W lutym tego roku minęło osiem lat jak zmarł Jacek Zaremba (20.08.1948-11.02.2017), sądecki dziennikarz, mój mąż, przyjaciel. Pomysł napisania tego tekstu stał się okazją do odświeżenia długoletnich znajomości, przyjaźni i chwili wspomnień w rozmowach przy kawie.
Brak słów by oddać nieuchwytną lekkość bytu, czas zaciera obrazy, porywa słowa i pozwala blaknąć uczuciom jak starym fotografiom. A przecież żył między nami, chodził po tych samych ulicach, cieszył się słońcem i przebijał przez śnieżne zadymki…
Dziś z perspektywy lat stwierdzić muszę, że przypomnienie postaci Jacka to obowiązek, nie tylko mój osobisty ale przede wszystkim powinność wobec przyszłych pokoleń. Wszyscy, którzy przeżywali zryw pierwszej „Solidarności” w 1980, „upadek” komuny i wybuch niepodległości lat 1989-1990 mogą nie mieć świadomości jak wiele cegiełek potrzeba było, by zbudować fundament budowli, która choć niedoskonała pozwala nam do dziś egzystować. Trzeba mu oddać należyty szacunek i pamięć, która mu się należy jako votum żyjących w XXI wieku.
Urodził się 20 sierpnia 1948 roku w nowosądeckim ratuszu. Ostatni Sądeczanin jak sam mówił „wysoko urodzony”. Jego dziadek Józef Kłosowski pochodził z Kresów. Do Nowego Sącz przyjechał w1909 roku. W 1911 wziął ślub z Marią Wańczyk. Mieszkali przy ulicy Długosza. W 1913 dostali służbowe mieszkanie w ratuszu i został zatrudniony jako drogomistrz. Tam też urodziło się ośmioro jego dzieci m. in.
w 1921 Zofia, matka Jacka i Macieja Zarembów, długoletnia pracownica magistratu (1940-1981) na stanowisku kierowniczki referatu organizacyjno-prawnego.
W ratuszu Jacek spędził całe dzieciństwo i lata młodzieńcze do roku 1968, kiedy to jego rodzina przeprowadziła się do bloku przy ulicy Zamenhofa.
Chodził do szkoły podstawowej im. Adama Mickiewicza, już w tym okresie przejawiając zainteresowanie literaturą. Ukończył Technikum Ekonomiczne, a w 1968 rozpoczął studia polonistyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie później na Uniwersytecie Jagiellońskim. Studia potraktował jako niepowtarzalną okazję do przeglądania dostępnych w Bibliotece Jagiellońskiej unikatowych wydań dzieł Adama Mickiewicz i rękopisów. Zaprzyjaźnił się i korespondował m. in. z pisarzem Stanisławem Dygatem. Nic dziwnego, że spędzając całe dnie w bibliotece nie miał czasu bywać na zajęciach i studia zakończył za „obopólnym porozumieniem”.
Po ukończeniu dwuletniego kursu dla bibliotekarzy pracował w latach 1973-75 w Sądeckiej Bibliotece Publicznej w Nowym Sączu, o od 1975-1979 w Bibliotece Wojewódzkiej. W jego mieszkaniu przy ulicy Paderewskiego, które zamieniał często w siedzibę redakcji lub ciemnię fotograficzną były książki, unikalny zbiór dzieł Adama Mickiewicza z licznymi wydaniami „Pana Tadeusza”. Część zbiorów gromadzonych latami przez męża przekazałam do Biblioteki w Nowym Sącz. Starsze wydania znalazły miejsce w „Przytulisku dla Książek” utworzonym przez dyrektora szkoły, prof. Bogusława Kołcza w Zespole Szkół Akademickich im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu.
W dziesiątkach teczek i na niezliczonych fiszkach zgromadził olbrzymi materiał dotyczący m.in. historii regionu. Z pasją wykonywał zdjęcia, które mogły posłużyć za ilustracje praktycznie do wszystkiego co pobudza do pisania. Posiadał nieprawdopodobną wiedzę na temat starego i nowego cmentarza, dokumentację fotograficzną własnego autorstwa wszystkich nagrobków z własnym indeksem osobowym i rzeczowym. Nic więc dziwnego, że w dyskusje pełne polemiki (jak to wtedy bywało) wnosił rozsądek podbudowany autorytetem znawcy. Nie epatował posiadaną wiedzą ale bardzo chętnie-jak starszy kolega-potrafił uzupełnić stawiane tezy, pokazać drugą stronę medalu, postawić sensowne pytanie.
W lutym 80 roku został zatrudniony w Społem WSS Nowy Sącz, gdzie poznał Piotra Kałamarza pracującego w czymś jak to Piotr określił o obrzydliwej nazwie, w aparacie zarządu. Razem tworzyli zakładową „Solidarność”, której głównym koordynatorem na województwo był Piotr mający kontakt z innymi komórkami od Zakopanego po Gorlice. Jacek został oddelegowany do pracy w Delegaturze NSZZ „Solidarność” gdzie odpowiadał za kolportaż i informacje. W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku został z numerem 1 internowany i osadzony w Załężu, gdzie przebywał do końca marca 1982.
