Tylko jedna osoba w mieście ma tam klucze. Weszliśmy do serca sądeckiego zegara

Tylko jedna osoba w mieście ma tam klucze. Weszliśmy do serca sądeckiego zegara

Większość z nas, przechodząc przez nowosądecki rynek, spogląda na wieżę ratuszową tylko po to, by sprawdzić godzinę. Mało kto jednak wie, że monumentalny mechanizm firmy Heinz, który od ponad 125 lat odmierza czas mieszkańcom, był świadkiem jednej z najbardziej niezwykłych historii ratunku i odwagi w okupowanej Polsce. Miałem rzadką okazję zajrzeć tam, gdzie na co dzień wstęp ma jedynie zegarmistrz Jan Dobrzański, czyli do samego serca wieży. 

Dostać się do pomieszczenia z mechanizmem zegarowym nie jest łatwo. To miejsce niedostępne dla mieszkańców czy turystów, strzeżone przez 120 stromych schodów i zamknięte drzwi, do których klucze od pokoleń dzierży rodzina Dobrzańskich. Wewnątrz panuje specyficzny klimat. Mechanizm sprowadzony w 1901 roku z Pragi wciąż imponuje precyzją. Aby „nowosądecki czas” mógł biec nieprzerwanie, opiekun zegara musi codziennie wykonać 75 obrotów korbą, podnosząc 60-kilogramowe obciążniki. To właśnie w tym miejscu, wśród tykania kół zębatych i ciężkiej pracy mechanizmu, rozegrał się dramat, który mógłby posłużyć za scenariusz filmowy.

W 1942 roku, gdy w Nowym Sączu Niemcy rozpoczęli likwidację getta w ramach akcji „Reinhardt”, młody czeladnik zegarmistrzowski Stefan Mazur podjął heroiczną decyzję. Postanowił uratować swoją ukochaną, Bertę Korenman. Dzięki przekupieniu policjanta i pomocy koleżanki, Heli Szancer, udało się wydostać dziewczynę za mury getta tuż przed transportem do obozu zagłady w Bełżcu.

Najbezpieczniejszym, a zarazem najbardziej ryzykownym schronieniem okazała się właśnie ratuszowa wieża. Za zgodą Henryka Dobrzańskiego, Stefan ukrył Bertę w pomieszczeniu z mechanizmem zegara. Tam młoda Żydówka przebywała w samym centrum niemieckiej administracji, bo w budynku, w którym na co dzień urzędowali gestapowcy.

Codzienność na wieży była walką o zachowanie pozorów normalności. Stefan, idąc nakręcać zegar, ryzykował życie przy każdym kroku. Pod pozorem rutynowej obsługi mechanizmu, wnosił na górę wodę i jedzenie, a w wiadrze wynosił nieczystości. Każde uderzenie zegara, które dla mieszkańców było symbolem trwania miasta, dla ukrytej Berty było ogłuszającym przypomnieniem o śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Historia ta ma jednak szczęśliwy finał. Berta i Stefan przeżyli wojnę, a w 1945 roku wzięli ślub. Zamieszkali w Lublinie, choć trauma wojenna pozostała z nimi na zawsze, bowiem w ich domu nigdy nie było zegarów, ponieważ ich bicie wywoływało u Berty bolesne wspomnienia z wieży.

Stefan Mazur za swój czyn otrzymał w 1992 roku medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Dziś, stojąc w tym ciasnym pomieszczeniu obok miarowo pracujących kół zębatych, trudno nie poczuć ciężaru tamtych dni. Dokumentacja prowadzona aktualnie przez POLIN pozwoli zachować tę historię dla przyszłych pokoleń. Z wizytą w Nowym Sączu, jak również w wieży zegarowej był Mateusz Szczepaniak, fotografujący miejsce rozegrania się tych wydarzeń na potrzeby właśnie Muzeum Historii Żydów Polskich.

Nowosądecki zegar to nie tylko zabytek techniki z przełomu wieków. To pomnik odwagi i miłości, która okazała się silniejsza niż nienawiść. Następnym razem, gdy usłyszycie bicie ratuszowego zegara, pomyślcie o Stefanie, który po tych samych schodach wnosił nadzieję na ocalenie, i o Bercie, która w huku mechanizmu odliczać sekundy do wolności.



Czytaj także: Niedostępny szczyt Nowego Sącza. Unikalne zdjęcia z wieży Ratusza [GALERIA]

fot. Michał Śmierciak

Filmoteka dts24

217 Videos