Ten tekst powtarzamy w ramach naszego nowego formatu „Zawitał DTS do Łącka”. Pochodzi z archiwum DTS i ukazał się na łamach naszej gazety 27 listopada 2025 r. nr 11 (654). Jan Golonka, wieloletni starosta nowosądecki, a obecny prezes firmy Owoc Łącki Koncentraty opowiada o jabłkach – największym skarbie tej ziemi.
Rozmowa z Janem Golonką, prezesem firmy Owoc Łącki Koncentraty.
– Gdybym Pana przedstawił jako naczelnego sadownika Sądecczyzny…
– To by pan przesadził. Funkcjonują na naszym terenie gospodarstwa znacznie większe i lepsze od mojego.
– Miałem na myśli określenie symboliczne, że pewnie nikt nie zna sądeckiego sadownictwa tak dobrze, jak Jan Golonka.
– Pewnie trochę o tej branży wiem, ale nie spierajmy się o detale.
– Jeśli ktoś obserwuje informacje tej jesieni, może odnieść wrażenie, że życie na polskiej wsi przebiega pod mało dotychczas znanym określeniem „samozbiory”. Rolnicy zapraszają do siebie miastowych i mówią: „Pozbierajcie sami, bo inaczej się zmarnuje. Będziecie mieli warzywa i owoce dużo taniej niż w markecie”.
– To nie jest docelowy model sprzedaży, ale sytuacja wynikająca z faktu, że akurat istnieje problem ze sprzedażą plonów. Znam gospodarstwa w Niemczech, które wiele ton owoców, soków i przetworów sprzedają bezpośrednio u siebie. Trzeba się dostosować do rynku. Polskie gospodarstwa również zaczynają wdrażać ten model. W jakimś sensie należy go traktować jako przyjemne, aktywne spędzenie czasu z rodziną na świeżym powietrzu. Przy okazji dzieci mają okazję zobaczyć, że warzywa i owoce nie rosną w sklepie. To jednak nie jest model biznesowy dla wszystkich. Trzeba się na takie funkcjonowanie nastawić nie tylko w sytuacji kryzysowej.
– A mamy do czynienia z sytuacją kryzysową w polskim rolnictwie?
– Nie. Ale zacznijmy od tego, że rolnictwo z zasady jest koniunkturalne. Np. w tym roku już wiosną można było zauważyć, że jesienią będzie problem z ziemniakami czy kapustą. Problem z nadmiarem! Brakowało nasion, bo sadzono masowo i pewnie zbyt dużo. Zapowiadała się nadprodukcja. A przecież wiadomo, że my współcześnie nie robimy zapasów na zimę jak dawniej, kiedy do piwnicy trafiały worki ziemniaków, kisiło się kapustę itd. Dziś takich zapasów nikt nie robi, rynek w pewnym momencie nie jest w stanie wchłonąć nadmiaru, więc towar zostaje.
– I to jest naturalne zjawisko?
– Naturalne. Problem w tym, żeby te cykle koniunkturalne były jak najłagodniejsze i rolą wszystkich jest, aby tak się działo. To zadanie rządzących, organizacji producenckich, aby te cykle nie były aż tak drastyczne rok do roku, bo to szkodzi wszystkim. Jeśli coś jest drogie w tym roku, to z dużym prawdopodobieństwem w kolejnych latach jego cena będzie niska. To dotyczy np. ziemniaków na frytki. Zakłady przemysłowe kupują tyle, na ile pozwala im kapitał i możliwości przechowalnicze. Ale to oznacza, że w przyszłym roku będą potrzebować trochę mniej, bo będą zapasy.
– Cała Polska poruszona była materiałem telewizyjnym, w którym rolnik z Zemborzyc zaprasza ludzi, by przyjeżdżali i zbierali paprykę z jego trzech hektarów, bo jemu się nie opłaca tego robić. W skupie za tę paprykę płacili 60 groszy, a w markecie była po 10-12 zł. Pan potrafi wyjaśnić to zjawisko?
– To jest to o czym mówiłem. Pewnie w ubiegłym roku rolnik miał dwa hektary papryki i sprzedał wszystko, to w tym roku obsadził papryką trzy hektary. Ale papryka jest przykładem szczególnym, bo nie da się zrobić jej zapasów na zimę. Jeśli rynek nie wchłonie nadmiaru produkcji, to robi się problem. Generalnie potrzebne są umowy kontraktacyjne, a wówczas wszystko co jest w umowie powinno być odebrane. Duże gospodarstwa mają takie umowy i sprawa się reguluje. W przeszłości mieliśmy problemy z czarną porzeczką, jabłkami przemysłowymi. Były wówczas mniej lub bardziej udane interwencje, ale można powiedzieć, że to się jakoś w miarę ustabilizowało. Niestety dzieje się to kosztem małych gospodarstw, które nie są zrzeszone w organizacjach producenckich i nie mają żadnej siły przebicia na rynku.
– Rolniku, sadowniku zrzeszaj się!
