Miałam poczucie, że Krynica leży gdzieś na końcu świata

Miałam poczucie, że Krynica leży gdzieś na końcu świata

Rozmowa z Grażyną Kaim redaktor naczelną „Przełomu” Tygodnika Ziemi Chrzanowskiej.

– Ludzie płacą niemałe pieniądze, żeby pobyć trochę w Krynicy. A ty porzuciłaś Krynicę przed laty.

– Porzuciłam? Ja po prostu z niej wyjechałam, w konkretnym celu, na studia. Porzucić kogoś/coś, to chyba coś innego niż w moim przypadku. O porzuconym miejscu czy człowieku zapomina się. A ja ciągle myślę o Krynicy. Ona zajmuje bardzo ważne miejsce w moim sercu. Wyjechałam z Krynicy, jak wielu młodych ludzi, na studia do Krakowa. Ale wyjeżdżając na te studia czułam, że ja na stałe już do Krynicy nie wrócę. Miałam poczucie, że Krynica leży gdzieś na końcu świata. Żeby tam dotrzeć, potrzeba było wielu godzin podróży. Jeszcze dobitniej uświadomiła mi to koleżanka z pokoju w akademiku, którą zaprosiłam do Krynicy. Pojechałyśmy pociągiem, a ona powiedziała: „Grażyna, tutaj się kończą tory? Są tylko w jedną stronę? Pociąg już dalej nie jedzie?” Dla mnie było to coś oczywistego, ale ona była zwyczajnie zszokowana.

– I wtedy pomyślałaś: „Ja muszę stąd uciekać”?

– Ale to nie była ucieczka! Myśląc o dorosłym życiu, uznałam, że pewnie zostanę w Krakowie, bo stamtąd jest wszędzie bliżej niż z mojego końca świata. Wyjeżdżając przeczuwałam, że na stałe nie wrócę. I tak się stało. Potem przeniosłam się z Krakowa do Trzebini i Chrzanowa. Tam pociągnęło mnie serce i tam był mój narzeczony.

– I skąd można dojechać do Krakowa i Katowic w 20 minut.

– Komunikacyjnie to jest inny świat i tory prowadzą w dwie strony (śmiech)…

– A w tym dawnym świecie, w Krynicy masz takie miejsca za którymi tęsknisz?

– Regularnie przyjeżdżam do Krynicy. Jakkolwiek to zabrzmi jednym z moich ważnych miejsc jest cmentarz, gdzie od lat spoczywa mój tato, a od niedawna również mama. Ale ja wszędzie gdzie jestem lubię spacerować po cmentarzach. No dobrze, ale jak teraz do Krynicy przyjeżdżam, to – mówię to z ogromnym bólem – wydaje mi się strasznie jarmarczna. Właśnie to słowo najlepiej oddaje obecny klimat mojego miasta. A zwłaszcza jego głównej ulicy Piłsudskiego. Bywa, że z koleżanką wzdychamy do tej spokojnej Krynicy, gdzie nie było tyle pstrokatych straganów. Kiedyś czuło się tam kurortowy klimat. Ja wiem, że Krynica mocno się rozwinęła i mówimy o dwóch zupełnie innych miastach. W moim miasteczku na ulicy przed domem graliśmy w badmintona, jeździliśmy na rowerze, a jeśli przejechał od czasu do czasu samochód, to się schodziło na bok. No dobrze, rozpędziłam się… Ważnym moim miejscem była kiedyś Jaworzyna. Powtarzam się, ale to też była zupełnie inna Jaworzyna niż dziś. Cicha i pusta. Czas podstawówki i liceum to były właściwie wieczne biwaki, weekendy rzadko spędzało się w domu. Co tydzień wychodziłam w góry albo ze szkolnym PTTK, albo z harcerzami, albo z paczką znajomych. Najmniej zmieniła się – głównie myślę o alejkach spacerowych – Góra Parkowa. Klimat pozostał. Zawsze lubiłam tam chodzić. Mieszkaliśmy na ulicy Pięknej i miałam widok z okien właśnie na Górę Parkową. Najpiękniejsza była jesienią, taka kolorowa. Teraz głównym elementem krajobrazu jest wieża. No i jako nastolatki lubiłyśmy łazić po deptaku. Słowo „łazić” bardzo do tej czynności pasuje. A zimą Krynica mojego dzieciństwa zasypana była śniegiem. Dla pieszych przekopane były tunele, czasami naprawdę wysokie.