Są sprawy, o których należy napisać gwoli prawdy historycznej. Jak ujawniono po latach, to w Załężu szantażowany miał Jacek podpisać zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Po wyjściu, regularnie nękany i kontrolowany przez Służbę Bezpieczeństwa kilkakrotnie zmieniał pracę. Był zatrudniony jako sekretarz ks. Henryka Ostacha. Pracował w drukarni „Nowomag” gdzie kontrole cenzury wraz z jego zatrudnieniem wzrosły. W tym trudnym okresie drukarnia była plombowana a Jacek opuszczał ją przy delikatnej obserwacji ludzi z zewnątrz zabezpieczających zakład. Pracował w Centralnym Ośrodku Informacji Turystycznej gdzie zajmował się wydawnictwami mającymi promować ziemię sądecką, jej walory turystyczne, krajoznawcze i lecznicze, poza tym w Sądecko-Podhalańskiej Izbie Gospodarczej redagował biuletyn adresowany do lokalnych przedsiębiorców. Wtedy narodził się pomysł by wydawać lokalny tygodnik, który miał wyrażać spojrzenie tych, co nie śledzili z zapartym tchem obrad kolejnych gremiów KW PZPR. Miała być to próba zaoferowania społeczeństwu spojrzenia na rzeczywistość oczami tych co nie cieszyli się zaufaniem „czerwonej władzy”.
Tak narodził się „Tygodnik Sądecki”, niezależne pismo w składzie: Piotr Kałamarz (red. naczelny), Jacek Zaremba (z-ca red. nacz.), Tadeusz Duda, Teresa Nowacka (sekr. red.), Anna Hajduk. Pierwszy numer ukazał się 23.12.1989 roku, czemu dał osobiste wsparcie senator Krzysztof Pawłowski.
W tym wszystkim, podchodząc bardzo poważnie do tego, do czego się zobowiązali, nie zabrakło humorystycznych elementów, choćby skład komitetu redakcyjnego zamieszczony w numerze z 6.01.1990. „Tygodnik Sądecki” jest jedynie DODATKIEM do „Tygodnika Plotkarskiego”. Redaguje zespół w składzie: K. Abel (zastępca sekretarki automatycznej), W. Róg (redaktor taki sobie) oraz sieć niezależnych informatorów i współpracowników.
Jacek, jakby było mu mało przepisywania i składania tekstów w pracy zawodowej zaangażował się w kolejną inicjatywę. Jako jedyny korzystający z komputera przepisywał teksty, projektował układ stron, składał kolumny, matryce i doprowadzał do finalnego druku. Dla pozostałych było niepojęte, że miał jeszcze czas na korektę, ortografię, stylistykę czy interpunkcję.
Technika wydawania powodowała, że „Tygodnik Sądecki” był klasycznym technicznie samizdatem o powielaczowej jakości druku. Redaktorzy tygodnika musieli nadrabiać braki jakością treści, tematyką i świeżym spojrzeniem. Jacek jak i pozostali członkowie komitetu redakcyjnego oraz osoby piszące spoza, „ eksperymentowali” z wolnością, która wdzierała się we wszystkie zakamarki życia. Zamiast zająć się biznesem zajmowali się upowszechnianiem „wolnego słowa”, nie patrząc na dobro osobiste poświęcali czas nie biorąc pieniędzy, traktując to jako obowiązek wobec wartości nadrzędnych.
W pierwszym numerze „Tygodnika Sądeckiego” z 23 grudnia 1989 roku, w artykule „ Te kolędy za Kratami” wspomina Jacek wigilijny wieczór w Załężu: (Co czeka nas? Co czeka nasze rodziny, kolegów pozostałych (jeszcze) na wolności? I czegóż sobie życzyć, i czego życzyć IM-ludziom służącym utopii niechcianej przez naród, nie cofającym się przed użyciem przemocy i zbrodni?… Mruczeliśmy sobie potem kolędy, również „Bóg się rodzi”. Do tej kolędy i ja dopisałem-po latach zastoju w wierszowaniu jedną zwrotkę:
„Matkom, żonom dodaj siły,
Otrzyj łzy czekania dzieciom.
A nam wszystkim, Panie miły,
Ześlij Boży, dobry wieczór.
Zaśpiewamy wtedy razem
Tę kolędę za kratami-
Że słowo stało się ciałem
I jest dzisiaj między nami”.
Gdy w 1989 roku powstała nowa gazeta „Głos Sądecki”, dla nikogo nie było niespodzianką, że powielaczowe wydania muszą przegrać z gazetą drukowaną profesjonalnie, z siedzibą redakcji i zawodowymi dziennikarzami . I niech nie będzie niespodzianką, że Jacek, humanista, pasjonat historii, biegle posługujący się komputerem został zaproszony przez red. Jerzego Widła do współpracy w tej gazecie, a w latach 1993-2006 pracował jako dziennikarz w „Dzienniku Polskim”. Od 2006 był korektorem „Sądeczanina”.
