Ulotki schowane pod kożuchem

Ulotki schowane pod kożuchem

W tym roku DTS obchodzi swoje 15. urodziny. Z tej okazji przypominamy pod rocznicową winietą wybrane archiwalne teksty. Dobrej lektury!

DTS nr 7-8 (69-70) 2012 r.

 

 

1.

Był 22 lutego 1982 r. Poniedziałek. Krzysztof Węglowski-Król o godz. 14.05 wsiadł do autobusu linii nr 7 pod dworcem PKP w Nowym Sączu. W dni, kiedy popołudniami miał szkołę, wychodził wcześniej z pracy w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego. Na chwilę jechał do domu, zjadał w pośpiechu obiad i gnał do Technikum Samochodowego. 22 lutego ani nie zjadł obiadu, ani nie dotarł do szkoły. Następny domowy obiad zje prawie półtora roku później. Do szkoły wróci jesienią 1983 r. Nieco wcześniej do pracy w ZNTK.

2.

Jak zawsze wysiadł z „siódemki” na przystanku przy Paderewskiego. Do domu na ul. Naściszowskiej miał jakieś dwieście metrów. Beżowa wołga stała pod sklepem Kwarcianowej. Niczego nie podejrzewał, przecież mówiło się, żeby uważać na czarne wołgi. Wysiadło ich czterech. Nawet nie było sensu się szarpać. Posadzili go z tyłu pomiędzy dwoma największymi esbekami. Przejechali obok rodzinnego domu, gdzie mama czekała z obiadem. Od tego momentu był najmłodszym aresztowanym działaczem sądeckiej „Solidarności”. Miał 20 lat.

3.

W uzasadnieniu o tymczasowym aresztowaniu czyjaś ręka wystukała na maszynie, na niemal przeźroczystym papierze:

„Krzysztof Bogdan Węglowski-Król podejrzany jest o to, że w okresie od 13 grudnia 1981 r. tj. od wprowadzenia stanu wojennego do 22 lutego 1982 r. w Nowym Sączu, będąc członkiem NSZZ „Solidarność”, nie zaniechał działalności w Związku, którego działalność została zawieszona, przez to, że przynosił na teren ZNTK w Nowym Sączu ulotki związkowe, które przechowywał w miejscu swego zamieszkania, co najmniej od 30 stycznia 1982 r. zawierające fałszywe wiadomości mogące wywołać niepokój publiczny lub rozruchy (…) które następnie były rozpowszechniane wśród załogi zakładów”.

Postanowienie podpisał wiceprokurator Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Krakowie ppłk mgr Czesław Kłonica.

4.

Prawdziwe w tym piśmie wojskowego prokuratora było tylko to, że przynosił związkowe ulotki do ZNTK. Nie żałuje. Uważał, że to jego obowiązek. Do „Solidarności” zapisał się spontanicznie po którymś z wieców na zakładzie. Miał przekonanie, że trzeba coś zrobić, jakoś wyrazić swój sprzeciw.

– Byłem małolatem, kawalerem, nie czułem strachu, raczej adrenalinę, kiedy pod kożuchem przenosiłem te ulotki na zakład – wspomina trzydzieści lat później Krzysztof Węglowski-Król.

Należeć do związku, a prowadzić aktywną działalność, to dwie różne sprawy. To drugie wiązało się z ogromnym ryzykiem. Szczególnie po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy kierownictwo związku było jest internowane.

5.

W swojej grupie znał ledwie kilka osób. Tak było bezpiecznej w razie wpadki. O działalności rozmawiał tylko z najbliższym kolegą Zbyszkiem Leśniakiem. Od Tadeusza Piaseckiego, który miał dostęp do maszyny do pisania odbierał matryce z gotową treścią ulotek. Na chórze bazyliki organista Kazimierz Plewa miał powielacz. Węglowski, jako pilny chórzysta, powielał na nim wielokrotnie nuty. W stanie wojennym powielał „Wiadomości Nowosądeckie”. Część roznosił po mieście, część zabierał do ZNTK. Zostawiał pod przykrywą w hali pieców. Po zakładzie kolportował je ktoś inny.

6.

Swoje akta z IPN przeglądał dwa lata temu. Bez wchodzenia w szczegóły. Nie chciał poznawać nazwisk ludzi, którzy na niego donosili. To by mogło bardzo zaboleć, gdyby znalazł tam ówczesnych kolegów. Służba Bezpieczeństwa nadała mu kryptonim „Samochodziarz”. Fajnie, bo zawsze lubił majstrować przy autach. Do dzisiaj pracuje, jako nauczyciel zawodu w Technikum Samochodowym.