– Sentymentalnie się zrobiło więc zmieniamy lokalizację. Przenosimy się do Trzebini i do Chrzanowa. Wybrałaś do życia miejsce, które wielu chętnie zamieniłoby właśnie na Krynicę…

– Jak na przykład Wojciech Molendowicz (śmiech). Ani Chrzanów, ani Trzebinia to nie były lokalizacje mojego pierwszego wyboru. To nie było moje wymarzone miejsce na Ziemi. Powiedziałam, że stąd był mój narzeczony i tutaj mieliśmy jakieś lokum. No i myślałam o przyszłej pracy, a szłam na dziennikarstwo i wiedziałam, że ja chcę ten zawód uprawiać. Terminowałam w „Gazecie Wyborczej” w Krakowie, „Dziennik Polski” poszukiwał dziennikarzy, więc uznałam, że jakoś z tej Trzebini będę musiała dojeżdżać.

– Ostatecznie związałaś się z zupełnie inną redakcją.

– Bo w poszukiwania włączyła się rodzina mojego narzeczonego. Powiedzieli, że w Trzebini jest świetna gazeta i może bym tam spróbowała. To był czas odradzania się polskiej samorządności i chrzanowski „Przełom” był gazetą coraz popularniejszą. Był rok 1995, ja świeżo po studiach, a wtedy byłam bardziej skłonna do słuchania podpowiedzi niż obecnie. Pamiętam do dziś pierwszą rozmowę, kiedy zasiadłam przed Alą Molendą i Piotrkiem Tarczyńskim na długą rozmowę. Wciągnął mnie ten wir i tak mijały mi na współpracy z nową redakcją kolejne miesiące…

– Ja dokończę to zdanie: i tak minęło Ci w „Przełomie” 30 lat, z czego ponad 20 jako redaktor naczelna.

– Tak właśnie się stało. Bardzo duże znaczenie miało to, że ja po drodze przeszłam całą redakcyjną ścieżkę awansu. Po mnie już nikt w „Przełomie” takiej szansy nie dostał. Zamurowałam to przejście i koniec.

– Zasiedziałaś się?

– Wiesz jak jest w pracy. Występuje sinusoida emocji. Są momenty znużenia, potem jest fajnie i znowu niefajnie. To normalne. I jak już się rozglądałam za jakąś zmianą, to proponowano mi np. awans na redaktora prowadzącego, potem sekretarza redakcji, aż wreszcie na naczelną. Ale oprócz tych funkcji ciągle piszę. No i to jest tak strasznie dużo różnej roboty, że już nie miałam czasu się tym znużyć…

– Grażyna ja Cię nie namawiam do jakichś podsumowań tych 30 lat, ale skoro już rozmawiamy na wysokim C, to może jest to jednak jakaś okazja na takie zdanie.

– To były dla mnie bardzo rozwojowe lata! Ja się potężnie rozwinęłam. Ta praca po prostu mnie ukształtowała.  Nauczyła mnie odwagi, buńczuczności, przyzwoitości… Czego jeszcze? Systematyczności mnie nie nauczyła (śmiech). Ale oddzielania życia prywatnego od życia zawodowego już tak.

– W sensie „nie biorę roboty do domu”?

– Nie, tego absolutnie mnie nie nauczyła! Od 30 lat biorę robotę do domu, nałogowo. Nieprecyzyjnie się wyraziłam. Chodzi mi o to, że jeżeli np. atakuję kogoś na łamach za jego działania zawodowe na publicznym stanowisku, to nie znaczy, że ja go nie lubię jako Iksińskiego, jako człowieka. Tego się w „Przełomie” nauczyłam, a to wcale nie jest takie łatwe. A z zabieraniem roboty do domu… Mawiam, że ja tylko czasami przerywam pracę. I tak przez 30 lat. Nigdy nie jest tak, że już nic nie ma do zrobienie. Ta praca to jest perpetuum mobile, można pracować cały czas. Więc ja tylko przerywam pracę. No dobrze, od jakiegoś czasu staram się, mieć luźniejsze weekendy.

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

Cały wywiad możesz przeczytać w najnowszym wydaniu DTS

Filmoteka dts24

211 Videos