Rozmowa z prof. Andrzejem Szaratą, rektorem Politechniki Krakowskiej.
– Co było pana pierwszą miłością, motory, samochody czy może pociągi ?
– Sklejanie samolotów, to była moja pierwsza pasja dzieciństwa, która zresztą ze mną została. Do tej pory składam modele helikopterów.
– A motoryzacja?
– Zawsze mnie interesowała. Pamiętam, jak mając 17 lat przebierałem niecierpliwie nogami, bo tak bardzo chciałem mieć już prawo jazdy. Nie było szans, musiałem poczekać, ale ta ekscytacja była równie mocna, jak dziś. Pierwszy samochód, absolutnego trupa, kupił mi tata. Mama, kiedy go zobaczyła, powiedziała, że to taki złom, że strach do niego wsiąść. Ojciec wiedział, co robi. Wybrał go specjalnie po to, bym się nauczył obsługi samochodu. Zanim zacząłem nim jeździć, musiałem zrobić kapitalny remont. Na szczęście mam w rodzinie mechanika, wszystko więc robiłem u wujka w warsztacie. Ręcznie. Maluch był czerwony, lakier od niego odpadał, więc nakleiłem na ten pękający lakier żółtego kleksa. Pomogło.
– Czym się jeździło w tamtym czasie ?
– Malucha dostałem w 1994 kiedy szedłem na studia, zaraz po maturze. Po drogach jeździły wówczas głównie małe, duże fiaty, śniło się o polonezie, a nieosiągalnym wręcz marzeniem był volkswagen scirocco czy opel manta. Szalone to były czasy, dziś tego nikt nie zrozumie. Maluch służył mi cztery lata, był w całkiem dobrym stanie. Studiowałem w Gliwicach, bez problemu dojeżdżałem nim te 200 kilometrów z Nowego Sącza i 200 kilometrów z powrotem. Nigdy mi się nie rozkraczył, nigdy mnie nie zawiódł. Raz tylko pasek klinowy w nim strzelił, ale miałem zapasowy, więc wymieniłem. Dziś w nowoczesnych samochodach samemu można sobie wymienić co najwyżej płyn do spryskiwaczy.
– Malucha pan sprzedał ?
– Trafiła się okazja, ktoś chciał odkupić go w dobrej cenie, więc sprzedałem. To był ostatni rok studiów, nie kupiłem nowego samochodu, zacząłem jeździć pociągami, czasami pożyczałem auto od taty. Po studiach, kiedy zostałem na uczelni, rodzice dali mi małego peugeota 106 i to był pierwszy mój poważniejszy samochód. Silnik 0,9, bez klimatyzacji, ale dawał świetnie radę. Pojechaliśmy nim z moją żoną do Chorwacji pod namiot na wakacje. W ogóle nam nie przeszkadzało, że jest 30 stopni. Dziś, jak się komuś klimatyzacja zepsuje, to koniec świata. Samochód palił cztery i pół litra, pamiętam do dzisiaj, że spalanie było minimalne. Radził sobie doskonale. Wtedy inaczej się konstruowało samochody, maszyny, które miały moc 45, 60 koni były lekkie i paradoksalnie dużo mniej ważyły niż obecne auta optymalizowane przez księgowych. Żwawiej się poruszały. Drogę do Chorwacji przejechaliśmy na jeden etap, bez zatrzymywania się. To była końcówka lat 90., mijaliśmy opuszczone wioski, gdzie w ścianach domu były jeszcze ślady po kulach. Samochód wrócił bez żadnych kłopotów czy awarii. Zresztą, jak sięgam pamięcią, nie przypominam sobie, żeby którekolwiek moje auto mnie zawiodło.
– Samochód to dla pana przedmiot użytkowy czy coś więcej ?
– Coś więcej, nie jest to wyłącznie przedmiot, który służy do przejechania z punktu A do punktu B, nie traktuję go wyłącznie przedmiotowo. Wiążę się z samochodami, lubię je, a jak już kupię jeżdżę nimi długo, nie wymieniam co chwilę. Teraz mam sześcioletnie auto od nowości, wcześniej miałem samochód siedem lat. Kupuję takie, które mi pasują, spełniają moje oczekiwania. Bardzo lubię przy nich dłubać, czyścić je, a jazda jest dla mnie wielką frajdą. Przejazd samochodem mocno mnie odstresowuje, jest to dla mnie forma relaksu. Bardzo często z pracy zdarzało mi się jeździć okrężną drogą do domu dla samej przyjemności jechania. Nie spieszę się, wolę jeździć krajówkami, drogami wojewódzkimi, a nie autostradami, gdzie są duże prędkości i hałas. Lubię otwierać okno dachowe, sprawia mi to przyjemność.
– Mandaty się zdarzają ?
– Nie, w ogóle. Ostatni mandat dostałem, kiedy miałem peugeota 407 combi w 2011 albo w 2012 roku. Wynika to z prostej zależności: lubię słuchać w aucie audiobooków, a wtedy nigdzie mi się nie spieszy. Kiedy książka leci w tle, jadę wolno, nie denerwuje się, kiedy przyjdzie mi stać w korkach. Nie jestem typem ściganta, choć teraz mam dobry silnik. Peugeot 508 ma 225 koni, zbiera się przyzwoicie, ale nie kusi mnie, by dociskać gazu. Nawet motocyklem nie jeżdżę zbyt szybko, bo w kasku słucham muzyki. Powyżej 60 kilometrów na godzinę, to nie ma już sensu. Kiedy przestaję słyszeć, znaczy, że jadę zbyt szybko.
Rozmawiała Iga Kuk
Fot. Arch. Andrzeja Szaraty
Cały artykuł przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS


























































































































































































