Pasja jest pasją. Kiedy Leszek Migrała w 1999 powołał do życia „Almanach Sądecki”, pierwszy tekst w pierwszym numerze dotyczący historii Nowego Sącza był autorstwa Jacka. Almanach w pewnym sensie stał się azylem, miejscem do którego dążył szukając odmiany od pracy zawodowej. Na jego łamach publikował autorskie teksty dotyczące przeszłości regionu i miasta.
Fundament jego pracy dziennikarskiej, publicystycznej to także sposób patrzenia na politykę, funkcjonowanie lokalnego Komitetu Obywatelskiego, wkład w powstanie Sądeckiej Listy Katyńskiej. Pozostaje mieć nadzieję, że za swoje skromne i pełne pasji życie nie zostanie zapomniany, że kiedy nie było wolno to był i działał, zawsze dla wolności i swobody głoszenia poglądów.
Bogdan Sekuła, przyjaciel, tak wspomina Jacka:
-Mimo najszczerszych chęci nie znajdę cytatu z Adama Mickiewicza by godnie pożegnać Przyjaciela. Nawet gdybym znalazł to pewnie śp. Jacek wolałby inny. Dlatego przyjmij Przyjacielu jako wyraz tego co czuję, dziś patrząc na tamte lata motto, które najlepiej oddaje nasz wspólny czas: Dla mnie jedynymi ludźmi są szaleńcy. Szaleńcy w życiu, w rozmowie, w drodze do zbawienia. Ci, którzy nigdy nie ziewają, nie mówią banałów a tylko płoną, płoną, płoną, tak jak cudowne woskowe świece (” Jack Kerouac.”)
Wspomnienia o Jacku to nie tylko książki, domowe archiwum, artykuły, praca dziennikarza i korektora, to przybliżenie sylwetki człowieka delikatnego, pełnego empatii, kochającego przyrodę i zwierzęta. Jacka, chodzącego do pracy z aparatem fotograficznym i robiącego zdjęcia kwiatów w ogrodach, pajęczyn na plotach, Jacka leżącego na trawie, wąchającego polny kwiatek i mojego pomocnika gdy remontowaliśmy dom. Pokazałam mu do czego służy młotek i poszło.
Nasz ślub w 1992, to przeprowadzka z małej kawalerki przy ulicy Paderewskiego do domku z ogródkiem i dwoma owczarkami niemieckimi, ojcem Bórem i synem Wikim. Wzajemna akceptacja i miłość przez wszystkie następne lata. Jacek podzielał moje zamiłowania, nasza niewielka hodowla odnosiła sukcesy w Polsce i poza granicami. Razem działaliśmy w Związku Kynologicznym i to znowu on siedział nocami, po pracy w redakcji, wpisując ręcznie dane kilkuset zgłoszonych psów na kolejną Krajową Wystawę Psów Rasowych organizowaną przez Oddział w Nowym Sączu, opracowując i składając katalogi przez szereg lat. Ja tylko robiłam grafikę, żeby ożywić sztywny wizerunek katalogu. W naszym życiu były chwile radosne, gdy braliśmy na ręce urodzone szczeniaki i smutne gdy starsze psy odchodziły. Były walki o przywództwo w stadzie, z których wychodził zawsze jako przywódca, nieraz mocno „nadszarpnięty” zębami chcąc zażegnać konflikt. Rozumiał i nigdy nie obwiniał psów , bo wiedział jak funkcjonuje stado. Zawsze z humorem mówił, że goi się jak na przysłowiowym psie.
Wśród przyjaciół dziennikarzy dostał pieszczotliwy pseudonim Azor. Ukochana suczka Karusia, towarzyszka codziennych spacerów, była z Jackiem do końca, podobnie jak ja. Nasze małżeństwo przetrwało próbę czasu.
W ósmą rocznicę śmierci Jacka sięgnęłam po stare zeszyty, w jednym krótkie opowiadania, w drugim wiersze, pisane na początku lat siedemdziesiątych. Postanowiłam je przepisać, z myślą, że może zostaną kiedyś opublikowane. Za pośrednictwem prof. Bogusława Kołcza, zostały przesłane prof. Bolesławowi Faronowi, który przed ośmiu laty podjął się pracy nad cyklem o poetach sądeckich.
Wanda Zaremba-Miejska



































































































































































































