Domyślam się, że Szanowni Czytelnicy tej rubryki nie są zaprzysięgłymi abstynentami. Ale zapewne znacie Mili Państwo osobników, którzy twierdzą, że alkoholu nie piją, ponieważ nie jest smaczny. Czasami też pewnie spotykacie indywidua, które sekundę po przyjęciu porcji magicznej substancji krzywią się niemiłosiernie. Potrząsają policzkami, głową, a na końcu całe ich ciało wykonuje konwulsyjne ruchy, niczym pies po kąpieli. Objawy takie nie są obserwowane tylko dzisiaj. Od zawsze część populacji wykazywało wrodzoną niechęć do zachwycania się doznaniami związanymi ze smakowaniem procentowych trunków. A im tych procentów było więcej, tym operacja degustacyjna wyglądała zabawniej.

Przed tygodniem pisałem w tym miejscu o koniaku. Tym najlepszym. Z Cognac. Czterdziestoprocentowy dobrostan destylatu gronowego zawsze dla niektórych był przygodą trudną do przetrwania. Bardzo też dawno temu ludzie mądrzy i doświadczeni w kulinarnych sztuczkach starali się tym trudnościom zaradzić. No bo cóż może być prostszego niż… posłodzenie koniaku?!
Jakoś tak się w kulturze człowieczych doznań przyjęło, że słodkie jest dobre. Trudno mi rozstrzygnąć, czy decyduje o tym jakiś tajemniczy obszar mózgu odpowiedzialny za wytwarzanie endorfin szczęścia, czy może wzięło się to stąd, że słodycz była trudniejsza do osiągnięcia i oczywiście droższa. Fakt pozostaje faktem, iż, gdy chcemy komuś sprawić przyjemność, niesiemy mu w darze coś słodkiego, a nie kwaśnego lub słonego (choć znam i takie osobniki).
W dawnych czasach w Europie słodziliśmy miodem. I Polacy mają na tym polu spore osiągnięcia. Miodu jednak było za mało, by wszyscy mieli popsute zęby. I prawdopodobnie dlatego wszelkie skoncentrowane „cukry” stały się synonimem szczęśliwości i bogactwa. Jednak gdy burak cukrowy opanował Europę „słodkie” stało się znacznie tańsze. Może nie aż tak jak „słone”, ale stan naszego uzębienia wyraźnie się pogorszył. Słodzimy wszystko i wszędzie. Również bawimy się w ten sposób z alkoholami. Z różnym skutkiem. Ale niektóre eksperymenty są naprawdę smaczne.
Oto przed Łaknącymi Słodyczy Państwem butelczyna godna królów. Likier pomarańczowy Grand Marnier! Blend najprostszy z możliwych! Połączenie starzonego w dębinie koniaku z destylatem sporządzonym przede wszystkim ze skórek gorzkich pomarańczy i syropem cukrowym. Producent twierdzi, że likier dojrzewa potem kilka miesięcy w dębowych beczkach. Czyli słodzony i aromatyzowany koniak!
Producent tego likieru odwołuje się do tradycji rodzinnej firmy alkoholowej założonej w roku 1827 w wiosce Neauphle-le-Château (pisownia niełatwa, wymowa nieoczywista) w środkowej Francji przez J.B. Lapostolle’a. Jednak nasze zainteresowanie powinno się skupić na roku 1880, bo właśnie wtedy wnuczka założyciela firmy, która wyszła za mąż za jegomościa nazywającego się Marnier, uczestniczyła w premierze sławnego do dzisiaj likieru pomarańczowego. Louis-Alexandre Marnier-Lapostolle miał pożytecznych przyjaciół. Mianowicie kumplował się z właścicielem hotelu Ritz w Paryżu. Właśnie na stołach sławnego hotelu rozpoczął się dumny światowy marsz Grand Marnier, który dzisiaj sprzedaje się w ilości ponad 10 milionów litrów. Podstawowym i najpopularniejszym likierem Pana Marniera jest Cordon Rouge (z czerwoną wstążką na brązowej butelce), ale produkowane są też wersje wiśniowe, brzoskwiniowe, jednak właśnie pomarańczowy klasyk jest ulubionym składnikiem barmańskich szaleństw. A koniakowy rodowód z pewnością pomaga w marketingu. Właścicielem brandu od dekady jest obecnie Grupa Campari, która w swoim portfolio byle czego nie gromadzi.
Skłamałbym twierdząc, że likiery pijam. Jednak kilka różnych butelczyn w barku trzymam. Są przydatne w porze deseru. Grand Marnier bawię się i eksperymentuję. Gości – raczej Szanowne Panie – traktuję najczęściej porcją nalaną na kostkę lodu. Dodaję też koniakowo-pomarańczowy przysmak do lodów, czasem odrobinę do kawy.
W latach słusznie minionego poprzedniego ustroju szczytem knajpianego snobizmu było zdobienie deseru kostką cukru nasączoną odrobiną spirytusu i podpaloną. Wyglądało to może i fajnie, ale w ustach czuliśmy tylko przypalony karmel (bo wypalone alkoholowe opary uchodziły w kosmos), a talerz po tej sztuczce umyć było trudno. Ja moje dzieci oraz wybrane przedstawicielki płci przeciwnej raczyłem już czymś szlachetniejszym. Zachęcam, pobawcie się w domu sławnym francuskim klasykiem deserowym Crepes Suzette, co sobie na domowy użytek tłumaczę jako Naleśniki Zuzanny. Klasyczne naleśniki kąpię w sosie pomarańczowym (masło, cukier, otarta skórka z pomarańczy i pomarańczowy sok) i ponownie krótko przesmażam na patelni. W finale polewam Grand Marnier i podpalam (na patelni! Nie na talerzu!). Smacznie, efektownie – nikt się nie krzywi! – a w butelce jeszcze sporo zostanie.
WRAŻENIA: barwa jasnego bursztynu; klarowność pełna; ślad na kieliszku gęsty; aromat przyjemny koniakowo-pomarańczowy (niektórzy poczują też mandarynkę); smak elegancki, długi, winiak i pomarańcze, słodycz poważna (20 procent cukru); moc 40%.
SERWOWANIE: oryginalnie Grand Marnier pija się jako digestif (czyli po posiłku, dla zdrowotności) w drobnym kieliszku likierowym w temperaturze pokojowej, ale kostka lodu nie zaszkodzi; doskonale pasuje do wielu klasycznych long drinków; świetnie też łączy się z napojami ciepłymi i gorącymi; jeszcze lepiej urozmaica zimne i ciepłe desery oraz wszelkie sałatki owocowe.
PRZEMYSŁAW OBERŻYŚWIAT OSUCHOWSKI
© GOZDAWA PROJEKT, Przemysław Osuchowski, Kraków 2025
tagi: LIKIER, GRAND MARNIER, CORDON ROUGE, KONIAK, FRANCJA



































































































































































































