Moje serce od zawsze goni za taką muzyką. Potrzebuję jej w ilościach hurtowych, jakby była wiatrem rozplątującym latawce w mojej głowie – wiecznym pragnieniem, podróżą, która nigdy się nie kończy, lecz zmienia krajobrazy. Wyobrażam ją sobie w setkach odsłon i wariantów, ale najczęściej powraca do mnie w formie łodzi, w której jeden z pasażerów śpiewa żywą pieśń dawnych żeglarzy, unoszoną przez fale do uszu kolejnych pór roku – od tysiącleci, przez eony. I wciąż płynie – dalej, naprzód. Nie jest jednak sam. Są jeszcze inni bohaterowie tej opowieści: równie zmęczeni co on. I gdy wszystko wydaje się już stracone, kapitan zrywa się na równe nogi i woła: „Na horyzoncie ukazała się wyspa!” Tak, jest i wyspa – skalista, zimna, raz po raz topiona morską pianą, lecz bezpieczna. Punkt na krańcu świata, który wydaje się końcem cierpienia – a jednak nim nie jest. To tylko kolejny rozdział…
Ostatnio coraz bardziej nie chce mi się… chcieć. Odwidziało mi się wyglądanie przez okno, skoro wszystko, co dobre i właściwie wyartykułowane, mam pod ręką – na wyciągnięcie spiralnego kabla słuchawek. Zaciągam rolety, plisy, grube kotary. Szczelnie zacumowałem do łóżka i zarzuciłem kotwicę na ciężkim kocu. I kiedy tak przymykam oczy, rozmyślając o tych wszystkich pięknych tytułach, które wpadły mi w ręce, zajęły głowę i przeszyły serce – nagle rozlega się dzwonek. Ktoś naciska klamkę, wchodzi i wsuwa coś pod drzwi. Podnoszę się i już wiem. Rozpoznaję ten przedmiot, ten artefakt – bez pudła, a przy nim karteczka z napisem: „Można po prostu być – i to też jest okej.” Okej, muszę się tego nauczyć… na pamięć.
Gabriela Salem zarzuciła haczyk. Nowy singiel „Just Exist?” – wypatrujcie na streamingach.
Więcej felietonów znajdziesz w najnowszym wydaniu DTS.




































































































































































































