Na skraju szosy. Terroryzuje nas nowy gatunek mafii

Na skraju szosy. Terroryzuje nas nowy gatunek mafii

Znajomy kolarz skarżył się, iż jego żona uważa, że swoją jazdą na rowerze prowokuje kierowców, a mówiąc prościej, przyciąga wszelkiej maści idiotów. Problem w tym, że żona kolegi podróżuje drogami głównego nurtu i chyba nie zna całej prawdy o tym, co się dzieje z daleka od szosy. Nie trzeba kończyć medycyny, by postawić diagnozę, że polskie drogi kategorii B, C i D opanowała nowa generacja motoryzacyjnych bandytów.

Chyba każda miejscowość ma swój parking, na którym zbierają się dzikie hordy. Omawiają tam palące problemy swojego emocjonującego życia w takt muzyki przypominającej pracę portowej suwnicy. Na dachach samochodów stawiają puszki z energetykiem w cenie promocyjnej albo czymś podobnym, po czym normalny żywy organizm kona w boleściach. I tak im mija czas, zanim znowu nie ruszą paląc gumy na poszukiwanie drogowych wrażeń. Charakterystyczną nową rasę chamów terroryzujących świat swoim szaleństwem łatwo rozpoznać nawet kiedy akurat chwilowo przebywają z daleka od swoich samochodów. Samochodów najczęściej dawno zezłomowanych przez jakiegoś Niemca, a potem poddanych reanimacji w stodole mechanika-cudotwórcy, który nawet do wozu drabiniastego potrafi włożyć moc ferrari.

Gatunek ten, gdzie indziej uznawany za zorganizowaną grupę przestępczą izolowaną długoterminowo od społeczeństwa, w dorzeczu Dunajca, Popradu i Białej rozmnaża się w postępie geometrycznym. Wygląda na to, że na sądeckiej wsi najwyższą aspiracją wielu nastolatków jest zarobienie na budowie w Austrii kwoty pozwalającej kupić na szrocie rzęcha, którym udowodni współplemieńcom, że po wciągnięciu kreski popitej sześcioma tajgerami będzie się unosił nad asfaltem. Jak mawia znajomy filozof: „a niech się pozabijają i uwolnią świat od siebie, byle innym nie robili krzywdy”. A niech się… Problem w tym, że najczęściej robią krzywdę również innym.

Kronika wypadków drogowych bije wszelkie rekordy. Nie żadne tam odkrycia i wynalazki, nie sukcesy sportowe i biznesowe, nie pisarze, nie muzycy, ale drogowi mordercy są głównymi bohaterami życia codziennego i dostarczycielami czołówek. Czołówka na drodze rodzi czołówkę w gazecie.

Kim oni są? Na pewno ich znacie. Jeśli nie mieszkają za płotem, to z pewnością za drugą albo piątą miedzą. Jak donosiły niedawno źródła dobrze poinformowane, nawet ksiądz w pobliskim kościele ze zgrozą zauważył, że nie ma dnia, by przeraźliwe syreny nie budziły okolicy w środku nocy. Ba, o zjawisku drogowych szaleńców powiedział niedawno ze sceny zdań kilka Zbigniew Preisner, podczas festiwalu „Peryferiada” w Starym Sączu. Nie jest więc chyba tak, jak uważa żona znajomego kolarza, że to on przyciąga jak magnes idiotów za kierownicą. Napotkanie takiego na odcinku 20 kilometrów nie jest wyczynem z pogranicza trafienia szóstki w totolotka.

Wiadomość ostatnia, najważniejsza i najgorsza. Jeśli ludzie normalni podróżujący tymi samymi drogami co mordercy, nie przeciwstawią się patologii, to będziemy musieli sobie wykopać tunele, żeby dotrzeć do sklepu i szkoły. Niedawno przejeżdżałem obok miejsca, gdzie w środku nocy jakiś oszołom postawił na równe nogi wszystkie służby w okolicy. Kłębek złomu, który pozostał po jego furze, już odwieziono do skupu surowców wtórnych. Na miejscu zebrali się zaś jego współplemieńcy, którzy komentowali, że musiał lecieć w tym miejscu jakieś 150, skoro wyrwał z obwodnicy stalowe bariery, których wytrzymałość w razie potrzeby miała zatrzymać ruskie czołgi. Po godzinie nie było już ani dzielnych chłopaków, ani ich charakterystycznych samochodów. Została sterta puszek po tajgerach i browarze, zostały wspomnienia.

Więcej felietonów przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS – bezpłatnie pod linkiem:

 

Filmoteka dts24

194 Videos