Kiedy 22 lutego 1982 r. wsadzano go do wołgi bezpieki, był trochę zdziwiony, że wiedzieli o nim. Po latach okaże się z akt w IPN, że wiedzieli nawet, o której przerywał pracę w hali nr 19, żeby pójść do ubikacji, albo porozmawiać z kolegami. Wiedzieli wszystko. Każdy jego krok był opisany.

7.

Na Szwedzkiej bicia nie było. Na milicyjnym dołku było raczej dręczenie. Mówili mu, że nigdy już stąd nie wyjdzie, że nie zobaczy już rodziców, że inni zatrzymani powiedzieli o nim już wszystko. Z rodzicami zobaczył się dopiero w maju na rozprawie w Krakowie. Wcześniej nie było żadnych widzeń, ani kontaktu. Tylko grypsy podawane przez klawisza, który znał się z ojcem. Najczęściej wrzucał kartkę do butów, bo na noc trzeba je było wystawić przed celę. W bucie też znajdował odpowiedzi z domu. W domu nikt nie wiedział o działalności związkowej Krzyśka. Wiedzieli tylko, że wieczorami chodzi na próby chóru.

Po zatrzymaniu Krzyśka rodzice byli szybsi niż SB. Natychmiast przeszukali cały dom. Kiedy przyszła bezpieka żadnych ulotek już nie było. Tylko jakaś resztka została pod dywanem. Dało się ją wyczuć pod butami, ale bratowa Marysia zorientowała się i do końca rewizji stała bez ruchu w tym jednym miejscu.

8.

Na wyrok w Krakowie czekał spokojnie. No może z tyłu głowy tłukł się niepokój, kiedy dochodziły wieści, że niektórzy działacze dostawali nawet po 10 lat. Na Montelupich można było głównie patrzeć w deski pryczy nad głową, gdzie czyjaś ręka wydrapała cyrylicą niezrozumiałe zdanie i datę jeszcze w czasach zaborów. Blendy w oknach odkrywały tylko kawałek nieba, a spacerniak na dachu, był tak osiatkowany, jakby ktoś miał śmigłowcem odbijać związkowców z Nowego Sącza.

Krzysztof Węglowski-Król dostał najwyższy wyrok – cztery lata. „Trudno, trzeba będzie to jakoś przeżyć”. Z jego grupy takie same wyroki usłyszeli jeszcze Józef Jarecki i Tadeusz Piasecki. Trochę niższe – Zbigniew Leśniak, Krzysztof Witowski, Mieczysław Górski, Tadeusz Nitka i Tadeusz Zengel.

9.

Wyszedł 26 maja 1983 r. W czwartek. Z więzienia w Hrubieszowie wracali do Nowego Sącza pociągiem. Dalej z dworca tą samą „siódemką”, którą jechał 22 lutego 1982 r. Wysiadł na Paderewskiego, przeszedł obok sklepu Kwarcianowej. W tym miejscu ostatni raz był wolny. Przed domem ojciec z bratem Dziunkiem akurat stawiali płot.

W ZNTK nikt nie czekał z otwartymi ramionami. Związkowców po wyrokach przywracano do pracy, ale na najgorszych stanowiskach. Węglowski trafił do obsługi wanien z sodą kaustyczną, gdzie czyściło się ze smarów podwozia lokomotyw. Potem – w ramach awansu – przeszedł do montażu chłodnic. Też paskudna robota.

10.

Po ponad roku spędzonym w Hrubieszowie nawet kąpanie w sodzie wózków jezdnych było niezłym zajęciem. Z okna hrubieszowskiego kryminału widzieli granice z ZSRR – most zwodzony, a za nim transportery opancerzone. Kiedy rano wstawiali, sprawdzali czy jeszcze są w Polsce, czy już w ZSRR. Ale transportery ciągle stały za mostem.

Kiedy sytuacja w kraju uspokajała się, władze więzienne pozwalały wychodzić z cel na ping-ponga, albo na lekcje angielskiego, które prowadził późniejszy minister i prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki. Kiedy za murem robiło się nerwowo, pozostało lepienie z chleba pamiątkowych więziennych pieczątek.

11.

Ostatniego czerwca 1992 r. przyszło pismo. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego w wyniku rewizji nadzwyczajnej zmienił wyrok sprzed 10 lat uniewinniając całą sądecką ósemkę działaczy.

Krzysztof Węglowski-Król nie wrócił już do działalności związkowej. Nie zaangażował się w działalność polityczną. Po wyjściu z więzienia chciał nadrobić życiowe plany przerwane przez aresztowanie i wyrok. Wrócił do szkoły, by skończyć technikum samochodowe. Musiał się też sprężać z budową domu. Niebawem miały stracić ważność wszystkie zezwolenia budowlane, które uzyskał jeszcze przed zatrzymaniem. Trzeba się było spieszyć do normalnego życia.

Wojciech Molendowicz

DTS nr 7-8 (69-70) 2012 r.

Filmoteka dts24

194 Videos