Kto chociaż raz w życiu nie stanął na szczycie Przehyby Wielkiej, kto bladym świtem wraz ze wschodzącym słońcem nie zachwycił się cudowną panoramą ośnieżonych Tatr z tarasu tamtejszego schroniska turystycznego, ten nie poznał urody Beskidu Sądeckiego. Ten nie zna Sądecczyzny.
Patrząc ze schroniska na południe na Tatry Bielskie, u podnóża Przehyby ściele się zwykle nad ranem gęsta mgła spowijająca Szczawnicę i Pieniny. Patrząc zaś na północ w dali rozciąga się widok na dolinę Dunajca, Stary i Nowy Sącz. Niezapomniane widoki. Kwintesencja krajobrazów ziemi sądeckiej. Potwierdzona zresztą przez czynnik niebiański, czyli św. Jana Pawła II. Ale o tym później.
Ta magia sprawiła, że od ponad 100 lat interesowali się tymi szlakami górskimi turyści amatorzy pieszych wędrówek. Przecierali na początku XX wieku szlaki wiodące na Prehybę, bo taką nazwę nadali jej mieszkający u podnóża góry Łemkowie. Prehyba – po łemkowsku przełęcz – była dla Łemków mieszkających w Szlachtowej, Jaworkach górą wręcz symboliczną. Turyści w przeciwieństwie do Łemków, którzy tam żyli i wypasali swoją żywiznę, dojeżdżali w Beskid Sądecki zwykle pociągiem i wędrowali z Rytra, Piwnicznej-Zdroju albo Starego Sącza na szczyt Prehyby. Ta nazwa powoli zanikała w latach 70. XX wieku, bo i Łemków nie było już tutaj od 1947 r. (wysiedlono ich w ramach Akcji „Wisła”) i dziś najczęściej używa się nazwy Przehyba w odniesieniu do góry, ale też i schroniska.
Kiedy jednak góra była jeszcze Prehybą, działacze Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego Oddział „Beskid” z Nowego Sącza na czele z prof. Feliksem Rapfem postanowili wybudować tam schronisko.
Dalszą część przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS




































































































































































































