, bo w wypadku, w którym zginął Muszyński sam też odniósł liczne obrażenia, w tym kręgosłupa. A w rajdzie Krokusy ’79 wziął udział nie po roku, lecz już po 11 miesiącach.

Mogli jechać szybciej…

Chmielewski: „Prokuratura Rejonowa w Nowym Sączu umorzyła postępowanie z uwagi na śmierć domniemanego sprawcy. Władze PZM [Polskiego Związku Motorowego] też nie uczyniły wysiłku dla wyjaśnienia przyczyn tragedii”. Po śmierci załogi Landsberg-Szajng organizacji rajdów prowadzących przez Tabaszową zaniechano.

I dalej Chmielewski o potencjalnych przyczynach tragedii: „Nie byłem na miejscu wypadku, ale pamiętam fotoreportaż, zamieszczony w maju 1979 w nieistniejącym już tygodniku >Czas<. Na jednym ze zdjęć było wyraźnie widać przebitą oponę. Pewnie ten defekt był skutkiem, a nie powodem zdarzenia; ale nawet nie próbowano wyeliminować takiej ewentualności, że to właśnie pęknięta opona mogła stać się przyczyną utraty panowania nad Oplem. Mówiło się też, że konstrukcja auta Landsberga była solidnie nadwerężona w paru poważnych kraksach. Może i to przyczyniło się do wielkiej skali dramatu? Jeśli zaś nie usterka techniczna, to jaki powód mógł sprawić, że doświadczony kierowca pojechał w feralnym punkcie zupełnie tak, jakby nawet nie próbował walczyć o utrzymanie się na drodze? Jakiś ułamek sekundy utraty świadomości? Dekoncentracja? Dramat Rajdu Krokusy pozostał mroczną tajemnicą”.

Tym bardziej, że trasę oesu Rąbkowa-Znamirowice kierowcy znali nie tylko z treningów, lecz nawet już z przebiegu imprezy, bo w czasie rajdu Krokusy ’79 była pokonywana dwukrotnie. I za pierwszym razem załoga Landsberg-Szajng nie tylko była najszybsza, ale i wygrała go z dużą przewagą. Zmierzono jej wtedy średnią prędkość 133 km/h. Za drugim razem, w przekonaniu, że znają trasę, mogli jechać szybciej…

Krzyż od listonoszki

Wracamy do relacji świadka Andy’ego: „Tydzień później wróciłem na miejsce wypadku z lokalnym kierowcą Tadeuszem Betlejem. Samochód ciągle stał przed jednym z domów”. To kolejny dowód wiarygodności autora tych słów, gdyż rozbity opel kadett, który na rejestracji miał trzy szczęśliwe –  za takie uważane są w Chinach – ósemki, rzeczywiście stał na pobliskiej posesji, należącej do Emilii i Stefana Hajdugów. Mieli oni najbliżej do miejsca wypadku, ale niczego się już od nich nie dowiemy, bo nie żyją. Pozostał syn – Antoni Hajduga i na pewno oglądałby wtedy rajd, lecz akurat w tym czasie był w wojsku. I on potwierdza, że zanim opla kadetta zabrano, to stał u nich ponad tydzień. A od Betleja też się niczego nie dowiemy, zmarł w 2004 r.

Co do przebitej opony, to możliwość tę wykluczył Krupa w „Sztandarze Młodych” z 23 kwietnia, czyli zaraz po wypadku: „Na pewno nie nawaliła żadna opona”. Istnieje inna możliwość, dlaczego opel mógł mieć pękniętą oponę. Antoni Hajduga powiada, że kiedy rozbite auto stało w obejściu jego rodziców, to przychodziło go oglądać dużo ludzi i niektórzy „szabrowali”, choć przypominał przecież „wrak z cmentarzyska samochodów, po którym zdążyła przejść prasa, przygotowująca wsad po pieca [hutniczego]” – jak napisał Stanisław Podemski w „Polityce” z 5 stycznia 1980 r.

W publikacjach parokrotnie naknąłem się na apele o umieszczenie w miejscu katastrofy pomnika lub tablicy. Wezwania spełzły na niczym, bo jakby to wyglądało: czczenie sprawcy wypadku ze skutkiem śmiertelnym?

Okoliczni mieszkańcy mówią, że rodzina kierowcy (zapewne i pilota też) przez jakiś czas zapalała tam znicze. Przez lata stał też brzozowy krzyż aż „utloł i ni ma” – jak mówi Franciszek Szewczyk, który podaje, że prawdopodobnie ustawiła go listonoszka Hanka Kafel, też już oczywiście nieżyjąca i zmarła bezpotomnie.

(koniec części I)

Ireneusz Pawlik

Ciąg dalszy we wtorek w specjalnym wydaniu DTS AUTO-MOTO-SĄCZ.

 

W II części przeanalizujemy oskarżenia kierowane przez rajdowców i dziennikarzy motoryzacyjnych pod adresem widzów, że nie kwapili się z udzieleniem pomocy 39-letniemu Jerzemu Landsbergowi i 26-letniemu Januszowi „Dudusiowi” Szajngowi.

Fot. (IrP)

Obecny wygląd miejsca wypadku Landsberga i śmierci Szajnga.

Zdjęcie wkomponowane w grafikę nagłówku: „Motor” 45/78

Filmoteka dts24

212 Videos