Obserwując niektóre wydarzenia ostatnich miesięcy na naszym lokalnym podwórku, prawdopodobnie bez żadnego związku, zacząłem zastanawiać się nad naturą kłamstwa.
Jak wiemy z porzekadła: kłamstwo ma krótkie nogi. I tu zrodziło się pytanie: co krótkiego muszą mieć ci, którzy pozwalają sobie na kłamstwo w sytuacji, gdy nie są jedynymi podmiotami jakiejś sprawy i łatwo mogą zostać zdemaskowani?
Skłamać to można teściowej, że bardzo smakuje nam jej rosół, choć go nie cierpimy. Albo pracodawcy, że atmosfera w firmie jest doskonała, choć gorączkowo rozglądamy się za nową fuchą. Ale już okłamywanie żony, że było się z kumplami na piwie, podczas gdy uprawiało się cudze łoże, naraża nas na ewentualne wsypanie przez właścicielkę owego łoża (tu prawdopodobieństwo rośnie wraz ze spadkiem temperatury uczuć) lub mało bystrych kumpli, którzy jeden po drugim nagabywani przez żonę, zamiast prawidłowo odpowiedzieć: „Jakie był? Siedzi i gra?”, zaczną zeznawać, że 5 lat nas nie widzieli.
Jeszcze bardziej absurdalne jest kłamanie w sytuacji, gdy istnieją rzeczowe dowody: jakieś maile, smsy, listy, nagrania z monitoringu. Dlaczego zatem niektórzy sobie to robią? Chyba dlatego, że współcześnie nie liczy się racja, ale narracja. Kto ją narzuci, ten uchodzi za prawdomównego. Jeśli znający prawdę zaczną mówić jak było, to można ich oskarżyć o kłamstwo, bo przecież tylko winny się tłumaczy. No i najważniejsze: kto pierwszy, ten lepszy. Wszyscy czytają szokujące nagłówki, nikt nie czyta sprostowań…
Jakub Marcin Bulzak



























































































































































































