– Dam taki przykład. Włosi produkują rocznie półtora miliona ton jabłek przemysłowych. Funkcjonują tam trzy organizacje producenckie, więc przypada pół miliona ton na jedną organizację. My produkujemy ok. 2 mln ton jabłek przemysłowych. Ale to są szacunki, bo zbiory bardzo trudno precyzyjnie zaplanować. Jeśli pan obserwuje media, to każdej wiosny czytamy o klęsce – mróz albo grad przetrzebiły owoce – a jesienią okazuje się, że jest nadprodukcja.
– Pan się z tego śmieje, a my często czytamy komunikaty typu: polska wieś bije na alarm.
– Ktoś na tym alarmie zarabia. Żeby sprzedać wiosną stare zapasy nagle się ogłasza, że jesienią nie będzie nowych owoców. I tak się to kręci jak pory roku. W takich sytuacjach odbiorcy przygotowują się, że produktów będzie faktycznie mniej, więc albo importują albo zastępują jakimś innym asortymentem. A potem przychodzi jesień i mamy problem.
– Można sobie odmówić nowych butów albo nie kupować kolejnego płaszcza, ale skąd problemy producentów żywności, na którą przecież zawsze będzie zapotrzebowanie?
– To jest trochę kwadratura koła. W produkcji żywności, jak w innych branżach, obowiązuje wolny rynek i wspomniane cykle koniunkturalne. W pewnym momencie musimy mieć zabezpieczenie żywnościowe mieszkańców i jakieś rezerwy. Państwo zapomniało o tym w ostatnich latach, bo nie było zagrożenia wojną i innych problemów. Teraz się to zmienia. Musimy pomyśleć o rezerwach. One nie muszą istnieć fizycznie, wystarczy w formie podpisanych umów z producentami i dystrybutorami, żeby zapewnić obywatelom bezpieczeństwo żywnościowe na odpowiednim poziomie. Wszystko co ponadto reguluje wolny rynek.
– Wojna na Ukrainie zmieniła te reguły gry?
– Pojawił się problem skokowego wzrostu cen. Może pamiętacie państwo kryzys zbożowy, choć to trochę rozdmuchany problem. Cena na pszenicę z 800 zł za tonę wystrzeliła na 1500, potem wróciła do 900 zł i zaczął się strajk, że jest za tanio. Szybko się wyregulowało. Ja bym się nie bał otwarcia na rynek ukraiński i połudiowoamerykański…
– Mercosur, to słowo musiało tu paść! Przeciętny konsument rozumie je tak: z Ameryki Południowej dotrą do nas tanie produkty żywnościowe i ten polski rolnik zapraszający do zbierania darmowej papryki, jeszcze bardziej na tym straci.
– A pan reprezentuje rolnika, bo przed chwilą mówił pan głosem konsumenta? Więc powinien pan być zadowolony z takiej sytuacji. Dlaczego protestujemy przeciwko temu, żebyśmy mieli tańszą żywność w sklepie? Mówię tu o pewnym braku logiki i przepraszam, jeśli to trochę obcesowo zabrzmiało.
– Ok, ale musimy to wyjaśnić.
– No więc nie ma czegoś takiego jak zamknięty rynek. To jaką cenę płacimy rolnikowi na Sądecczyźnie za jabłko przemysłowe zależy m.in. jakie jest cło pomiędzy USA a Chinami, jaki jest kurs dolara, euro itd. To nie jest tak, że my sobie możemy zamknąć granice, bo nie zamkniemy ich! Nikt nie zwrócił uwagi, że niedawno podpisano w USA umowę na eksport półtora miliarda ton bioetanolu do Wielkiej Brytanii.
– Pan zwrócił uwagę? Dlaczego?
– Bo to będzie miało wpływ na los kilkuset tysięcy ton kukurydzy, którą my wysyłamy do Wielkiej Brytanii, a teraz zostanie ona zastąpiona amerykańską. Bioetanol produkuje się z kukurydzy. Oczywiście odbije się to na polskim producencie, który straci rynek brytyjski. To skomplikowane zależności, ale żebyśmy nie myśleli, że zamkniemy się na świat i wszystko będzie dobrze. Szukajmy swojej szansy na nowych rynkach. Musimy być w czymś lepsi, konkurencyjni.
– A co Pan odpowie na takie głosy, które alarmują, że rolnikowi z Zemborzyc nie opłaca się produkować papryki, a opłaca się sprowadzać paprykę z Hiszpanii?
– No właśnie to jest kwestia wspomnianych kontraktów albo ich braku! My od 20 lat dostarczamy towar do sieci i można przewidzieć ile go będzie potrzeba. Samo Łącko to ok. tysiąc ton jabłek miesięcznie dostarczane do jednej sieci handlowej. I my wiemy, że jeśli cena pójdzie w górę, to popyt spadnie, bo wszystko się na rynku wyrównuje. Trudno więc spodziewać się, że jakaś sieć rzuci się nagle na jednego producenta. Wiem jak to działa, bo sam jestem producentem, a producent musi być wiarygodny w obydwie strony, a nie, że nagle pobiegnie tam, gdzie ktoś daje 10 groszy więcej. Wspomniałem o trzech organizacjach producenckich we Włoszech. Każda z nich ma umowy z sieciami liczącymi po kilka tysięcy sklepów, gdzie dostarcza towar setkami ton. Jak więc ten przysłowiowy już rolnik z Zemborzyc ma iść sam do tych sieci ze swoją papryką?
