– pomyślałem jadąc ulicami Nowego Sącza. W ostatnich latach wiele z nich zostało albo kompleksowo przebudowanych, albo przynajmniej poprawiono jakość nawierzchni.
W ten sposób wpadliśmy w pułapkę własnego sukcesu. Bo po przejechaniu odcinkiem drogi równym jak stół, każda jezdnia z choćby niedużymi nierównościami wydaje nam się brukiem z „kocich łbów”. Nawet odcinki poprawiane zaledwie kilka lat temu, w porównaniu z tymi świeżo asfaltowanymi, wydają się szwajcarskim serem. Zachodzi paradoks: kierowcy jednocześnie ciesząc się z równych odcinków, zaczynają być przewrażliwieni na punkcie tych choć odrobinę krzywych. Zwłaszcza, jeśli występują one po sobie naprzemiennie: parę metrów dobrych, parę dziurawych itd. Gdyby wszędzie była fatalna nawierzchnia, to zaciskając zęby, musielibyśmy się z tym pogodzić i jeździć slalomem. Ale gdy wzrasta procent wyremontowanych dróg, rosną również oczekiwania i presja, że wszędzie będzie tak komfortowo. I władza, zwłaszcza lokalna, musi wyszukiwać kolejne miliony na kolejne metry świeżutkiego asfaltu.
I generalnie bardzo dobrze! Niech „coraz większa trwa budowa” – jak śpiewała Maryla Rodowicz.
Mam tylko jedną prośbę. Niech nie wszystkie miliony idą na nową nawierzchnię starych dróg.
Nowy Sącz, jak powietrza, potrzebuje trzeciego mostu na Dunajcu, dokończenia obwodnicy wschodniej (od Chruślic do Alei Piłsudskiego) i obwodnicy południowej (czy ten plan jest jeszcze realny…?).
Władza, która to zrealizuje, zapewni sobie trwałe miejsce w historii.
I wtedy będzie nam w mieście lepiej, czyli dobrze.
Jakub Marcin Bulzak



































































































































































































