Nietypowej kontuzji nabawił się kapitan piłkarskiej drużyny Sandecji Kamil Słaby. Co ciekawe, do urazu nie doszło na boisku, ale kilka godzin po ostatnim meczu zespołu w Pucharze Polski z Puszczą Niepołomice. Kontuzja Słabego nie jest też efektem starcia z rywalem, a z własnym trenerem Łukaszem Mierzejewskim w sali bankietowej jednego z sądeckich hoteli.
We wtorek Sandecja, lider III ligi piłkarskiej, rozgrywała ostatni mecz sezonu na placu budowy stadionu w Nowym Sączu. Porażka z ekstraklasową Puszczą nie została uznana przez nikogo za wielką tragedię, bowiem Sandecja w lidze oraz wcześniej eliminując w Pucharze Polski Cracovię, dostarczyła swoim kibicom wielu powodów do radości. Klawo. Na zakończenie rundy klub zaplanował okolicznościowe spotkanie piłkarzy i działaczy w Hotelu Beskid. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego, wszak takie imprezy organizuje się od Champions League po C Klasę. Jak relacjonują uczestnicy, podsumowanie sezonu przebiegało w tzw. sportowej atmosferze, co podkreślamy dla wyraźnego odróżnienia od atmosfery niesportowej. Ba, świętowanie jesiennych sukcesów było do tego stopnia przepełnione duchem sportu, iż wymyślono ciąg dalszy rywalizacji dopiero co zakończonej na zielonej murawie. Tym razem grono zasiadło do zielonego stolika i nastąpiła zmiana dyscypliny z piłki nożnej na siłowanie.
Trener Łukasz Mierzejewski mający opinię człowieka o silnej ręce w dosłownym tego słowa znaczeniu, zaproponował zawodnikom klasyczne siłowanie, zwane też w pewnych kręgach składaniem się na rękę. Do stolika podchodzili kolejni śmiałkowie, a scena była żywcem wyjęta z serialu „Janosik”. Żaden z młodych i wysportowanych mężczyzn nie był w stanie złożyć na rękę własnego trenera! Zabawa była wyśmienita, aż do momentu, kiedy do siłowania zasiadł Kamil Słaby. Kapitan i trener napięli muskuły i źle ułożona na stole ręka piłkarza… pękła w dwóch miejscach! Wtajemniczeni twierdzą, że jest złamana. Najlepsza od lat runda rozgrywek skończyła się na SOR.
– Jestem w szoku – reaguje Kamil Słaby na nasze pytanie o kontuzję ręki. – Nie ma o czym rozmawiać, wszystko jest ze mną w porządku. Skąd ma pan takie informacje?
I to jest właśnie kluczowe pytanie. Ano z kilku niezależnych źródeł, które mniej lub bardziej barwnie opisywały nam wtorkowy wieczór drużyny w Hotelu Beskid. Łącznie z wysokością rachunku, na jaki opiewał bankiet, ale nie widzieliśmy faktury, więc nie podajemy. Relacje wszystkich były niemal identyczne, co do przebiegu wydarzeń. I choć niektóre źródła próbowały ubarwiać atmosferę bankietu, malując ją jako nazbyt luźną, to według naszych ustaleń, alkohol wcale nie lał się strumieniami. Ot, delikatny wlew.
Najtrudniej zapytać o przebieg zdarzenia trenera Łukasza Mierzejewskiego, bo trener od pół roku nie nosi przy sobie telefonu, a przynajmniej stara się sprawiać wrażenie, że zapomniał, gdzie go położył. Trudno, nie mamy okazji zapytać jak wyćwiczyć taką moc w ręce, a wielu Czytelników już pewnie pakowało się na siłownię.
Wiceprezes Sandecji Miłosz Jańczyk telefon odbiera zawsze, ale w tej akurat sprawie nie może nic nowego wnieść do naszej wiedzy:
– Nie było mnie tam, więc nie mogę nic konkretnego powiedzieć. Słyszałem o jakimś kłopocie Kamila z ręką, ale taka informacja dotarła do mnie dopiero wczoraj i bez żadnych szczegółów.
Rozumiemy. Wiadomo, tajemnice piłkarskiej szatni są jak tajemnice spowiedzi, więc nawet władzom klubu trudno dociec szczegółów, co wydarzyło się w szatni Sandecji. Pardon, w sali bankietowej Hotelu Beskid.
Czytaj także: „Każdy wiedział ale..” Sandecja odpada z Pucharu Polski
Fot. Sandecja.pl/ DTS





























































































































































































