– Sądecki sadownik ma łatwiej, bo ma podpisaną umowę z Owocem Łąckim i wie, że organizacja producencka będzie go reprezentować w wielkiej sieci handlowej?
– Tak, ale my sprzedajemy nawet więcej niż nasi sadownicy produkują. Posiłkujemy się sąsiadami z okolicy, żeby zaspokoić rynek. Żeby nasycić sieć, która zaopatruje ok. 250 sklepów, musimy mieć ilość towaru dostępnego w ciągu całego roku. O to w określonym asortymencie, 4-5 odmian, przez cały rok, również lipiec, sierpień, wrzesień.
– Mówiąc najprościej: sadownicy umawiają się z panem, a pan reprezentując ich umawia się z sieciami handlowymi.
– Tak, ale ja muszę dostarczyć odbiorcy takie zamówienie, jakie sobie sieć handlowa życzy. To nie ja decyduję co sprzedam, tylko klient kupujący w sklepach tej sieci.
– To co by Pan powiedział rolnikowi, który zapraszał do siebie ludzi na samozbiory pomidorów po 3 zł – zrzeszaj się, będzie ci łatwiej!
– To na pewno, ale jeśli samozbiory były w stanie obsłużyć tych klientów, to też jest sposób na życie. Są gospodarstwa we Włoszech i Austrii, które podobnie funkcjonują, szczególnie te w górach oferując oprócz owoców i warzyw agroturystykę i przetworzone własne produkty. To jeden ze sposobów na funkcjonowanie, ale to musi być przemyślana strategia.
– Wróćmy do wspomnianego słowa Mercosur, którego wiele osób w Polsce się obawia. Pan nie?
– Absolutnie nie. Patrzę na to pozytywnie – otworzył się przed nami kilkusetmilionowy rynek konsumentów. Pytanie brzmi – co my tam możemy sprzedać, na czym możemy zarobić i z kim współpracować? A do teraz było to poza naszym zasięgiem.
– A będzie z kim współpracować?
– To się okaże. Pewnie będą targi, spotkania, wyjazdy, a wymiana zawsze jest korzystna dla wszystkich. Przecież myśmy kiedyś sady tworzyli na wzór holenderski, a dzisiaj jesteśmy lepsi od nich. W produkcji jabłek oczywiście, bo w handlu ich nie przebijemy. To kraj morski z wielowiekowymi tradycjami. A przy okazji – my powinniśmy być handlowym oknem na świat Ukrainy, a nie zamykać się, żeby ten towar szedł w świat poza nami.
– Pan wiele lat spędził w polityce i samorządzie. Czy dzisiaj jako praktyk rozmawia Pan z politykami i podpowiada im te rozwiązania?
– Nikt za bardzo o to nie pyta… Zatem o co chodzi, skoro nie ma możliwości ingerencji w rynki? Otóż brakuje nam kapitału, żeby przetrzymać cykle producencie. Dam przykład. Jeśli my w Olszanie przerabiamy ok. pół tysiąca ton owoców dziennie, to nawet licząc po złotówce, wychodzi, że potrzeba pół miliona złotych każdego dnia. Aby cykl się obrócił, czyli żeby sprzedać towar potrzeba dwa-trzy miesiące, więc policzmy ile potrzebujemy pieniędzy na 90 dni? Sprzedając w sezonie, sprzedajesz najtaniej. Zarabiają ci, którzy mają kapitał oraz możliwości magazynowania i sprzedają jak najpóźniej.
– To proszę na koniec się przyznać, ile jabłek dziennie Pan zjada?
– Bardzo dużo. I o każdej porze dnia np. rano, kiedy idę do sadu przed pracą. No i mam dostęp do różnych odmian. I to wszystkim polecam – nie kupować jednej odmiany, tylko spróbować wielu, bo takiej różnorodności jaka jest w jabłkach, to chyba nie ma nigdzie.
Rozmawiał Wojciech Molendowicz
Wykorzystano fragmenty rozmowy dla Regionalnej Telewizji Kablowej.
Partnerem „Zawitał DTS do Łącka” jest

















































































































































































































