Pije Kuba do Jakuba. Własny język w gębie

Pije Kuba do Jakuba. Własny język w gębie

Kiedyś w czasie rodzinnego obiadu, w luźnej rozmowie na różne tematy, w kontekście jednej z poruszanych spraw użyłem anglojęzycznego terminu powszechnie stosowanego na określenie pewnego zjawiska. Wówczas, niby Sokrates na ulicach Aten, albo przynajmniej Jędruś Kudasik z Tischnerowej „Historii filozofii po góralsku”, odezwał się mój teść i odrobinę filozoficznie, a mocno retorycznie, rzucił w powietrze: „Ciekawe, czy jak Anglicy przy stole o czymś rozmawiają, to też od czasu do czasu używają jakiegoś polskiego słowa…?”

No…

Mogłem wówczas albo ex cathedra zrobić teściowi wykład o sile, wpływach, dorobku naukowym Albionu, albo pokornie zamknąć dziób na kłódkę i nie dyskutować z prawdziwością jego twierdzenia. Wybrałem drugie rozwiązanie. Ale rozpętana tym zdaniem burza w mojej głowie nie przestaje huczeć: jak bardzo na marginesie świata, nauki, kultury, cywilizacji znajdujemy się jako kraj i naród. Pocieszamy się Kopernikiem i Skłodowską-Curie, ale kiedy to było? Stoimy z boku i pokornie przyswajamy co tam na świecie za nas wymyślą. Nawet terminologię bierzemy jeden do jeden, bo za dużo mamy w sobie „murzyńskości” (copyright Radosław Sikorski), żeby postawić się całemu światu, jak Francuzi ze swoim „ordinateur”.

A jak Polska marginesem świata, tak Sądecczyzna marginesem Polski. Bo czy my się z czymś konkretnym kojarzymy rodakom z Kaszub, Mazur i Lubuskiego? Nie mamy swojego misia z Krupówek, Ojca Mateusza, smoka czy krasnali.

Chyba nawet jak jedzą lody od pewnych Braci, to nie wiedzą, że mają Sądeckie w gębie…

Jakub Marcin Bulzak

Zajrzyj też do wakacyjnego wydania DTS – dostępnego za darmo pod linkiem:

Filmoteka dts24

194 Videos