Los Kamer, jak na prawdziwych muzycznych nomadów przystało, nieustannie w podróży, nieustannie zbierają i do swoich kompozycji, niczym rzep do psiego ogona, łapią mimowolnie różnorodne rytmy i style świata. Owocuje to unikalnym, globtroterskim i eksplodującym energią brzmieniem, które zachwyca wszystkich i wszędzie. Na scenę kawiarni Spóźniony Słowik wnieśli dużo dobra i smakowitości: monumentalny kocioł, którego zawartością namieszali wszystkim w głowach – jazzem, swingiem, westernem, easternem, klezmerem, romskością, bałkańskim i latynoskim temperamentem.
To była środa. Michał Chojecki (Koncerty na dworze/polu) wraz z Julią Skowronek zapowiedzieli gwiazdę wieczoru, a potem wszystko ruszyło z kopyta. Cóż to był za wieczór, cóż to był za tygiel! Los Kamer wykorzystali w pełni i ponad przydzielony im „czas antenowy” nie tylko wybuchowym i fascynującym zestawem żywiołowych numerów, będącym nośnikiem szczęścia, ruchu i wyzwolenia, ale także (a może przede wszystkim) hołdem dla wszystkich niepokornych tego świata. Każdym kolejnym kawałkiem fundowali sądeckiej publiczności światopoglądową transfuzję; wolność myślenia o wolności, czerpanie radości z odgrywania wszelakich ról i kreacji, do których powołujemy się sami każdego dnia, by zapewnić swojej duszy wszystko to, co potrzebne, by rozkwitała – by wydawała owoce.

Codzienność pozbawiona nadziei jest śmiercią – może nie w dosłownym, fizycznym znaczeniu, ale na bardzo istotnym wewnętrznym poziomie. Kiedy zaczynasz zwracać uwagę na ludzi i pragniesz, aby byli szczęśliwi, a oni odwzajemniają to, bez żadnych oczekiwań, to znaczy, że zmierzacie ku pięknemu życiu. W tym kontekście Spóźniony Słowik jest błogosławieństwem, którego Los Kamer był nieprzejednaną machiną przeznaczenia i żywym, organicznym świadectwem tego, co może osiągnąć garstka osób, pragnących wydrzeć światu pożądane artefakty. Patrzcie, chwytajcie, wypełniajcie nimi kieszenie. Możliwości są nieskończone, o ile zaplecze waszej pasji jest co najmniej równe woli i nieustępliwości.
Czy tego nauczył mnie meksykański Los Kamer, czy to właśnie wyciągnąłem dla siebie z tej środowej uczty dla zmysłów i ciała? I tak i nie. To było zdrowe przypomnienie dla mnie i wszystkich zebranych, że żyjemy dobrze i zmierzamy właściwą ścieżką. Z poziomu muzycznego było to prawdziwe święto – naoczne świadectwo bezwstydnego skoku na głębokie wody kulturowych inspiracji, z równoczesnym podkreśleniem doskonałej jakości wykonania. Instrumentaliści zaprezentowali zaawansowane, wielowymiarowe kompozycje, które mimo swojej kompleksowej struktury wnosiły egzotyczny, a jednocześnie swojski powiew świeżości i lekkości. Gratka nie tylko dla miłośników etnicznych brzmień, ale również fanów nowoczesnego jazzu.

Powiedzieć, że było dobrze, to nic nie powiedzieć, a kto nie był, niech żałuje. Na to przednie wydarzenie w Spóźnionym Słowiku złożyły się mniej lub bardziej połamane rytmy, ekscentryczne solówki oraz subtelność, melodyjność i gracją. Siedmiu utalentowanych artystów, którzy nie tylko potrafią grać i śpiewać, ale także mają szczęście wykonywać muzykę, którą kochają. Do stworzenia wyjątkowej atmosfery nie potrzeba nic więcej, czego środowy wieczór był najwspanialszym przykładem. Brawo!





























































































































































































































































































