Ostatnio jakoś więcej zapowiadam niż jestem, ale coś podszeptywało mi, że tego koncertu nie można puścić bokiem. Ta myśl punktowała mnie bezlitośnie – jak prawda zamknięta pod kluczem, która nagle zrywa się z łańcucha i biegnie, tylko po to, by zgubić się w pół drogi. Ile to już razy łapałem się na tym… Ile to już razy łapałem się na tym, że tkwię w tym przeklętym „już prawie”, żyjąc, jakby życie było tylko przymiarką do wielkiego momentu, który nigdy nie nadchodzi. Aż nadszedł.
The Pau. Punkowy etos: wschody i zachody, prostota, surowość i bunt. Smartfon, muzyczno-popkulturowe lo-fi i napalm elektro alternatywy, dozowany pipetą prosto w źrenicę. Teksty, które rozrywają słoneczne sploty, łamią krtanie – naciągają na kolana obrosłe pajęczyną i patyną zakamarki nostalgii, zmuszając je, by opowiedziały siebie na nowo lub zostały na macie. KO? NO!

One wstają! En-Garde! Touché! Wstaję i ja – omiatany post-punkiem, transem, basem, który rozmywa granicę między sceną a spektaklem, między tym, co kiedyś znałem, a tym, co zaczynałem rozumieć na nowo. To sobotnie grzebanie się w sobie i innych złapało mnie za kark, zmuszając do spojrzenia na zmurszałe prawdy w nowych pokładach gaszonego światła. Kolejne dźwięki rykoszetują między uszami i zderzają się w powietrzu, eksplodując tysiącem gwiazd. Surowa antyteza pustych frazesów i oklepanych sloganów, które popkultura przemieliła na papkę tak mdłą, że przestała znaczyć cokolwiek.
Koncert nadal rozpruwa ciszę z precyzją miny przeciwpiechotnej, trafiając w rdzeń współczesnego rozłączenia – z otaczającym światem, z własnym wnętrzem. Z własnym ego…

Nie wiem do końca, czy w tym wszystkim chodziło o coś więcej niż dokumentalny filtr narzucony na duszę, emocje i otaczającą nas rzeczywistość. Ale na scenie The Pau dokładnie wie, że nie trzeba próbować wszystkiego – wystarczy jedno: odwaga, by ponieść klęskę, rzucając chill challenge wszechobecnej głupocie, tandecie i szumom wyciętych częstotliwości. To zawsze w cenie; o to zawsze warto zawalczyć – machając patykiem, patykiem powietrze ciąć.
Foto/video: Bartosz Szarek
























































































































































































































































